Zakamarki wspomnień. Część 9 fot. Archiwum Polskiego Teatru Ludowego we Lwowie

Zakamarki wspomnień. Część 9

Rozmowa Anny Gordijewskiej z aktorem, reżyserem, działaczem teatralnym, dyrektorem Polskiego Teatru Ludowego we Lwowie Zbigniewem Chrzanowskim.

Panie Dyrektorze, 1981 rok, a konkretnie październik na wiele lat zmienił Pana życie. Co się wówczas wydarzyło?

W październiku rozpoczął się kolejny sezon teatralny. Tradycyjnie graliśmy „Wesele” Stanisława Wyspiańskiego. W tych pięknych strojach. Po spektaklu część kwiatów, które otrzymaliśmy od widzów, spontanicznie zdecydowaliśmy złożyć pod pomnikiem Mickiewicza. Była to już oczywiście późna pora wieczorna, może nawet bliżej do północy. Po tym zdawało się niewinnym złożeniu kwiatów jakiś patrol, który tam przypadkowo się przyplątał, zainteresował się tą grupą ludzi stojących pod pomnikiem, wesoło ze sobą rozmawiających. Potem poszliśmy wszyscy aleją Akademicką. Zostaliśmy zatrzymani. Wypytywano nas i wkrótce posądzono o jakąś polityczną demonstrację. Niestety, musieliśmy się podporządkować i właściwie dobrowolnie pójść na posterunek ówczesnej milicji, napisać oświadczenie, że składaliśmy kwiaty po spektaklu. Podane zostały wszystkie informacje – kto, skąd, gdzie pracuje czy się uczy. Urosło to do wielkiego skandalu, demonstracji politycznej. Studenci Politechniki, ówcześni aktorzy – obcokrajowcy przecież, grupa lwowska, pięć osób – zostali błyskawicznie wydaleni ze Lwowa. Lwowscy aktorzy, w tym ja, moja siostra Lidia oraz Zofia Iwanowa straciliśmy pracę automatycznie. I właściwie zdawało się, że to jest kres teatru.

Ja otrzymałem zakaz kontaktu z teatrem. Aktorzy, którzy pozostali, zbierali się i nie wiedzieli co począć dalej. Próbowali pertraktować z dyrekcją Domu Nauczyciela. Na szczęście zespół jako takowy nie został rozwiązany. Tylko tak zwani bohaterowie tego wydarzenia pod pomnikiem Mickiewicza zostali odseparowani od teatru, ponieśli odpowiednie kary.

Zbiory prywatne Anny Gordijewskiej

A Pan?

A ja zostałem bez pracy. Otrzymałem później zastępczą pracę w Domu Twórczości Ludowej. Zresztą sytuacja przekomiczna, bo to właśnie w tym budynku dawnego teatru „Bagatela” zacząłem pracować jako instruktor jakiegoś ruchu amatorskiego – kompozytorów-amatorów. Zofia Iwanowa była studentką Akademii Muzycznej, niestety straciła rok studiów. Później podjęła studia, ale już w Akademii Muzycznej w Odessie. Moja siostra straciła pracę, w jakimś biurze pracowała, później szukała pracy w innym miejscu.

Cóż, przede mną stanęła bariera. Zostałem odseparowany od sztuki, od teatru, od reżyserii, od aktorów. Mogłem się z nimi kontaktować, ale tylko prywatnie i w domowych warunkach. Moja małżonka i syn od kilku lat już mieszkali w Kraju, wyjechali do Polski wcześniej, więc nastąpiła decyzja, że ja również muszę opuścić Lwów. Wyjechałem w ramach łączenia rodziny do Wałbrzycha, podjąłem pracę zawodową, ale nie w Wałbrzychu, tylko w dalekim Szczecinie. Zacząłem pracować w teatrze polskim, związałem się z profesjonalną sceną polską. W Szczecinie zadebiutowałem jako reżyser komedią Moliera „Szkoła żon”. Teatr w Wałbrzychu zaprosił mnie wkrótce na realizację kolejnej premiery. W tych pierwszych latach wyreżyserowałem „Mazepę” Juliusza Słowackiego, do współpracy zaprosiłem Andrzeja Nikodemowicza, który już od kilku lat mieszkał i pracował w Polsce, w Lublinie.

fot. Archiwum Polskiego Teatru Ludowego we Lwowie

Też był zmuszony opuścić Lwów.

Też był zmuszony, stracił pracę w Akademii Muzycznej we Lwowie. Myślałem, że będę już powoli oddalany, bo geograficznie byłem daleko od Lwowa. Mogłem odwiedzić rodzinę, ale dopiero po upływie jakiegoś czasu. Oczywiście musiałem się starać o wizę, o pozwolenie, załatwiać sprawę w konsulatach radzieckich.

A co było z teatrem na ulicy Kopernika?

Teatr jakby istniał, tylko musieli kombinować jak przetrwać ten czas.

Niby to był nonsens, ale grali nie po polsku…

Grali nie po polsku, teatr zaczął się nazywać „Przyjaźń” – „Drużba”. A mądry Walery Bortiakow wymyślił jeszcze jakąś sztukę o Feliksie Dzierżyńskim. To był sposób na przetrwanie.

Czyli Feliks Dzierżyński „uratował” nie tylko polską szkołę, gdzie było wystawione popiersie i muzeum jemu poświęcone, ale też polski teatr.

Tak, prawdopodobnie (śmieje się). Tak to się niestety działo i dopiero w 1988 roku dowiedziałem się, że Walery podjął zamiar zrealizowania „Zemsty” Aleksandra Fredry. Przyjechałem do Lwowa na premierę. Zobaczyłem moich ukochanych przyjaciół, wszystkich na scenie. I Kazia Ziembowicza, i Walerego Bortiakowa, i Stasia Czerkasa, i Jadzię Czerkasównę i wszystkich innych. I tak strasznie im zazdrościłem tej fredrowskiej przygody, tak chciałem zagrać w tym przedstawieniu.

Zagrał Pan?

W przyszłości, kiedy już mogłem pojawiać się we Lwowie zupełnie normalnie, nie incognito. Zagrałem z ogromną radością rolę Rejenta. W rolę Podstoliny wcieliła się cudowna Jolanta Martynowicz. A Walery zagrał Cześnika, przejął tę rolę po Staszku Czerkasie. I kiedy my z nim razem jako Cześnik i Rejent wstąpiliśmy w tę walkę o mur graniczny, było w tym coś symbolicznego – walczyliśmy o teatr! I wywalczyliśmy go! Później, jak już wspominałem, był jego przepiękny spektakl „Odprawa posłów greckich” Kochanowskiego, w którym zagrałem Antenora. I oczywiście „Kartoteka”. Po dramatycznym przerwaniu tych pierwszych prób w 1981 roku nareszcie mogłem wrócić do „Kartoteki”.

Teraz dopiero zrozumiałam, dlaczego ta „Kartoteka” dla Pana jest tak ważna. A czy był taki dzień po wyjeździe, gdy Pan nie pomyślał o Lwowie?

Cały czas myślałem. Cały czas myślałem, bo nie tylko teatr został we Lwowie. Została moja matka, została moja ukochana siostra, aktorka tego teatru. Cały czas był Lwów! Ewentualnie raz na pół roku można było przyjechać do Lwowa, ale nie zawsze się udawało, bo przecież moje obowiązki, praca w stacjonarnym teatrze, repertuar, kalendarz nie pozwalały mi na swobodne podróżowanie.

Mówił Pan o Wałbrzychu, wspominał o Szczecinie, ale równocześnie przesunął się Pan bliżej do Lwowa, bo potem w Pana życiu był Przemyśl i jest do dziś.

Nie. Do Lwowa zacząłem się przybliżać stopniowo. I takim skokiem w kierunku odwrotnym był Wrocław. Zacząłem pracować w telewizji wrocławskiej. Przepracowałem tam dwa lata. I w czasie tych moich peregrynacji już takich, powiedziałbym, troszeczkę częstszych, zawsze był jakby przymusowy przystanek pociągu w Przemyślu. W Przemyślu spotkałem młodego człowieka, który objął stanowisko kierownika wydziału kultury w urzędzie wojewódzkim – Mariusza Olbromskiego. Człowiek niesłychanie wrażliwy na piękno, poeta, chętny na realizację wszelakich pomysłów, czasem bardzo szalonych. On zaproponował mi pracę w Przemyślu. Pomyślałem sobie – tak będę bliżej do Lwowa, do swojego ukochanego miasta, do moich najbliższych, do moich przyjaciół, do mojego teatru, do którego w tym czasie powoli wracałem. Postanowiłem jednak zmienić miejsce pracy, wyjechać z Wrocławia i przenieść się do Przemyśla. Według mnie to był szczęśliwy krok, za który jestem bardzo wdzięczny Mariuszowi Olbromskiemu, że powierzył mi stanowisko dyrektora zamku Kazimierzowskiego, którego wieloletni remont, przebudowa i w ogóle wszystko co można nazwać końcem budownictwa właśnie wtedy dobiegał końca. Kiedy przyjeżdżałem tam, będąc w drodze do Szczecina i Wrocławia, zawsze miałem kilka godzin przerwy. Bardzo polubiłem wchodzenie na wzgórze zamkowe i obserwowanie tego obiektu, który długo był zamknięty. Ale wiedziałem na pewno, że Zamek Kazimierzowski w Przemyślu od wielu lat był siedzibą jednego z najstarszych amatorskich zespołów teatralnych w Polsce – Teatru Fredreum. Z tym teatrem i z zespołem spotkałem się wcześniej, ale to była znajomość chwilowa. A później, kiedy skończył się remont i sala widowiskowa wróciła do swojej funkcji, powoli zacząłem przyjaźnić się z tym teatrem.

Pamiętam, kiedy będąc w Przemyślu szliśmy na górę do Zamku Kazimierzowskiego, a potem schodziliśmy na dół Pan mi powiedział: wiesz, za co polubiłem Przemyśl? Za to, że mi bardzo przypomina Lwów. Te wzgórza, te uliczki. Pan do dziś mieszka na stałe w Przemyślu.

Tak. Ale ta miłość zaczęła się właśnie od tego wzgórza, od panoramy z tego wzgórza na miasto i dalekie pasmo gór. Uliczki Przemyśla, sam klimat, ale nie tylko. Nawet melodyka wymowy mieszkańców Przemyśla tak bliska jest lwowskiej.

Niestety, lwowski bałak już zatracony.

Tak, ale jeszcze słyszalny. Ten zaśpiew, jeszcze ta melodyka, jeszcze ta linia akcentów – to wszystko jest takie bliskie. No i architektura też (śmieje się).

Wróćmy do Pana powrotu, który nastąpił w 1988 roku. Mieszkając już w Przemyślu Pan coraz częściej przyjeżdżał do Lwowa. Czy Pan pozostawił ten repertuar, który został narzucony?

Ten repertuar powoli po prostu wyparował. Na szczęście. Nie widziałem tych przedstawień.

Na szczęście!

Na szczęście. I dobrze, że wyparował. Królowała właśnie „Zemsta” Aleksandra Fredry i cudowny wiersz fredrowski.

A pojawiły się nowe fredrowskie klimaty.

Wróciliśmy do Aleksandra Fredry i nastąpiło wznowienie „Ślubów panieńskich” w nowej obsadzie. Pojawiły się nowe jednoaktówki fredrowskie: „Pierwsza lepsza”, „Odludki i poeta”. Zaczęliśmy się bawić z Fredrą. A później pojawił się Marian Hemar i jego cudowne jednoaktówki poświęcone wybitnym postaciom polskiej kultury lwowskiej, polskiej literatury. Ten Marian Hemar przecież tak lwowski poeta, z jego cudowną poezją lwowską, z jego tęsknotą za miastem, ale taką łagodną i pogodną… Do tego lwowskie przeboje, do których Marian Hemar pisał wspaniałą muzykę. Wreszcie można było o tym głośno mówić, głośno śpiewać, wprowadzić do repertuaru i stworzyć cały odcinek hemarowsko-lwowskiej propozycji teatralnej.

Po przepięknych literackich drobiazgach Mariana Hemara wreszcie sięgnęliśmy po jego dużą komedię „Dwóch panów B”. To był tak szczęśliwy traf, że cały zespół pojawił się na scenie, nawet w najdrobniejszych rolach każdy znalazł swoje miejsce. Ta przepiękna, liryczna, dowcipna komedia przez wiele sezonów była ozdobą naszego repertuaru. Z tą komedią występowaliśmy w wielu miastach, ale przede wszystkim wspomnę o naszym spektaklu na scenie Teatru Polskiego w Warszawie i na jednej z najbardziej powiedziałbym oryginalnych i zabytkowych scen – Starego Teatru w Lublinie. To jeden z najstarszych polskich budynków teatralnych, który został zrekonstruowany, ma przepiękną stylową widownię, znakomicie wyposażoną technicznie scenę. Gra się tam cudownie. Niby duża sala ze wszystkimi ozdobami, równocześnie jest bardzo kameralna. Cudowna, przepiękna atmosfera.

Jak był przyjmowany spektakl Hemara? Autor arcylwowski, jednak już samo słowo Lwów otwiera wszystkie drzwi.

Myślę, że tam za dużo się nie mówi o Lwowie, raczej o przygodach tych wszystkich bohaterów. Trafna obsada, trafnie powierzyć ludziom pewne role, do których się ma pewną wizję, gwarantuje powodzenie przedstawienia. Pod tym względem wszystko się sprawdziło. Pod każdym względem. I pomysłowa scenografia Walerego Bortiakowa, i obsada głównych bohaterów i bohaterek, i ten cudowny drugi akt, w którym rzecz się dzieje jakby za kulisami teatru przed rozpoczęciem przedstawienia, komiczne sytuacje sceniczne. Każdy z wykonawców pokochał swojego bohatera, a to dla teatru znaczy bardzo dużo.

Miały to być zakamarki wspomnień, ale nie da się z Panem rozmawiać bez teatru. Czyli Zbigniew Chrzanowski i teatr są nierozłączni.

Sam w tych zakamarkach zaczynam tracić świadomość gdzie jest życie, a gdzie jest teatr.

Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiała Anna Gordijewska

Tekst ukazał się w nr 9 (469), 16 – 29 maja 2025

Zakamarki wspomnień. Część 1

Zakamarki wspomnień. Część 2

Zakamarki wspomnień. Część 3

Zakamarki wspomnień. Część 4

Zakamarki wspomnień. Część 5

Zakamarki wspomnień. Część 6

Zakamarki wspomnień. Część 7

Zakamarki wspomnień. Część 8

Zakamarki wspomnień. Część 10

Zakamarki wspomnień. Część 11

Anna Gordijewska. Polka, urodzona we Lwowie. Absolwentka polskiej szkoły nr 10 im. św. Marii Magdaleny we Lwowie. Ukończyła wydział dziennikarstwa w Lwowskiej Akademii Drukarstwa. W latach 1995-1997 Podyplomowe Studium Komunikowania Społecznego i Dziennikarstwa na KUL. Prowadziła programy w polskim "Radiu Lwów". Nadawała korespondencje radiowe o tematyce lwowskiej i kresowej współpracując z rozgłośniami w Polsce i za granicą. Od 2013 roku redaktor - prasa, radio, TV - w Kurierze Galicyjskim, reżyser filmów dokumentalnych "Studio Lwów" Kuriera Galicyjskiego. Od września 2019 roku pracuje w programie dla TVP Polonia "Studio Lwów". Otrzymała nagrody: Odznaka "Zasłużony dla Kultury Polskiej", 2007 r ., Złoty Krzyż Zasługi, 2018 r.

X