Zakamarki wspomnień. Część 3 Lwów, Teatr Skarbkowski, ok. 1900 r. Ze zbiorów Biblioteki Narodowej

Zakamarki wspomnień. Część 3

Rozmowa Anny Gordijewskiej z aktorem, reżyserem, działaczem teatralnym dyrektorem Polskiego Teatru Ludowego we Lwowie Zbigniewem Chrzanowskim.

Nie będę oryginalna jeśli powiem, że imię i nazwisko Zbigniew Chrzanowski każdemu miłośnikowi sztuki kojarzy się przede wszystkim z Polskim Teatrem we Lwowie. Kiedyś jednak był ten pierwszy raz. Kto Pana wprowadził do teatru?

Urodziłem się wśród dwóch budynków teatralnych. Byłem otoczony teatrem jako architekturą. Ale bezpośrednie wejście do teatru i wejście za kulisy teatru odbyło się podczas okupacji. To dziwny zbieg okoliczności, że teatr mi się otworzył podczas tych burzliwych, bardzo trudnych dni we Lwowie. Człowiekiem, który mnie wprowadził do teatru, był mój wujek, młodszy brat mojego ojca Stanisław Chrzanowski. Przed wojną był tancerzem baletu w Operze Lwowskiej. W czasie wojny teatr też działał, więc wszyscy aktorzy, tancerzy, śpiewacy dalej pracowali. Wujek wprowadził mnie do teatru na próby opery Bedřicha Smetany „Sprzedana narzeczona”. Występował tam w ostatnim akcie jako członek trupy cyrkowej, która przyjeżdża do tej wioski, gdzie odbywa się wesele i tam pokazuje różne magiczne sztuczki. Pokazywał mi jak on przebijał się szablą na wylot itd. Taki dziwny teatr.

A później jeszcze taka przyszywana ciocia, która pracowała jako sprzątaczka w teatrze, a była zaprzyjaźniona z naszą rodziną, zaprowadziła mnie na próbę opery Pucciniego „Tosca”. Pamiętny drugi akt, który się toczy w kancelarii Scarpii, kiedy Tosca zabija tego uzurpatora. Siedziałem za kulisami i obserwowałem to wszystko. Byłem strasznie przejęty tym co się działo. A później zobaczyłem jak skończyła się próba i zasztyletowany Scarpia wstaje, do niego podchodzi jakiś pan, coś mu tłumaczy, a później tej bohaterce – to był oczywiście reżyser, który tłumaczył co trzeba poprawić.

Jedną z takich większych pozycji teatralnych, już jako widz wtulony między rzędy, po kryjomu wprowadzony na spektakl, zobaczyłem operę Giuseppe Verdiego „Aida”.

Tak się zaczął ten teatr. A tuż po wojnie mój ojciec zaczął pracować w teatrze jako elektryk-oświetleniowiec. Ale już w innym teatrze. To były już czasy powojenne. Do Lwowa przyjechał zespół z Zaporoża, który przyjął miano teatru imienia Marii Zańkowieckiej. Był to teatr dramatyczny. Wszelkie wolne chwile dzięki ojcu spędzałem za kulisami teatru, przypatrywałem się aktorom. Przejmowałem się tym wszystkim. To był teatr profesjonalny, który jakby górował, był w miarę niedostępny również dla mnie.

Równocześnie po wojnie, od 1944 roku zaczął się teatr szkolny. Zaczął się od spotkania z Piotrem Hausvaterem, który go prowadził. Był Pan wtedy tylko widzem.

To była szkoła nr 24. Na początku mieściła się w budynkach dawnego klasztoru sióstr sakramentek niedaleko od Wysokiego Zamku. Potem została przeniesiona do gmachu dawnej ewangelickiej szkoły na ulicy Kochanowskiego, później to była ulica Majakowskiego, obecnie Lewickiego. To już był teatr bardzo bliski, szkolny, ale wciąż niedostępny – byłem widzem, mogłem tylko zazdrościć starszym kolegom, że oni tam odgrywają „Konrada Wallenroda”. Widziałem jak się buduje scenka dosłownie z desek – starsi koledzy zbudowali ją na drugim piętrze. Ta scenka nie miała kurtyny. Wyprosiłem u ojca żeby znalazł mi protekcję u jakiegoś magazyniera w teatrze niegdyś Skarbkowskim, a wtedy już Marii Zańkowieckiej, żeby wypożyczyć jakieś kawałki tkaniny by przysłonić to, co za tą tak zwaną kurtyną miało się odbywać. Przysłużyłem się, powiedziałbym, w sposób techniczny do powstawania tam aury teatralnej.

Zdjęcie z archiwum Zbigniewa Chrzanowskiego

A czy w szkole były jakieś ilustracje muzyczne do tych przedstawień?

Piotr Hausvater pięknie grał na skrzypcach. Przed wojną dorabiał do swojej pensji nauczycielskiej siedząc w kanale orkiestry w Teatrze Wielkim i przez to był obserwatorem wielu wybitnych wydarzeń teatralnych przedwojennych związanych i z Wilamem Horzycą, i z Ludwikiem Solskim, i z Wandą Siemaszkową. W naszych rozmowach późniejszych, kiedy myśmy się bardzo zaprzyjaźnili, on przybliżał mi w swoich opowieściach historię przedwojennego polskiego teatru we Lwowie.

W pewnych momentach, gdy potrzebna była jakaś ilustracja muzyczna, on wyjmował z pudełka skrzypce, które oczywiście przynosił z domu, i wykonywał muzyczne ilustracje odpowiednie do treści toczącej się sztuki.

Pewnego razu gruchnęła wieść, że do szkoły przywieziono fortepian!

Sensacja! Co dalej było z tym fortepianem?

To był ogromny wiedeński fortepian. Wielkich rozmiarów. Pamiętam jak starsi uczniowie, tacy mocni, wnosili go po schodach na drugie piętro. Osobno nogi były przykręcane. Pojawił się fortepian.

Jak żywy organizm…

Jak żywy organizm. Pamiętam jak podczas wieczoru mickiewiczowskiego prof. Hausvater grał poloneza A-dur Chopina, starsza pani mu akompaniowała. Z przyjazdem fortepianu zostały wprowadzone lekcje nie dosłownie muzyki, ale śpiew chóralny.

Czyli rozpoczęło się życie muzyczne szkoły.

Tak. Małe chóry, lekcje śpiewu. Każda klasa miała je osobno, nie był to jeszcze chór szkolny, który miał powstać w przyszłości. Moja klasa pewnego razu została zaprowadzona do tej sali gdzie stał fortepian i przyszedł taki starszy pan, o lasce, bardzo dystyngowany. Rozdał nam bardzo pięknie napisane teksty. Żeby to powielić, przepisywano je przez kalkę. Takich rzeczy już pewnie nikt nie pamięta.

Może młodzież nawet nie wie co to jest kalka!

Do dziś pamiętam ten tekst: „Ach, czemuż sercu smutno? Czemu pełno znów / i niespełnionych marzeń, i niewyśnionych snów / Ach! Dźwięczy pieśń marzenie, w sercu rośnie żal / i płynie w dal wspomnienie, w nieskończoną dal”. Po wielu latach jednak udało mi się znaleźć autora tych słów. Był to trochę poeta, trochę malarz, trochę muzyk, poruszający się w kręgach artystycznych Krakowa, nazywał się Miłosz Kotarbiński. Rodzina Kotarbińskich to bardzo znana krakowska rodzina teatralnych reżyserów i aktorów.

Wracając do fortepianu. Pamiętam nazwisko tego starszego pana – pan Jarosławenko. Otworzył dużą klapę fortepianu, ale nie było tej podpórki, która tę klapę podtrzymuje, więc skorzystał ze swojej laski. Podparł klapę laską żeby dźwięk fortepianu ładnie brzmiał i był pełny. Zaczął grać.

Jaki utwór zaczął grać?

To było słynne preludium Chopina – jedno z najpiękniejszych i najkrótszych, zdaję się, preludiów – Preludium A-dur. I proszę sobie wyobrazić nasze nazwałbym to „grono wyjców”, któremu bardzo daleko było od wszelakich żalów i smutków, wszelakich zwątpień i „dlaczego sercu smutno”. W głowie nam było bieganie po boisku, piłka nożna, siatkówka…

…a nie Chopin…

A nie Chopin. Tak daleko byliśmy od tego tekstu, ale jakoś staraliśmy się wypełniać wskazówki profesora Jarosławenki. Tylko myślę, że gdyby ktoś teraz posłuchał to nasze wykonanie, to pewnie musiałby uciekać daleko od tych naszych popisów muzycznych. Niedługo trwało to nasze spotkanie z profesorem Jarosławenką, dlatego że zaczął od niewłaściwego repertuaru. W powojennym Lwowie, do którego wkroczyła zupełnie inna muzyka – wkroczył Dunajewski, Błanter itd. – a to „ach, czemuż sercu smutno” nie pasowało nikomu do tego optymizmu, który musiał górować nad wszystkim. Prof. Jarosławenko nie wprowadził „Marszu demokratycznej młodzieży”, która walczyła o pokój na całym świecie, więc szybko się skończyły te lekcje muzyki i śpiewu chóralnego. Teraz, po wielu-wielu latach wracam do tego preludium Chopina, do tego wiersza, a łączę go z przepięknym wierszem Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego „Spotkanie z Chopinem”, który włączyłem do swojego programu poetyckiego „Zaczarowana dorożka”. I to wspomnienie o tym pierwszym fortepianie w szkolnej salce.

Chopin po wojnie brzmiał w Filharmonii i kiedy już podczas studiów uniwersyteckich udawało się bywać na koncertach, robiliśmy to bardzo aktywnie. Wspaniali Swiatosław Richter, i Bella Dawidowicz, i Halina Czerny-Stefańska, i Barbara Hesse-Bukowska, i Regina Smendzianka – światowej sławy pianiści przyjeżdżali do Lwowa. Ale to szkolne mocowanie się z muzyką Chopina do dziś jakby pozostaje.

Na jakich koncertach tych wielkich pianistów Pan był?

Byłem na wszystkich. Tych słynnych pianistów, których wymieniłem, wszystkich słuchałem w sali Filharmonii, ale nie tylko. Na przykład koncert-recital Belli Dawidowicz pilotowałem, kiedy pracowałem już w telewizji lwowskiej. Bella Dawidowicz pojawiła się w studiu telewizyjnym na Wysokim Zamku, a ja jako asystent reżysera nieomal koło niej bezpośrednio słuchałem. W tenże sposób słuchałem programu chopinowskiego w wykonaniu Władysława Kędry. W studiu telewizyjnym właściwie ten Chopin był dosłownie obok, w najlepszym wykonaniu.

Zdjęcie z archiwum Zbigniewa Chrzanowskiego

Dlaczego rodzice Pana podjęli decyzję o pozostaniu we Lwowie? Wiemy, że wielu lwowiaków opuszczało nasze miasto.

Nie tylko że wielu lwowiaków, ale nasza rodzina się podzieliła. Dwójka braci wyjechała, a dwójka braci została we Lwowie. Myślę tu o ojcu i o matce. Chodzi o to, że dosłownie w ostatnich miesiącach wojny mój ojciec został powołany do wojska. Do wojska polskiego, czyli do tej dywizji, która powstała na terenie Związku Radzieckiego – Dywizji Kościuszkowskiej. Został przydzielony do jakiejś jednostki wojskowej i stacjonował w Modlinie. To był 1944 rok. Pamiętam, że mama wybrała się w podróż żeby go odwiedzić. Po skończeniu wojny, kiedy pojawiła się inna mapa geograficzna, dziwnym zbiegiem okoliczności mój ojciec otrzymał propozycję osiedlenia się na Dolnym Śląsku w jakimś podobno poniemieckim budynku czy gospodarstwie. I zaczęły się dywagacje – wyjeżdżać czy nie wyjeżdżać? Pamiętam powrót ojca do domu, jeszcze w mundurze wojskowym i wspólne narady, w których ja nie brałem udziału, i decyzja chyba jednak należąca do matki: zostajemy we Lwowie, nie wyjeżdżamy. Wielu sobie wyobrażało: a może coś się zmieni, a może przyjdą inne czasy, a może znowu granice zostaną poprawione na naszą korzyść?

Czyli wielu lwowiaków zostało, bo nie mogli opuścić swego miasta? Każdy miał swoje przyczyny.

Każdy swoje, ale przyczyna najistotniejsza – zadomowili się, zbudowali rodziny, zbudowali gniazda. Tak samo rodzina mojej żony. Nie do wszystkich jeszcze docierała informacja o losach tych, których wywieziono do Kazachstanu, na Syberię. Niektórzy może się poczuli zbyt bezpiecznie. Stąd ta decyzja żeby pozostać we Lwowie. Później wszystkie te sprawy, które rozwijały się we Lwowie po wojnie – powoli wrastaliśmy w inną rzeczywistość. I ja, jako młody człowiek kończący szkołę w gronie bardzo dobrych mądrych nauczycieli czułem się dobrze i bezpiecznie. Podjąłem decyzję o studiach. Dostałem się na Uniwersytet Lwowski – na polonistykę, studiowałem nadal literaturę polską i język polski. Cały czas jeszcze był obecny Piotr Hausvater, ten szkolny teatr powoli dla mnie się wrastał w teatr uniwersytecki. To wszystko w sposób dość harmonijny toczyło się dalej i nie przewidywało się jakichś szczególnych komplikacji.

Uważam, że to cud, że po wojnie pozostały najpierw trzy szkoły polskie – nr 10, 24 i 30. Później szkoła nr 30 została zamknięta.

Ja uczyłem się w szkole nr 24, stale z nią byłem związany. Ale moi uniwersyteccy koledzy pochodzili i z tej szkoły nr 30 i z tej nr 10, czyli szkoły św. Marii Magdaleny. Podczas studiów uniwersyteckich prof. Piotr Hausvater zmienił miejsce pracy. Przed emeryturą przeniósł się do szkoły nr 30. I tam w 1955 roku, a była to 100. rocznica śmierci Adama Mickiewicza, jako nauczyciel tej szkoły zaplanował uroczysty wieczór i zaprosił nas, studentów polonistyki żebyśmy wzięli w tym udział. Mimo woli z uniwersyteckiego zespołu myśmy się przenieśli znowu do szkoły i tam zagraliśmy sztukę poświęconą Adamowi Mickiewiczowi i jego wileńskiemu okresowi – „Ballady i romance”.

Dziękuję bardzo za te wspaniałe wspomnienia, dziękuję bardzo za tę rozmowę.

Ja dziękuję również Pani za to że Pani przywołuje moje wspomnienia. One nurtują we mnie, żyją we mnie cały czas, ale nasza rozmowa nadaje im pewnej ciągłości chronologicznej, a wspomnienia czasem bywają bardzo chaotyczne. To dla mnie jest bardzo ważne.

Rozmawiała Anna Gordijewska

Tekst ukazał się w nr 3 (463), 14 – 27 lutego 2024

Zakamarki wspomnień. Część 1

Zakamarki wspomnień. Część 2

Zakamarki wspomnień. Część 4

Zakamarki wspomnień. Część 5

Zakamarki wspomnień. Część 6

Zakamarki wspomnień. Część 7

Zakamarki wspomnień. Część 8

Zakamarki wspomnień. Część 9

Zakamarki wspomnień. Część 10

Zakamarki wspomnień. Część 11

Anna Gordijewska. Polka, urodzona we Lwowie. Absolwentka polskiej szkoły nr 10 im. św. Marii Magdaleny we Lwowie. Ukończyła wydział dziennikarstwa w Lwowskiej Akademii Drukarstwa. W latach 1995-1997 Podyplomowe Studium Komunikowania Społecznego i Dziennikarstwa na KUL. Prowadziła programy w polskim "Radiu Lwów". Nadawała korespondencje radiowe o tematyce lwowskiej i kresowej współpracując z rozgłośniami w Polsce i za granicą. Od 2013 roku redaktor - prasa, radio, TV - w Kurierze Galicyjskim, reżyser filmów dokumentalnych "Studio Lwów" Kuriera Galicyjskiego. Od września 2019 roku pracuje w programie dla TVP Polonia "Studio Lwów". Otrzymała nagrody: Odznaka "Zasłużony dla Kultury Polskiej", 2007 r ., Złoty Krzyż Zasługi, 2018 r.

X