Rozmowa Anny Gordijewskiej z aktorem, reżyserem, działaczem teatralnym, dyrektorem Polskiego Teatru Ludowego we Lwowie Zbigniewem Chrzanowskim.
1958 rok. To oficjalna data pierwszego występu Polskiego Teatru Ludowego. Dalej – lata 60.
Teatr zaczął pracować dość planowo, to znaczy pewne projekty zaczynały być realizowane i do repertuaru teatru Piotr Hausvater wprowadził komedię Aleksandra Fredry „Damy i huzary” w której praktycznie nie byłem zajęty aktorsko.
Przestrzeń do zagrania premiery znalazła się niedaleko Teatru „Bagatela”, bo za jej rogiem zaczynała się dawna ulica Jagiellońska, obecna Hnatiuka. Tam w podwórzu jest nieduży, ale bardzo funkcjonalny i znakomicie zbudowany teatr, który przed wojną był siedzibą Teatru Żydowskiego, a w czasie powojennym grał tam polski zespół zawodowy, który później w ramach repatriacji opuścił Lwów. W tej sali potem zaczął funkcjonować Teatr Młodego Widza, do którego byli sprowadzani uczniowie szkół na różne przedstawienia, które w ramach programów szkolnych miały tę młodzież edukować. Tam były też grywane bajki i różne inne przedstawienia. Otóż premiera komedii „Damy i huzary” odbyła się właśnie na tej scenie i to był naprawdę wielki miejski sukces tego młodego teatralnego zespołu.
Wśród kolejnych propozycji Piotra Hausvatera była sztuka Gabrieli Zapolskiej „Panna Maliczewska”.
Tak. Pan Profesor był już człowiekiem niemłodym i chorowitym i w czasie prób następowały mniejsze lub większe przerwy, więc zapadła decyzja, żebym to ja kontynuował pracę nad sztuką „Panna Maliczewska”. Podjąłem się tej pracy i doprowadziłem do kolejnej premiery, która odbyła się nie tylko w budynku przy ul. Kopernika, ale też na kolejnym przeglądzie miejskim w dawnym Teatrze „Bagatela”. Wyreżyserowałem już pełne przedstawienie, bo „Maria Stuart” to były tylko próby wstępne.
Byli obecni też moi koledzy ze studia telewizyjnego, w którym już wtedy pracowałem od kilku lat. Jeden z moich kolegów, Roman Ołeksiw powiedział mi: wiesz, to ma ręce i nogi. Wtedy uprzytomniłem sobie pewne swoje obserwacje, pewne swoje doświadczenia z przeglądów prób i spektakli w teatrze, w którym pracował mój ojciec, doświadczenia po krotochwili „Babcia i wnuczek”, fragmentach „Marii Stuart”… I teraz, już po przedstawieniu dramatu „Panna Maliczewska”, zrozumiałem, że praca reżyserska jest tak samo, a może nawet bardziej ciekawa, niż praca tylko aktorska. Aczkolwiek wcześniej myślałem tylko o aktorstwie i bardzo to lubiłem, marzyłem również o zagraniu Hamleta, bo któż z młodych aktorów o tym nie marzy. Zrozumiałem, że muszę te swoje doświadczenia teatralne w jakiś sposób usystematyzować. Do tego było potrzebne pewne wykształcenie.
Jeżeli chodzi o instytucje teatralne, znalazłem propozycję reżyserskich studiów zaocznych, ale w Moskwie. To była trudna decyzja, żeby tam pojechać, jednak zdecydowałem się. Przygotowałem wypracowanie na temat mojej pracy reżyserskiej „Panna Maliczewska” ze szkicami teatralnymi, wysłałem zgłoszenie, po czym otrzymałem zaproszenie by przyjechać i stanąć przed komisją egzaminacyjną. Wybrałem się trochę w nieznane. Przyjechałem do tej szkoły teatralnej i okazało się, że trafiłem do środowiska bardzo interesującego. Szkoła teatralna była związana z teatrem im. Wachtangowa. Słynna była tym, że zrywała z pewną tradycją, której hołdowali wszyscy ze szkołą powiedziałbym bardzo kostycznego akademickiego teatru – szkołą Stanisławskiego. Aczkolwiek prace Konstantego Stanisławskiego to są ogólnie wstępne schody do pracy nad sztuką, do pracy aktorów nad sobą. Szkoła im. Wachtangowa była najbardziej otwarta na propozycje literatury światowej.
I mniej klasycznej?
Klasycznej też, ale mniej akademickiej. Nie skostniałej, lecz otwartej szeroko na świat. Cudowny repertuar, który wtedy figurował w tym teatrze, odbiegał od wielu scen moskiewskich. Grane tam były piękne sztuki Eduardo de Filippo, przede wszystkim „Filomena Morturano” – sztuka o dzielnej kobiecie, która wychowała wspaniałe dzieci i walczyła o swoją godność. Na tej scenie zobaczyłem przepięknie wyreżyserowane „Damy i huzary” Aleksandra Fredry zagrane po rosyjsku, we wspaniałej inscenizacji. Ta nasza szkoła była bardzo otwarta na wszystkie propozycje europejskie.
Jak długo trwały studia?
Moje studia trwały 6 lat. Moją pracą dyplomową były dwa przedstawienia – komedia Aleksandra Fredry „Śluby panieńskie” i właśnie „Panna Maliczewska” Gabrieli Zapolskiej. Komisja egzaminacyjna przyjechała do Lwowa żeby zobaczyć moje przedstawienie i ocenić. Obrona moich prac odbywała się i we Lwowie i przed komisją w Moskwie.
Zakończenie moich studiów zbiegło się niestety ze smutną wiadomością o śmierci Piotra Hausvatera. Odwiedzałem go już coraz rzadziej w jego mieszkaniu, bo choroba przykuła go do łóżka i kontakty nasze były coraz słabsze. Ale przyjeżdżałem do niego i opowiadałem o tym jak toczą się zajęcia w szkole teatralnej, o spotkaniach z ciekawymi aktorami. Pamiętam, że on zawsze z błyskiem w oku wysłuchiwał moich opowieści o tym jak się toczą prace nad „Ślubami panieńskimi”. Niestety wiadomość o jego śmierci dotarła do mnie, kiedy broniłem swojego dyplomu przed komisją egzaminacyjną.
Wracając do studiów, jeżeli chodzi o moją szkołę teatralną, była nastawiona bardzo na teatr francuski, co mnie z kolei ogromnie cieszyło i radowało, dlatego że teatr francuski był dla mnie jakby pewnym wzorem fantazji teatralnej jak np. przedstawienia, które przyjeżdżały wtedy do Moskwy – Jeana Vilara, André Barsacqa. W naszej szkole teatralnej gościnnie pojawił się nawet Marcel Marceau i takie wybitne gwiazdy sceny francuskiej jak Jean-Louis Barrault, Madeleine Renaud. Szkoła teatralna wtedy chodziła cała zadumana, zasłuchana i wszyscy myśleli, że będą mówić tylko po francusku (śmiech). Ten europejski teatr miał też ogromny wpływ na mnie.
Pan wrócił do Lwowa w 1966 roku, w tymże roku zmarł Piotr Hausvater. Jak potoczyły się losy Polskiego Teatru we Lwowie?
Kiedy po obronie dyplomu wróciłem do Lwowa, spadł na mnie w jakimś stopniu obowiązek kierownictwa teatrem polskim. Już wcześniej musiałem zastępować reżysera podczas prób, bo nie wybywałem na cały rok ze Lwowa na studia, tylko dwa razy do roku na sesje egzaminacyjne i na skondensowane wykłady dotyczące teorii, historii sztuki, historii teatru. Po śmierci Piotra Hausvatera spadł na mnie obowiązek planowania, kształtowania zespołu i jego repertuaru oraz myślenia jakby perspektywiczne.
W 1964 roku pojawiły się nasze pierwsze kontakty z Wilnem. Wtedy po raz pierwszy udaliśmy się w gościnne występy do tamtejszego środowiska polskiego. Zaprzyjaźniliśmy się bardzo z zespołem, który jest o rok starszy od nas, bo powstał w 1957 roku. Mam na myśli zespół pieśni i tańca „Wilia”. To „Wilia” była pierwszymi gospodarzami naszych występów w Wilnie. Później, kiedy zespoły wileńskie – że tak powiem – „nabrały ochoty bawić się w teatr”, zaczęły się nasze kontakty z kręgami zespołów teatralnych.
Teatr to przede wszystkim ludzie.
Jeżeli chodzi o budowanie zespołu aktorskiego, była to dość niecodzienna historia. Nigdy nie narzekaliśmy na brak sympatii widzów, którzy zwykle tłumnie przychodzili na nasze przedstawienia. Często-gęsto przychodzili też ze swoimi dziećmi. Wielu z naszych obecnych aktorów to są właśnie dzieci, które matki przyprowadzały kiedyś do teatru. Połykały tego bakcyla teatralnego, więc kiedy dorastały, przychodziły do nas i pytały czy mogłyby z nami współpracować – zawsze za zgodą rodziców. Przychodzili również widzowie, u których to co działo się na scenie, jak były budowane te nasze przedstawienia, jaki miały charakter, widocznie wzbudzało zainteresowanie i chcieli w jakimś stopniu współpracować, współtworzyć. Takim człowiekiem, który mówił, że zobaczył na ogrodzeniu nasze ogłoszenie, był Walery Bortiakow, nasz późniejszy wspaniały scenograf i reżyser, ale również wspaniały aktor, który wchodząc do zespołu wcale nie mówił po polsku. A później tak cudownie zapoznał się z tym językiem i pokochał go, że zagrał kilka przepięknych ról. Przede wszystkim Cześnika w „Zemście” Aleksandra Fredry, w przedstawieniu, które zresztą sam wymyślił, wyreżyserował.
Gruchnęła wieść, że do Wilna przyjeżdża zespół Teatru Powszechnego w Warszawie z „Weselem” Wyspiańskiego. „Wesele” we Lwowie było grane przez zespół, który krótko pracował we wspomnianym przeze mnie budynku Teatru Żydowskiego, a w 1945 roku wyjechał ze Lwowa. Ja tego przedstawienia nie widziałem, byłem wtedy jeszcze za mały. Ale dramat Wyspiańskiego był tak interesujący, że poruszyłem wszelakie możliwości, żeby moi koledzy wileńscy zdobyli dla nas bilety na to przedstawienie. Z Lubartem Leszczyńskim pojechaliśmy do Wilna, gdzie zobaczyliśmy to wspaniałe przedstawienie Adama Hanuszkiewicza ze scenografią Adama Kiliana – obu lwowiaków. Adam Kilian – słynny polski scenograf, przed laty szkolny kolega Andrzeja Nikodemowicza. Adam Hanuszkiewicz – wspaniały aktor i reżyser, dzięki któremu później, podczas moich krótkich moich pobytów w Polsce zawsze miałem możliwość bywania na próbach w Teatrze Narodowym i w Teatrze Powszechnym, uczestniczenia i uzupełniania swojej wiedzy jeżeli chodzi o polski teatr, o polską historię.
Dziękuję za rozmowę. Będziemy kontynuować nasze rozmowy, poznawać dalej zakamarki Pańskich wspomnień?
Oczywiście! Dziękuję również.
Rozmawiała Anna Gordijewska
Tekst ukazał się w nr 5 (465), 14 – 27 marca 2024
