Rozmowa Anny Gordijewskiej z aktorem, reżyserem, działaczem teatralnym dyrektorem Polskiego Teatru Ludowego we Lwowie Zbigniewem Chrzanowskim.

Chciałabym kontynuować naszą rozmowę. W pierwszej części mojego wywiadu z Panem rozmawialiśmy o okupacji Lwowa podczas drugiej wojny światowej. Wspominał Pan o swojej pierwszej klasie… A co było dalej?
To była sytuacja dziwna i bardzo wojenna. Powiedziałem, że moją pierwszą szkołą był klasztor sióstr benedyktynek, tam była pierwsza klasa. Druga klasa to była kamienica za Arsenałem. Trzecia klasa to była też kamienica, ale w pobliżu Teatru Wielkiego, czyli dawna ulica Św. Stanisława, obecnie ulica Tektora. Czwarta klasa była po drodze na Wysoki Zamek, czyli boczna ulica Kurkowej, tam był, zdaje się, klasztor sióstr sercanek, i to było już po tak zwanym wyzwoleniu Lwowa przez armię sowiecką, a piąta klasa znalazła się już w dawnej szkole ewangelickiej przy ulicy Kochanowskiego, która była przemianowana na ulicę Majakowskiego, dziś jest to ulica Lewickiego, więc ulica zmieniała nazwy, ale ciągle to byli jacyś pisarze, poeci, co figurują w nazwie tej ulicy.

Czyli co roku zmieniał Pan szkołę.
Tak, niemal co roku zmieniałem adres szkoły i tak co roku wchodziłem w inną dzielnicę miasta Lwowa, z tym, że trzecia klasa na ulicy Św. Stanisława była w pobliżu Teatru Wielkiego.
Po 1944 roku, po tak zwanym wyzwoleniu Lwowa przez Armię Czerwoną, w jakim języku odbywała się nauka w szkołach?
Cały czas figurował język polski, cały czas jeszcze do nieomal mojej klasy maturalnej w tej szkole pracowali przedwojenni nauczyciele. Więc oczywiście, wprowadzony język rosyjski, później język ukraiński figurował jako jeden z przedmiotów, ale lekcje historii, geografii, matematyki, zoologii, wszystkie lekcje były prowadzone w języku polskim.
Kogo z nauczycieli najbardziej Pan zapamiętał?
Pamiętam bardzo dobrze nauczycielkę mojej pierwszej klasy, Panią Helenę Wiśniewską. Ale, po latach, kiedy znalazłem swoje świadectwo z pierwszej klasy, świadectwo napisane w dwóch językach, czyli po polsku i po niemiecku, i wśród podpisujących to świadectwo zobaczyłem podpis dyrektora szkoły – Mieczysław Opałek – dopiero po wielu latach odkryłem, kim był ten znakomity człowiek, bibliofil, historyk, muzykolog. Mieczysław Opałek – autor jednego z najpopularniejszych wierszy o Lwowie.
Trzeba dodać, że był też dyrektorem szkoły nr 10 im. Św. Marii Magdaleny.
Takie więc były historyczne postacie wśród moich nauczycieli… Miałem też różne niebezpieczne przygody, największe z matematyką. Mieliśmy bardzo groźnego nauczyciela matematyki, pamiętam go do dziś, nazywał się profesor Trzciński i był groźny przede wszystkim dlatego, że miałem kłopoty z tą dyscypliną. Potrafił jednak być wyrozumiały. Jeżeli zdążyło się przed lekcją złapać go na korytarzu i powiedzieć mu, dlaczego jest się nieprzygotowanym na dziś z jakiegoś powodu (jak to się mówi, paluszek i główka to szkolna wymówka) – to można było być wytłumaczonym. Profesor miał swoje humory. Miał jeden dzień pisany, a drugi dzień mówiony. Jak się ktoś męczył, wywołany do tablicy, to on mówił, że „matematyka nie polega na mówieniu, pisz”. No, więc ten nieszczęśnik brał kredę i nic, to znaczy żadnego równania nie potrafił rozwiązać, ale w następnym dniu nauczyciel mógł zmienić nastrój i powiedzieć: „matematyka nie polega na pisaniu, mów”. I następny nieszczęśnik też się jąkał, brzdąkał i znów nic nie powiedział. Więc to pisanie i gadanie z matematyką to była moja udręka. Ale jakoś udało mi się przebrnąć przez te bariery matematyczne i skończyć szczęśliwie szkołę.
Czy jeszcze któregoś z nauczycieli przypomina Pan sobie? Może polonistów?
A więc, pyta Pani o najważniejsze. Wtedy w szkole pojawił się Piotr Hausvater. To był początek mojej drogi przede wszystkim literackiej, bo zachęcany byłem do czytania, prowadzone przez niego lekcje przybliżały nam bardzo arcydzieła polskiej literatury, polskiej kultury. Był związany również z teatrem, więc potrafił opowiadać o swoich fascynacjach teatralnych, a mnie to wszystko bardzo interesowało. Założył i prowadził kółko teatralne, które dla mnie stało się szczeblem, po którym zacząłem wstępować powoli w zaczarowany świat teatru. Ale wcześniej jeszcze, przed Piotrem Hausvaterem, w naszym domu pojawił się jeden z najmłodszych braci mojego ojca – wujek Staszek, który, jak się okazało, był tancerzem opery i baletu. I wujek Staszek zaprowadził mnie kiedyś do teatru, posadził i – jak dziś pamiętam – była to opera Bedřicha Smetany „Sprzedana narzeczona”. W ostatnim akcie na scenę wjeżdżał cyrk i w tym cyrku mój wujek Staszek „przebijał się na wylot” szablą. Byłem zrozpaczony, ale wujek później mi wytłumaczył, jak się takie magiczne historie w teatrze dzieją. Przychodził do nas często do domu, były to czasy prawie okupacyjne, w domu było trudno z ogrzewaniem i pamiętam, że wujek właściwie zawsze w jakimś palcie u nas siedział, i ja go prosiłem, żeby mi coś narysował. Rysował mi w moim albumie bardzo pięknie głowy końskie. Czy to przypadek, że los się tak potoczył, że urodziłem się w gmachu teatralnym i połknąłem ten bakcyl teatralny, mieszkając w tym budynku… Tymi ludźmi, którzy pomogli mi wejść w ten świat, to pierwszym był rzeczywiście wujek Staszek, który wprowadził mnie do tego pięknego gmachu teatralnego, a drugim był nauczyciel Piotr Hausvater, który założył i prowadził kółko teatralne w szkole, które się później rozrosło, jak wiemy. Był on też fundatorem Polskiego Teatru Ludowego we Lwowie, który do dziś dnia istnieje.
Czyli można tylko pozazdrościć, bo mieszkał Pan właściwie na tyłach, za sceną Teatru Skarbkowskiego, dziś jest to teatr im. Marii Zańkowieckiej, i tuż o parę metrów, dokładnie parę metrów dalej znajduje się Teatr Opery i Baletu, czyli Teatr Miejski, dawniej nazywany Wielkim. Przypomniało mi się, że kiedyś widziałam zdjęcie Pana wujka w teatrze na osiołku i Pan opowiadał ciekawą historię z nim związaną.
No właśnie, z tym osiołkiem. Ja tego spektaklu i wujka żywego na osiołku nie widziałem, ale widziałem fotografie, w zbiorach rodzinnych się zachowały. Oczywiście jest to bohater baletu „Don Kichot” autorstwa Minkusa, w którym wujek odgrywał rolę Sancho Pansy. Kiedyś w teatrach rzeczywiście prawdziwe konie wchodziły na sceny, a tutaj był osiołek Sancho Pansy, zaś Don Kichot wjeżdżał na koniu. Tak to wtedy było w teatrach. Nie wiem jak te zwierzaki były wprowadzane do teatru, jak to im się udawało. Po wielu, wielu latach w archiwalnych znaleziskach znalazłem projekty kostiumów postaci do baletu „Don Kichot”. Jest tam sportretowany mój wujek, ale już w pięknych kolorach, jak ten jego strój miał wyglądać i jego postać zachowana, taka charakterystyczna, pękata. Wujek był bardzo szczupłym tancerzem, ale oczywiście jako Sancho Pansa musiał mieć na sobie te dodatkowe warstwy ubioru, żeby wyglądał jak przysadzisty, mały, pękaty człowieczek.
Jeden teatr obok drugiego, czyli Teatr Skarbkowski i Teatr Wielki, zaś „łącznikiem” między tymi gmachami była Pana babcia Basia.
Do dziś pamiętam jak babcia wyprowadza mnie z gmachu Skarbkowskiego na spacer na Wały Hetmańskie, a za mną jest ten przepiękny budynek. Ale wracając jeszcze do wspomnień z dzieciństwa, to wie Pani, co mi zostało pamięci?

Opowie Pan?
Był to chyba rok 1940, zima, i kolejny spacer z babcią Basią, może z mamą, już nie pamiętam, ale zimowy spacer. Na Wałach Hetmańskich były ustawione stragany ze świątecznymi wyrobami, czyli kule na choinkę, różne ozdoby choinkowe. Tych straganów było bardzo dużo. Zapamiętałem, że jedną z ozdób choinkowych, które się przez długie, długie lata zachowały w naszych pudełkach świątecznych, był samowar tulski. Przez długie, długie lata wisiał na choinkach w naszym już innym mieszkaniu, tym nowszym, już na dużych choinkach. Wracając do trudnych dni dzieciństwa, muszę jeszcze opowiedzieć o ojcu. Wspominałem o nim, jak kiedyś przymocował choinkę do sufitu w malutkim mieszkanku, bo nie było miejsca na podłodze. W okresie wojennym zdobyć wysoką choinkę nie było tak łatwo. I pamiętam, że mój ojciec kupował jakąś, na którą nas było stać, taką powiedziałbym dość rzadką choinkę, z nie bardzo rozłożystymi gałązkami, i kupował osobno gałęzie. W trzonie choinki świdrem robił otwory, wkładał w nie gałązki i raptem choinka robiła się cudna, puszysta, zielona.
Rozmawialiśmy o szkołach, rozmawialiśmy o nauczycielach… Czy pamięta Pan z kim Pan się uczył, z kim Pan się przyjaźnił?
Wszystkich moich przyjaciół szkolnych pamiętam bardzo dobrze. Chcę w tej chwili wymienić jednego, z którym spotykam się do dziś, kiedy jestem we Lwowie. Idąc na mszę niedzielną w katedrze, zawsze spotykam tam swojego kolegę szkolnego Jurka Maciejowskiego. Jeśli widzę się z Jurkiem, to wiem, że ciągle jesteśmy w szkole, jesteśmy kolegami. Ale mam też w pamięci całą masę innych moich przyjaciół, którzy się rozjechali po świecie. Już nie o wszystkich wiem, czy jeszcze są na tym świecie, czy przenieśli się wyżej. Ale kiedy jestem we Lwowie i widzę Jurka, to jest tak, jakby ta szkoła ciągle istniała i wciąż trwały lata szkolne.
Byliście cały czas grzeczni czy trochę rozrabialiście?
Bardzo różnie było. Oczywiście, rozrabialiśmy, może nie brałem bardzo czynnego udziału w rozrabianiu, ale koledzy moi potrafili dokonywać różnych „cudów”. Na przykład, w szkole, jako tak zwany poglądowy przedmiot, był stojący wysoko w szklanej gablotce szkielet człowieka. Niektórzy chłopcy ze starszych klas potrafili ubrać ten szkielet w płaszcz, nałożyć mu jakąś czapkę uszankę i w ten sposób bardzo zdenerwować profesora od biologii Franciszka Dudka, którego wspominam nie tylko jako znakomitego znawcę astronomii i zoologii, i w ogóle wszystkiego, ale przede wszystkim później jako aktora naszego Teatru. Franciszek Dudek, który na pamięć potrafił wyrecytować całego „Pana Tadeusza”.
Niesamowite. A ten szkielet był naturalny?
Tak, był naturalny, to nie był plastik, to teraz plastikowe są. Był zmontowany z autentycznych ludzkich kości, dlatego stał w gablotce. Miał swoją szafkę i jak chłopcy potrafili się tam dostać i nie uszkodzili niczego, nie mam pojęcia. Robili to bardzo precyzyjnie. Różne niesamowite rzeczy się działy
Może pamięta Pan starszych kolegów czy koleżanki?
Oczywiście, jedną z tych starszych koleżanek była Maria Miller – Marysia, z którą później spotkałem się na korytarzach uniwersyteckich, bo Maria Miller zdała wstępne egzaminy na wydział polonistyki, a ja po roku znalazłem się też na tym wydziale jako o rok młodszy kolega. Praktycznie cztery lata studiowaliśmy razem i co dziwne, później, po latach studiów spotkaliśmy się znowu, gdyż Maria Miller została polonistką szkoły nr 10, czyli dzisiejszej szkoły im. św. Marii Magdaleny.
I już miała podwójne nazwisko, czyli Maria Miller-Iwanowa.
To, co nas jeszcze połączyło, to ziarno, które zasiał Piotr Hausvater w naszej szkole ówczesnej nr 24, która a propos, dzisiaj obchodzi swój jubileusz 80-lecia. Potem Maria Miller prowadziła teatr „Baj” w szkole nr 10, gdzie przepracowała ponad 60 lat. Ci, którzy z tego „Baju” wyfruwali na dalsze drogi, dalsze poszukiwania swojego sensu życia, często lądowali w naszym Teatrze. Wykształceni przez Marysię Miller aktorzy wracali do naszego teatru. Bardzo dobrze współpracowaliśmy z nią, mieliśmy wiele wspólnie przeżytych chwil, wielu wspólnych znajomych, wiele wspólnych wspomnień z naszej szkoły przy ulicy Kochanowskiego.
Maria Miller-Iwanowa –nazywaliśmy ją Pani Maria Iwanowa – wychowała wiele pokoleń uczniów, ja również byłam jej uczennicą, za co jestem jej bardzo, bardzo wdzięczna. Jej lekcje języka polskiego były naprawdę niezwykłe, wspaniałe. Dziękuję bardzo za rozmowę.
Ja również dziękuję.
Rozmawiała Anna Gordijewska
Tekst ukazał się w nr 1 (461), 17 – 30 stycznia 2025
