Rozmowa Anny Gordijewskiej z aktorem, reżyserem, działaczem teatralnym dyrektorem Polskiego Teatru Ludowego we Lwowie Zbigniewem Chrzanowskim.
Opowiadał Pan o studiach na Uniwersytecie Lwowskim, a później gdzie Pan rozpoczął pracę?
Próbowałem rozpocząć zgodnie z moim dyplomem pracę pedagogiczną, ale niestety nie znalazło się miejsca w szkołach we Lwowie dla młodego polonisty, więc musiałem szukać jakiejś pracy dorywczej. Początkowo pracowałem kilka miesięcy w archiwum lwowskim, a później gruchnęła wiadomość od znajomych, że na Wysokim Zamku jest rekrutacja do współpracy. Zresztą na moich oczach, co było widać z okien naszego mieszkania, wyrastała ta ogromna wieża nadawcza, maszt telewizji lwowskiej. Zgłosiłem się i zacząłem pracować w telewizji, w której przepracowałem 25 lat.
Jaką posadę Pan zajmował?
Właściwie przechodziłem wszystkie stopnie wtajemniczenia. Zaczynałem od pracy inspicjenta w studiu – przygotowywałem studio, ludzi, zespoły przychodzące na nagrania. Potem pracowałem jako redaktor w dziale filmowym, gdzie zajmowałem się repertuarami – wówczas telewizja polegała głównie na projekcji i retransmisji filmów. Z czasem obserwowałem realizatorów przy konsolecie i sam zacząłem pracować jako asystent reżysera, aż w końcu wystartowałem jako samodzielny reżyser. W międzyczasie nie przerywałem kontaktu z Polskim Teatrem, gdzie mogłem realizować własne propozycje. To właśnie wtedy podjąłem decyzję, że wszystkie moje dotychczasowe doświadczenia muszę uporządkować, dlatego wybrałem się na studia reżyserskie.
Telewizja to także spotkania z ciekawymi ludźmi. Kogo Pan najbardziej zapamiętał?
Mógłbym zająć kilka programów, wyliczając te nazwiska. Spotykałem się z twórcami lwowskimi, aktorami, muzykami, kompozytorami, artystami lwowskiej opery. Z gwiazd, które występowały w telewizji, wspomnę przede wszystkim pianistów dających recitale fortepianowe: Reginę Smendziankę, Bellę Dawidowicz, Władysława Kędrę. Gwiazdą była także solistka mediolańskiej La Scali – Angela Vercelli, którą zapamiętałem szczególnie z jej wykonania modlitwy Desdemony z ostatniego aktu Otella Verdiego. Oprócz tego w telewizji występowało wielu artystów teatralnych, regionalnych i folklorystycznych.
Lwowska telewizja prowadziła też transmisje spektakli operowych na ogólnorepublikańską antenę. Wozy transmisyjne stawały pod operą, kamery wprowadzano do sali – oczywiście bez publiczności – i transmitowano spektakle operowe i baletowe. Powoli wkroczyłem w ten świat, co później ułatwiło mi jedną z najwspanialszych przygód artystycznych w moim życiu: dzień, w którym zaproszono mnie jako reżysera do realizacji opery.
Te znajomości zaowocowały później przyjaźniami i współpracą, prawda?
Tak. Zaowocowały jednym z najwspanialszych momentów w moim życiu – pierwszą moją realizacją na scenie Teatru Opery i Baletu. Było to wydarzenie niesamowite, bo zbliżała się wizyta Ojca Świętego Jana Pawła II na Ukrainie w 2001 roku.

Pan miał tę przyjemność, że osobiście przywitał Ojca Świętego.
To prawda. Cała historia zaczęła się w 2000 roku, kiedy otrzymałem propozycję od ówczesnego dyrektora opery Tadeusza Edera, by uczestniczyć w realizacji specjalnej opery poświęconej tej wizycie. Tematem był Mojżesz – na podstawie poematu Iwana Franki, do którego muzykę skomponował Myrosław Skoryk. To otworzyło przede mną szeroki horyzont. Tak odpowiedzialnie podszedłem do tematu, że w tajemnicy wybrałem się do Ziemi Świętej, aby zobaczyć kolory, krajobrazy, skały Półwyspu Synajskiego. Te doświadczenia przekazałem scenografom – braciom Ryndzakom – i one stały się podstawą scenografii. Mojżesza zaśpiewał wspaniały bas Aleksander Hromysz, który poddał się mojej wizji.
Niestety, Ojciec Święty nie mógł wejść do budynku opery, ale podjechał papamobile. Wybrani realizatorzy i ucharakteryzowany Aleksander Hromysz jako Mojżesz podeszli i otrzymali osobiste błogosławieństwo Jana Pawła II. To było wspaniałe przeżycie dla mnie. I powiedziałbym, sukces, który osiągnęła ta realizacja, otworzył mi kolejne drzwi do kolejnych moich realizacji. Dla mnie jako reżysera to była wspaniała przygoda i wspaniała szkoła.
A czy podczas pracy nad Mojżeszem Pan miał okazję współpracować z Myrosławem Skorykiem?
Myśmy się znali jeszcze z lat telewizyjnych, kiedy Myrosław Skoryk jako student Akademii Muzycznej pojawiał się w naszym dziale muzycznym i w studiu ze swoimi muzycznymi propozycjami. Ale kiedy już przyjął tę propozycję, to w międzyczasie wyjechał do Stanów Zjednoczonych na staż czy jakieś swoje inne plany życiowe. Porozumiewaliśmy się tylko telefonicznie do pewnej kolejności scen i pewnych sugestii, ale to były bardzo krótkie rozmowy. Myrosław mówił, że już skończył jedną scenę, zaczyna następną, ja to przejmowałem, wiedziałem, jak posuwa się praca. Natomiast najciekawszym momentem było, kiedy kompozytor już przyjechał do Lwowa i w bardzo ścisłym gronie – dyrektor opery Tadeusz Eder, dyrygent i realizator muzyczny Mychajło Dutczak, Myrosław Skoryk i ja – zamknęliśmy się w pokoju, w którym był instrument. Myrosław rozłożył nuty, partytury i przegrał, prześpiewał całą operę, prezentując nam wreszcie to, co stworzył. A ja przed tym wznosiłem oczy ku niebu, żeby tylko mi wszystko to, co ja sobie wymarzyłem, się zgodziło.
I proszę sobie wyobrazić, że tak się stało, iż właściwie myśli Skoryka i moje biegły jakby równolegle, ale bardzo daleko od siebie. Tylko w jednym kierunku, w jednym tylko miejscu poprosiłem o zmianę scen i kolejności, co wymagało oczywiście zmian w materiale muzycznym. Myrosław się ze mną zgodził i taką korektę zrobił. Czyli była pełna harmonia.
Dodajmy, że Myrosław Skoryk jest autorem słynnej Melodii, dziś Filharmonia Lwowska i ulica obok niej noszą jego imię. Kompozytor spoczywa na Cmentarzu Łyczakowskim.
Chciałbym jeszcze dodać, bo to jest bardzo ważne, jeżeli chodzi o operę Mojżesz. Była również prezentowana na scenie Opery Narodowej w Warszawie i do Warszawy przyjechaliśmy znowu wspólnie. Przyjechał Myrosław Skoryk, dyrektor Tadeusz Eder, ja – dlatego, że musiałem prowadzić próby na nowej scenie, troszeczkę o innych rozmiarach, z innymi pewnymi warunkami akustycznymi i tak dalej, ale znowu mieliśmy szereg prób na tej wspaniałej warszawskiej scenie.
Proszę opowiedzieć o scenografii.
Scenografów braci Tadeja i Michała Ryndzaków poznałem wcześniej, w Kijowie. Zapoznał nas ówczesny główny scenograf Lwowskiej Opery, legendarny scenograf tej sceny, Jewgen Łysyk i od tego czasu myśmy się znali. A dodatkowym, powiedziałbym, bardzo osobistym wydarzeniem, łączącym nas zupełnie przypadkowo, było to, że bracia Ryndzakowie pochodzą z miejscowości, w której urodziła się i dzieciństwo spędziła moja matka. Myślę tutaj o Bolechowie. Więc mieliśmy również wspólny biograficzny łącznik. Nasza współpraca przerodziła się w prawdziwą przyjaźń i cudowne zrozumienie siebie nawzajem. Oni rozumieli mnie wpół słowa i ja z kolei też ufałem ich doświadczeniu. Wszystkie nasze przyszłe prace, które później się pojawiły, zawierały w sobie nie tylko nutę harmonii, ale pewnego rodzaju serdecznej przyjaźni.
Czyli od Mojżesza rozpoczęła się Pana przygoda z Lwowską Operą. A później w naszej Operze były jeszcze wystawiane Orfeusz i Eurydyka, a także Czarodziejski Flet w Pana reżyserii.
To dwie wspaniałe pozycje światowej muzyki klasycznej. Ja dawno byłem oczarowany muzyką Glucka, jeżeli chodzi o Orfeusza, ale najważniejsze było, żeby znalazła się śpiewaczka, bo partię Orfeusza zazwyczaj śpiewa alt, czyli tę postać odtwarza i śpiewa kobieta. Znalazła się taka śpiewaczka – Natalia Dacko. A oprócz tego pracę mi ułatwiała trochę moja, niezbyt głęboka, ale jednak znajomość języka francuskiego, dlatego że opery te właśnie, Orfeusz i Czarodziejski Flet są śpiewane w języku oryginału. Więc nam tutaj z moją znajomością języka francuskiego i z Natalią Dacko bardzo dobrze się współpracowało. A od wielu, wielu lat wymarzoną przeze mnie, wysłuchaną, ukochaną, cudowną operę Mozarta Czarodziejski Flet też udało mi się zrealizować. Czyli piękne trzy projekty i od Mojżesza jak gdyby wszystko się rozpoczęło.
Chciałabym jeszcze dodać, że obecnie w teatrach mamy współczesne scenografie, również w teatrach opery i baletu. Natomiast w tamtym czasie co odróżniało scenografię lwowską? Właśnie ręcznie malowane dekoracje – coś pięknego.
To są malowidła ogromnych rozmiarów. I proszę mi wierzyć, że bywałem obecny w pracowniach malarskich zawsze. Po próbie na scenie przychodziłem na pracownię malarską i widziałem jak postępują prace, jak wyrasta powoli wizja. Coś pięknego od początku. A później do tego dochodzą światła, montaże i wszystkie inne cuda, które jednak można zrealizować.
I w końcu tworzą zaczarowany świat teatru.
Zaczarowany świat teatru, tak.
Serdecznie Panu dziękuję za tę rozmowę.
Rozmawiała Anna Gordijewska
Tekst ukazał się w nr 15-16 (475-476), 29 sierpnia – 15 września 2025
