Rozmowa Anny Gordijewskiej z aktorem, reżyserem, działaczem teatralnym dyrektorem Polskiego Teatru Ludowego we Lwowie Zbigniewem Chrzanowskim.
Czy wyobraża sobie Pan życie bez teatru?
Zaczęło się od tego, że urodziłem się w budynku, w którym był teatr i jakbyśmy z jakiej strony nie wchodzili, to zawsze się coś przewijało nawet poza tą najistotniejszą częścią teatralną tego gmachu, w której rzeczywiście była scena i sala teatralna. Cały budynek był zamieszkały przez pracowników teatru i tam ciągle coś związane z teatrem wpadało w ucho. Ale nie to najważniejsze. Najważniejsze – to oczywiście szkoła i szkolny teatrzyk. I ja, wzbogacony o doświadczenia jako młody widz oglądający profesjonalne przedstawienia, wśród szkolnych adeptów sztuki chodziłem trochę nadęty, tak jakby już wszystko wiem o teatrze.
A później, podczas studiów uniwersyteckich też były próby teatralne. W 1955 roku byłem na czwartym roku studiów na polonistyce. Piotr Hausvater przygotowując wieczór mickiewiczowski zaprosił studentów polonistyki do udziału i wystąpiliśmy jako grupa, powiedziałbym, bardzo doświadczonych. Zagraliśmy fragmenty sztuki „Ballady i romanse” poświęconej młodym wileńskim i kowieńskim latom Adama Mickiewicza.
Później zaczął się okres teatru, który prawdopodobnie nie rościł sobie dalekich i szeroko rozwiniętych planów, czyli domowy teatr Piotra Hausvatera, do którego on zaprosił wszystkich swoich adeptów z polskich szkół, z którymi był związany, z którymi na przestrzeni wielu lat realizował różne pomysły teatralne. Byłem jednym z tych zaproszonych. To był rok 1957. Wtedy pojawiłem się w znanym mi mieszkaniu przy ulicy Trusza na końcu tramwaju nr 2, gdzie pętla tramwajowa. Wśród przyszłych kandydatów zobaczyłem ludzi znanych mi i nieznanych. Uczniów szkoły nr 24 znałem, ale tam poznałem też absolwentów i uczniów szkół im. Marii Magdaleny i nr 30.
Zapamiętałem przede wszystkim Jolantę Martynowicz. Innych pobieżnie trochę znałem. Jola była najmłodsza z tych kandydatek, miała wtedy 16 lat. Była już wtedy bardzo piękną dziewczyną o bardzo długim czarnym warkoczu. Gdy rozpuszczała, to była dosłownie burza pięknych czarnych włosów.
Nie tylko piękne czarne włosy, ale i piękne oczy…
Bardzo piękne wyraziste ciemne oczy.
Co Pan najbardziej zapamiętał z domu Piotra Hausvatera?
Piotr Hausvater był człowiekiem chorowitym i zdarzały się okresy, kiedy nie mógł przyjeżdżać do szkoły, a ta odległość była dość daleka – tramwajem zjechać do centrum i jeszcze dalej pokonać spory kawałek drogi na ulicę Kochanowskiego do szkoły nr 24 – więc czasami lekcje literatury polskiej odbywały się u niego w domu.
To był budynek typu willa, wolnostojący, piętrowy. Vis-à-vis budynku Hausvatera stał budynek należący niegdyś do wybitnego ukraińskiego malarza Iwana Trusza. I na poziomie pierwszego piętra, gdzie był pokój lekcyjny i prób, była ogromna przeszklona weranda – pracownia malarza. Tam widać było rozstawione sztalugi. Malarz już nie żył, a domem opiekowała się jego córka Pani Ada Trusz.
Pokój na pierwszym piętrze. Nie był duży, ale i nasza klasa nie była liczna – 14 osób. Myśmy zasiadali dookoła dużego stołu, notowali w swoich kajetach wszystko co trzeba było z tej lekcji zanotować, podręczników przecież nie było.
Pokój był napełniony sztuką, na ścianach wisiały obrazy. Część pokoju zajmował ogromny fortepian wiedeński i przez to było naprawdę bardzo ciasno. Kiedy zaczął się rodzić ten teatr domowy, to właściwie znaleźliśmy się w podobnej scenerii. Zajęty różnymi przedmiotami pokój – szafami na książki, biurkiem, dużym stołem itd. Próby miały charakter raczej czytany. Trzeba było wymyślać, że coś będzie tak, a nie tak, nie wszystko udało się zrealizować. Pamiętam te sytuacyjne próby, przekomiczne nieraz, po tylu latach by to wspomnieć. Przekomiczny finał Balladyny, kiedy królowa pozbywa się po kolei swoich przeciwników i swoich wrogów, więc zawsze tam któryś ginie. Byłem jednym z tych grając rolę Kostryna, którego królowa Balladyna otruła. Trzeba było zainscenizować to otrucie i paść. Padłem pod fortepian. Ale żeby nadać dramatyzmu tej całej sytuacji, profesor jeszcze robił ilustrację muzyczną, więc nade mną grzmiały takie ponure akordy.
I Pan pamięta te dźwięki do dziś?
Oczywiście! Na basach grane. Pan Profesor był bardzo dobrym muzykiem, przepięknie grał na skrzypcach, a na fortepianie też potrafił improwizować. Jedyne, czego nie udało się zrealizować, to jak Kanclerz, którego grał Jan Tysson, sprawdza czy Kostryn rzeczywiście jest martwy. Musiałby wtedy na czworakach wczołgać się pod fortepian. Tej sytuacji uniknęliśmy. Więc takie były początki. Ponieważ w tej ciasnej atmosferze trudno było mówić o sytuacyjnych próbach, Piotr Hausvater zwrócił się do dyrekcji szkoły nr 10 czy nie przyjęłaby takiego zespołu pod swoje skrzydło. Dyrektor zgodził się. Dyrektorem wówczas był bardzo sympatyczny pan o nazwisku Reiss, który otworzył dla nas „ramiona” i salę szkolną. Przyjął nas i zaczęły się próby już w warunkach bardzo podobnych do teatralnych – można wyjść na scenę, sytuację zbudować, wejść za kulisy. Tam nawet było miejsce dla suflera. Do którego trzeba było wchodzić oczywiście przed wejściem publiczności, bo ze sceny się schodziło. Była to taka namiastka teatru. I tam powstały nasze pierwsze przedstawienia – „Rycerskość wieśniacza” Giovanniego Verga, później krotochwila „Babcia i wnuczek” Gałczyńskiego. Później Piotr Hausvater sięgnął po taki bardzo duży kaliber teatralny, czyli mówimy o „Balladynie” Juliusza Słowackiego.
Jaka sztuka została pokazana na premierze?
To była werystyczna jednoaktówka Giovanniego Verga „Rycerskość wieśniacza”. Ta dramatyczna historia miłości i rywalizacji o kobietę legła u podstawy libretta opery, którą napisał Mascagni pod tym samym tytułem. Bardzo popularnej opery, która jest w repertuarach bardzo wielu teatrów, w tym też Opery Lwowskiej.
Kogo Pan grał w tym przedstawieniu?
Nie grałem głównej roli i z tego powodu bardzo ubolewałem. Praktycznie pojawiałem się „w tłumie” wieśniaków włoskich. Natomiast główną rolę zagrałem w następnym spektaklu – wystąpiłem jako wnuczek w krotochwili Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego „Babcia i wnuczek”. Później była wspomniana przeze mnie „Balladyna”, której początki sięgały jeszcze „domowego” teatru, kiedy to były próby „szkicowe” w małym i ciasnym pokoju przy ulicy Trusza.
Był to rok 1957…
W 1958 r. nastąpiła przeprowadzka do szkoły nr 10 im. św. Marii Magdaleny. 28 kwietnia to dzień naszego publicznego występu – mówię o premierze „Rycerskości wieśniaczej”. Następna premiera to była „Babcia i wnuczek”, w 1959 r. pojawiła się Balladyna. I wtedy – nie wiem czy nie była to inicjatywa Piotra Hausvatera – nastąpił pewien zbieg okoliczności. Pewne szkolne komisje oglądały zespoły artystyczne. Postanowiły, że jeżeli jest to zespół prowadzony przez nauczyciela, nie zważając, że był już wtedy nauczycielem emerytowanym, żeby grono nauczycielskie zaproponowało, byśmy się przenieśli kilkaset metrów dalej do Obwodowego Domu Nauczyciela. Był to klub nauczycielski, w którym pracowały różne zespoły tworzone przez pracowników oświaty. Wtedy w tym dawnym Pałacu Bielskich przy ulicy Kopernika kotłowało się niesamowicie. Tam były dwa chóry, zespoły taneczne, zespół dramatyczny, studio operowe, można było pobierać lekcje fortepianu. Kierownictwo tego Domu Nauczyciela miało trudny orzech do zgryzienia jak zbudować harmonogram pracy żeby każdy mógł dostać się na scenę i na tej scenie zaistnieć.
Tam też zaczęły się próby komedii Aleksandra Fredry „Damy i huzary”. Ja w tych próbach nie brałem udziału, dlatego że w 1958 r., równocześnie z początkiem działalności teatru podjąłem pracę zawodową w ośrodku telewizji lwowskiej, która wyrastała jakby na moich oczach. Z mojego mieszkania przy ulicy Teatralnej było widać jak buduje się powoli ta telewizyjna wieża nadawcza na Wysokim Zamku. Nie podejrzewałem, że to kiedyś będzie moje miejsce pracy. Okazało się, że są poszukiwani nowi pracownicy, ja wtedy po ukończeniu studiów nauczycielskich nie znalazłem pracy w szkole. Nie było po prostu wakatu dla mnie. Miałem skierowanie do szkoły na Zakarpacie do Rachowa, ale tam okazało się, że też nie ma wakatu nauczycielskiego. Byłem bezrobotnym, snującym się młodym człowiekiem. I przez znajomych dowiedziałem się że są poszukiwani pracownicy do tworzącego się ośrodka telewizji. Zgłosiłem się i zostałem przyjęty. Przeszedłem rzeczywiście wszystkie szczeble wtajemniczenia jeśli chodzi o telewizję, zacząłem od tego, że byłem inspicjentem na planie telewizyjnym, czyli wprowadzałem i wyprowadzałem gości, dawałem znak kiedy mają zacząć. W międzyczasie poznawałem wielu ciekawych ludzi – aktorów, śpiewaków.
A kogo Pan z gości najbardziej zapamiętał?
Pamiętam przede wszystkim grupę polskich pianistów, którzy przyjechali na gościnne występy i wśród nich była bardzo młoda pięknie grająca pianistka Regina Smendzianka. Później w tym studiu pojawiła się solistka mediolańskiej Opery La Scala Angela Vercelli. To było ogromne wydarzenie, pamiętam wszystkie środki bezpieczeństwa, które były zastosowane przy wjeździe tej pani na Wysoki Zamek, wprowadzenie jej do studia. Ona dała bardzo krótki recital, ale to było pamiętne, bo słuchałem tego pięknego głosu, powiedziałbym prawdziwego belcanta z tak bliskiej odległości, nieomal tak jakby w jakimś domowym salonie. Później wspaniały koncert Belli Dawidowicz – wspaniałej pianistki, laureatki konkursu chopinowskiego. I dużo aktorów z lwowskich teatrów, którzy przychodzili na wieczory poetyckie, na fragmenty przedstawień teatralnych, więc powoli te więzy teatralne kształtowały się i zaowocowały moimi znajomościami ze środowiskiem artystycznym, jeżeli chodzi o Lwów.
Teatr zaczął grać przy ulicy Kopernika w Domu Nauczyciela, a na jakich jeszcze scenach grał?
We Lwowie co roku odbywały się przeglądy amatorskich zespołów teatralnych. Te najbardziej prezentujące pewien poziom były kierowane na przeglądy miejskie i odbywały przy dawnej ul. Rejtana, obecnej Kurbasa w dawnym Teatrze Bagatela. Wtedy to był Obwodowy Dom Twórczości Ludowej. I tam na bardzo zbliżonej do profesjonalnej scenie – z kulisami, z kurtyną, z zapleczem, z garderobami aktorskimi, z widownią, na której były balkony i loże – odbywały się nasze pierwsze przedstawienia. Tam też pojawiły się moje pierwsze reżyserskie próby. Wtedy, w 1959 r. przypadała 150. rocznica urodzin Juliusza Słowackiego i profesor Hausvater zaplanował taką składankę z utworów Słowackiego. Ja go zapytałem, czy mógłbym wyreżyserować fragment „Marii Stuart”? W tej składance była scenka, którą napisał sam Piotr Hausvater – Rozmowa matki Słowackiego Salomei Becu z córkami o tym, że Juliusz jest w Paryżu, one piszą do niego listy. Tak by mówiąc, wprowadzająca informacja o rodzinnej sytuacji Słowackich w Krzemieńcu. Potem to co ja zaproponowałem – fragment „Marii Stuart” Juliusza Słowackiego i jeszcze duże fragmenty dramatu „Beatryks Cenci”. Jeden wieczór poświęcony twórczości Juliusza Słowackiego był grany właśnie tam przy ul. Rejtana.
Udało się Panu wyreżyserować?
Zdaję mi się że udało, ale z wielką przygodą. Wspomniałem już o tym, że była to profesjonalna duża scena, ale garderoby aktorskie znajdowały się pod sceną. Schodziło się do nich krętymi żelaznymi schodami i tam przygotowywało się do spektaklu. Grałem króla Henryka. Kolega mój Władysław Łokietko, który później bardzo aktywnie zaistniał w naszym teatrze jako aktor, jako reżyser i jako twórca szkolnego teatru, amator sceny w szkole nr 24, grał rolę błazna Nicka. A rolę Marii Stuart grała moja przyszła żona Barbara. Był wypożyczony bardzo piękny kostium. Pięknie ubrany jako król Henryk, w bujnej peruce i z przyklejoną brodą w pewnej sytuacji, kiedy na klęczkach przekonywałem Marię Stuart o swojej miłości i o swoim uczuciu, i błagałem żeby ona też obdarzyła mnie uczuciem – zauważyłem, że zaczyna mi się odklejać część brody. Na szczęście odklejała się część nie od widowni. Prawą ręką udawało mi się ją przytrzymywać, a lewą gestykulować błagając o litość. Ale dumna królowa Maria Stuart szarpnęła się i wyszła ze sceny – zgodnie z tekstem, zgodnie z sytuacją. Ja zostałem i ręką przytrzymuję brodę – co mam zrobić? Zerwałem się z kolan i pobiegłem za nią. I tymi krętymi schodkami zleciałem na dół. Wleciałem do garderoby z tylko jednym słowem: „klej”. Koledzy, co byli już przygotowani do następnego wyjścia, zbaranieli nie wiedząc o co chodzi. Złapałem klej, maznąłem, wróciłem na scenę i powiedziałem: „poszła!”. Sytuacja była uratowana. Następnie była scena tragiczna, w której błazen Nick wypija truciznę, którą zostawiła Maria Stuart dla Henryka. Dramat, Nick umiera.
Dziękuję za rozmowę.
Rozmawiała Anna Gordijewska


