Zakamarki wspomnień. Część 1 Z archiwum Zbigniewa Chrzanowskiego

Zakamarki wspomnień. Część 1

Rozmowa Anny Gordijewskiej z aktorem, reżyserem, działaczem teatralnym, dyrektorem Polskiego Teatru Ludowego we Lwowie Zbigniewem Chrzanowskim.

W latach 80. zmuszony był Pan opuścić Lwów, ale tak naprawdę nigdy Pan z naszego miasta nie wyjechał. Czy wraca Pan do wspomnień z wczesnego dzieciństwa?

Bardzo często, a właściwie może nawet codziennie. Już nawet zastanawiam się, jaki magnes zmusza mnie wciąż na nowo do tych powrotów rzeczywistych i do tych w myślach. Może dlatego, że tak naprawdę nie udało mi się wyjechać ze Lwowa. Być może z powodu spraw rodzinnych, bo kiedy opuszczałem Lwów, zostawała tu jeszcze matka, moja siostra, więc były to powroty i rodzinne, i równolegle jakby, sprawy artystyczne, czyli teatr, zespół teatralny, który pozostał we Lwowie, z którym kontakt też się nie urwał. Ale wracając do dzieciństwa, o które Pani zapytała, to też jest dziwny zbieg okoliczności, że budynek, w którym się urodziłem i w pierwszych latach mieszkałem z rodzicami – to olbrzymi gmach dawnego Teatru Skarbkowskiego. Są tam dwa ogromne podwórza po prawej i po lewej stronie, i tam było nasze małe mieszkanko, do którego się wchodziło z podwórka, ale z tego mieszkanka można było również wejść do sali widowiskowej, która wtedy była kinoteatrem. Pamiętam seanse filmowe, pamiętam nasz malutki pokój, i to utkwiło mi bardzo w pamięci. Było tak małe, że – zapamiętałem taki szczegół – podczas świąt Bożego Narodzenia w tym mieszkanku nie było miejsca na choinkę. Mój ojciec, który miał złote ręce, wspaniałe pomysły i potrafił wyczarować różne techniczne cudeńka, zawiesił choinkę pod sufitem. To drzewko wisiało nad nami jak żyrandol. Małe mieszkanko z malutkim aneksem kuchennym i to wyjście w zaczarowany świat, w świat sali widowiskowej, sali kinowej, w której, jak Gałczyński pisał, „snuje się srebrny dym”.

I te długie balkony, z których można było widzieć co robią sąsiedzi i co się dzieje na tym podwórku. A jeszcze wracając do Bożego Narodzeniu, czy to drzewko było żywe?

Oczywiście, to była prawdziwa, malutka choinka. Zachowały się jeszcze nawet ozdoby. Jedną z nich do dziś przechowuję w swoim mieszkaniu.

Z archiwum Zbigniewa Chrzanowskiego

Co to jest?

To jest taki niby święty Mikołaj, ale trochę dziwny, bo proszę sobie wyobrazić, zrobiony z kombinacji kauczuka i jakiejś puszystej masy. Ma jakieś takie śmiesznie powyginane ręce, oczywiście worek z prezentami i laskę. To jest taka wisząca, malutka zabawka.

Z archiwum Zbigniewa Chrzanowskiego

Czyli przedwojenna, fabrycznie wyprodukowana, nie własnej roboty?

To była produkcja przedwojenna ozdób choinkowych i ciekawe, że właśnie zastosowano już tu jakieś tworzywo syntetyczne, nie dmuchane szkło, lecz kauczuk. Ale ozdoba ta jest bardzo piękna, bardzo mi bliska do dziś.

Chciałem jeszcze powiedzieć, że dziwnym zbiegiem okoliczności, nawet teraz, kiedy przyjeżdżam do Lwowa, mam swoje ulubione miejsce, i tym ulubionym miejscem, w którym zazwyczaj jadam obiady, jest „Lwowska Premiera” w bocznej uliczce, która przylega jakby do gmachu Teatru Skarbkowskiego. Właściwie jak gdyby mimo woli przechodzę cały czas obok swojego mieszkania. Po rekonstrukcji w 1939 roku sali kinowej miała wrócić stara sala teatralna. Kiedy wspominałem o sali kinowej, nigdy jako mały chłopak nie podejrzewałem, że za tym ekranem znajduje się ogromna scena. Do tej sceny wróciłem dopiero wtedy, kiedy mój ojciec zaczął pracować po wojnie jako elektryk teatralny, a ja mogłem wtedy w ten zaczarowany świat sceny, teatru już wejść.

Kiedyś na podwórku dawnego Teatru Skarbkowskiego nagrywałam wywiad z Panem. Staliśmy na balkonie, a Pan opowiadał mi, co obserwował właśnie z tych balkonów. Wspominał Pan o tym, że tam były duże drzwi i że Pan widział jak wjeżdżała dekoracja do wnętrz teatralnych…

Oczywiście, bo z jednej i z drugiej strony było tak przewidziane w konstrukcji tego teatru, że dekoracje mogły wjechać z prawej i z lewej strony i były to duże bramy wjazdowe, przez które wchodziło się również na klatki schodowe. Szło się na górę tam, gdzie były mieszkania aktorów, pracowników teatru, i później mieszkania kwaterunkowe, ale jednocześnie z tych bocznych wejść wjeżdżały na scenę dekoracje, tam się czasem można było jako dzieciarnia prześlizgnąć i zobaczyć tę ogromną scenę, która już później była bardzo mi bliską sceną, po której mogłem się poruszać jako reżyser, współpracować, poznawać aktorów… No, ale to były już późniejsze lata.

Z archiwum Zbigniewa Chrzanowskiego

Jakie jeszcze są ulubione Pana zakamarki we Lwowie?

Zakamarki we Lwowie? Jest ich bardzo dużo. Ale wracając ciągle do tej zaczarowanej dzielnicy, gmachu hrabiego Skarbka, proszę sobie wyobrazić, że z okien naszego drugiego mieszkania (jak powiedziałem, podczas rekonstrukcji zmieniła się nasza lokalizacja, na przeniosła się drugą stronę budynku), było widać kościół Panny Marii Śnieżnej, kościół, w którym byłem ochrzczony, w którym przyjąłem pierwszą komunię. Później, właśnie po schodkach tego kościoła wchodziłem do góry, mijałem świątynię i zdążałem do swojej pierwszej klasy, czyli do szkoły, która mieściła się w klasztorze benedyktynek. Z okien naszego mieszkania to wszystko było widoczne. To dla mnie zaczarowane miejsce i tam powracam. Lubię wchodzić po tych schodkach. Widzę wówczas siebie małego, z tekturowym tornistrem na plecach, z kałamarzem, który w takim woreczku się nosiło. Ubranie było ciągle poplamione atramentem i wszystko dookoła mnie. Ale to nie było ważne. Najważniejsze było to, że wchodziło się na dziedziniec klasztoru benedyktynek, i dalej była… moja pierwsza klasa.

Ten piękny zakątek Lwowa ja również bardzo lubię, jest on uroczy, bo za kościołem Matki Boskiej Śnieżnej jest ta wąska uliczka, jest dobrze zachowany dawny kościół sióstr benedyktynek.

A propos, to był kościół Wszystkich Świętych.

Tak, teraz jest tam greckokatolicka cerkiew.

Tak, ale bardzo pięknie zachowana i odrestaurowana.

Przez Instytut „Polonika”. Dobrze, że strona polska tak dba o te piękne zabytki Lwowa.

Ale to była tylko pierwsza klasa, to był 1941 rok, czas okupacji. A później okazało się, rodzice otrzymali informację, że już w klasztorze benedyktynek nie będzie nauki, że zostaliśmy przeniesieni do małej kamienicy za dawnym arsenałem, która zachowała się do dziś dnia. Okupacja miała swoje ponure i straszne strony. Pamiętam jak dziś, jak do klasy wszedł oficer niemiecki w towarzystwie naszej nauczycielki i wytłumaczył jej coś po niemiecku. Nauczycielka zwróciła się do nas ze słowami: „Dzieci, proszę sobie mocno paluszki włożyć do uszu i otworzyć buzię, bo będzie wybuch”. Ten wybuch nastąpił. Teraz wiemy co tam było, co za tą kamienicą wybuchło…

Tam była piękna synagoga Złota Róża….

Pozostałość, właśnie pozostałość, ale nikt z nas wtedy nie wiedział, jak cenny zabytek Lwów traci. Ta synagoga była przecież historycznym, jednym z najwspanialszych obiektów starego Lwowa.

Czyli można powiedzieć, że wszedł Pan do szkoły, a wyszedł Pan i zobaczył zrujnowaną synagogę?

To znaczy, zobaczyłem ruiny, ale do późnych lat nie wiedzieliśmy, co to były za ruiny, później oczywiście się dowiedziałem, że to była synagoga, że tam była dzielnica żydowska.

Dotychczas istnieje tam ulica o nazwie Starożydowska.

Starożydowska, prawda, do dziś dnia. Te wspomnienia z dzieciństwa nie opuszczają mnie. Chodzę tymi ulicami, to są moje ulubione dzielnice i z jednej strony jest to spacer, a z drugiej strony docelowe podążanie dokądś.

Czyli możemy powiedzieć, że Pan zataczał koło, bo kościół Matki Boskiej Śnieżnej był niedaleko Pana domu. A czy droga do domu prowadziła Pana przez Rynek, znajdujący się obok?

Jeżeli chodzi o Rynek, to przede wszystkim tamtędy chodziłem do swojego ulubionego kościoła dominikanów, do kościoła Bożego Ciała, jednego z najpiękniejszych kościołów Lwowa, do dziś funkcjonującego. W późniejszych latach, kiedy, niestety, nie pełnił już swej roli sakralnej, często organizowałem w tym kościele, już jako pracownik i reżyser telewizji, koncerty muzyki kameralnej, klasycznej. Oskarżono mnie później o to, że propaguję obiekty i wartości sakralne.

Chciałabym jeszcze zapytać Pana o szczęśliwe fragmenty dzieciństwa, bo przecież był to Lwów przedwojenny, który Pan pamięta.

Jeżeli chodzi o ten przedwojenny Lwów, to właściwie był to dla mnie bardzo krótki okres. Proszę sobie wyobrazić, że jako czteroletnie dziecko urodzone w 1935 roku, już w 1939 roku przeżyłem wojnę, czyli tak zwany akt rzekomego wyzwolenia Lwowa i tak dalej… Potem była okupacja. Łącznie czas zamknięty w granicach około dziewięciu lat. Najszczęśliwszym momentem, do którego często wracam, były moje spacery z babcią Basią z tegoż starego mieszkanka z ulicy Skarbkowskiej. Babcia Basia prowadziła mnie powolutku przez jezdnię na Wały Hetmańskie. Przed Teatrem Wielkim, bo tak się wtedy nazywał, był ogromny kwietnik, taki klomb, i babcia prowadziła mnie dookoła. Te spacery pamiętam do dziś. Za mną był ten przepiękny, jeden z najpiękniejszych budynków Lwowa, ale nie tylko Lwowa, bo i w skali europejskiej, czyli Teatr Wielki, do którego kiedyś po latach – nigdy nie myślałem – przyjdę już jako reżyser, jako realizator przedstawień.

Jak babcia wyglądała, w co się ubierała?

Babcia była już wtedy kobietą bardzo wiekową, pamiętam, że miała na sobie bardzo długą spódnicę, jakąś chusteczkę. Babcia urodziła pięcioro dzieci, czwórkę synów i jedną córkę, więc była na pewno kobietą spracowaną w życiu. Była bardzo pogodna, zawsze mówiła do mnie „Zbysiu, Zbysiu, zaczekaj chwileczkę, bo nie nadążam”, a ja biegałem już dookoła. Do dziś zostało mi w pamięci, jak babcia mnie uczyła, że gdybym się gdzieś na Wałach Hetmańskich zgubił, to żebym wiedział co mam powiedzieć.

I co miał Pan powiedzieć?

Miałem powiedzieć, że nazywam się Zbysio Chrzanowski z ulicy Skarbkowskiej, bo lokalizacja gmachu Teatru Skarbkowskiego to była właściwie ulica Skarbkowska.

Ale Pan się nigdy nie zgubił?

Nie, ja się nie gubiłem nigdy, ale nauczyłem się tych słów, jako mały chłopczyk. A brzmiało to mniej więcej tak: „Bysio Śloski, z ulicy Pośki”.

Nikt by nic nie zrozumiał.

Nikt by nie zrozumiał, a jednak. I tak mi ta ulica Pośka została w zakamarkach mych wspomnień do dziś.

Może Pan pamięta w co był ubrany?

Mam fotografie.

To proszę opisać.

Mam fotografie, na których jestem w krótkich spodenkach na szelkach granatowych, prawdopodobnie, a powiem dlaczego granatowych, i koszulka z krótkimi rękawkami, podkolanówki, jakieś buciczki, na głowie nic nie miałem – i taka jest jedna z moich pierwszych fotografii. Dlaczego pamiętam, że granatowe spodenki były? Dlatego, że malarz, który pracował w ówczesnym kinie i malował po prostu reklamy kina, namalował mój portret na płótnie, więc zapamiętałem te kolory. Opieram się na metalowej barierce, za mną jest jeden z tych pięknych kasztanów na Wałach Hetmańskich. Dlatego też zapamiętałem kolor tego ubranka.

To były te szczęśliwe dni dzieciństwa. Później nastąpiła okupacja Lwowa.

Tak, okupacja Lwowa, druga wojna światowa, Lwów, który zmieniał zdobywców przychodzących i odchodzących. Mówimy o 1939 roku i wejściu wojsk sowieckich do Lwowa, później odwrót i wkroczenie armii hitlerowskiej. W tym wszystkim człowiek jakoś tak się trochę gotował jak w kotle, ale dziecko zapamiętuje pewne momenty, i zapamiętałem straszny moment, bo to było blisko domu w którym myśmy mieszkali. Po ulicy Krakowskiej rozniosła się wieść, że jest tam pogrom żydowski i że wieszają Żydów. W grupie dzieciarni y pobiegliśmy na ulicę Krakowską i z daleka tylko widzieliśmy ogromny tłum, i że z balkonów kamienicy zwisają jakieś ciała. Szybko uciekliśmy stamtąd, widok był przerażający, choć do końca nie mówił nam o całej tej tragedii, która w różnych dzielnicach miasta Lwowa i w getcie za torami kolejowymi miała miejsce. Pamiętam również dramatyczne chwile, kiedy w czasie bombardowania Lwowa kryliśmy się w piwnicach. Te piwnice były naszym mieszkaniem podczas nalotów, bombardowania. Myśmy schodzili do tak zwanych schronów, i tam były nasze noclegi, tam można było kilka dni nawet dla bezpieczeństwa się znajdować. Mieliśmy swoją piwnicę i tam jakieś takie, powiedziałbym, niby tak zwane wojenne okopy. I pamiętam, że pewnego razu wszyscy mieszkańcy zostaliśmy wyciągnięci z tych piwnic.

Z archiwum Zbigniewa Chrzanowskiego

Ale gdzie były te piwnice?

Te piwnice były od strony dziedzińców tej ogromnej kamienicy. Były dwa, z prawej i z lewej strony, w kilku miejscach, wejścia do piwnic, które kiedyś były składami towarów, win czy czegoś innego, a później służyły mieszkańcom po prostu jako podręczne magazyny. W czasie wojny to się przeistoczyło w schron i ucieczkę przed bombardowaniem. Pewnego razu myśmy wszyscy zostali wywołani stamtąd i ustawieni pod murem, bo okazało się, że ktoś z dachu naszej kamienicy strzelał do żołnierzy. Stanęliśmy pod murem i wszedł żołnierz sowiecki, bo to było po zajęciu Lwowa przez sowietów, i żołnierz sowiecki zapytał – “Kto strzelał?”. Bezbronni ludzie – właściwie, kobiety i  dzieci – zostały ustawione pod tym murem. Właściwie, ja nie zdawałem sobie sprawy z tego, że on nam grozi, że on nas może wszystkich rozstrzelać. Ale okazało się, że człowieka, który strzelał z tego dachu, gdzieś prawdopodobnie ujęto i zostaliśmy zwolnieni, a później kazali nam zejść z powrotem do schronu. Dopiero teraz sobie uświadomiłem, kiedy przypuśćmy, ogląda się filmy z czasów wojny, jak odbywały się te egzekucje cywilnej ludności. Teraz dopiero można to sobie uświadomić, wtedy po prostu nie zdawaliśmy sobie sprawy, czym to wszystko mogło się zakończyć. Ponure czasy przeżyłem, jak to się mówi, i początek drugiej wojny, i koniec drugiej wojny światowej, czy tak zwane ‘zwycięstwo’ które przeżyłem również we Lwowie.

Przypomniałam sobie moment, kiedyś staliśmy na tym podwórku z Panem, kiedy już rozpoczęła się inwazja rosyjska na Ukrainę, na początku tej wojny. Były tam uchylone drzwi i przygotowany schron w piwnicy, czyli do dziś służy on jako schron. Pan wspominał właśnie te czasy, kiedy był małym chłopczykiem.

Tak, zaczęło się od wojny i teraz wracamy jakby do czasów, powiedziałbym, trudnych, zaś rola tych podziemi gmachu Skarbkowskiego wraca do swojej wojennej historii.

Bardzo Panu serdecznie dziękuję za opowieść o tych zakamarki wspomnień z dzieciństwa.

Rozmawiała Anna Gordijewska

Tekst ukazał się w nr 24 (460), 31 grudnia – 16 stycznia 2025

Zakamarki wspomnień. Część 2

Zakamarki wspomnień. Część 3

Zakamarki wspomnień. Część 4

Zakamarki wspomnień. Część 5

Zakamarki wspomnień. Część 6

Zakamarki wspomnień. Część 7

Zakamarki wspomnień. Część 8

Zakamarki wspomnień. Część 9

Zakamarki wspomnień. Część 10

Zakamarki wspomnień. Część 11

Anna Gordijewska. Polka, urodzona we Lwowie. Absolwentka polskiej szkoły nr 10 im. św. Marii Magdaleny we Lwowie. Ukończyła wydział dziennikarstwa w Lwowskiej Akademii Drukarstwa. W latach 1995-1997 Podyplomowe Studium Komunikowania Społecznego i Dziennikarstwa na KUL. Prowadziła programy w polskim "Radiu Lwów". Nadawała korespondencje radiowe o tematyce lwowskiej i kresowej współpracując z rozgłośniami w Polsce i za granicą. Od 2013 roku redaktor - prasa, radio, TV - w Kurierze Galicyjskim, reżyser filmów dokumentalnych "Studio Lwów" Kuriera Galicyjskiego. Od września 2019 roku pracuje w programie dla TVP Polonia "Studio Lwów". Otrzymała nagrody: Odznaka "Zasłużony dla Kultury Polskiej", 2007 r ., Złoty Krzyż Zasługi, 2018 r.

X