W stulecie urodzin Andrzeja Nikodemowicza (1925–2017)

W stulecie urodzin Andrzeja Nikodemowicza (1925–2017)

Wspomnienie córki chrzestnej

2 stycznia 2025 r. minęła setna rocznica urodzin Andrzeja Nikodemowicza – wybitnego kompozytora, pianisty, pedagoga, niezwykłego człowieka. Los nie szczędził mu trudnych doświadczeń, które przyjmował z pokorą i głęboką wiarą w Boską Opatrzność. We wszelkich trudnych sytuacjach i zdarzeniach potrafił dostrzec coś dobrego, budującego, jakiś znak Najwyższego. Obcując z tym nietuzinkowym Artystą i Człowiekiem niezmiennie miało się świadomość, iż jest on rzeczywiście blisko Stwórcy.

Należę do osób, które znały prof. Andrzeja Nikodemowicza wyjątkowo długo (de facto od zawsze); był moim ojcem Chrzestnym i ten fakt w istotnym stopniu zaważył na wielu moich życiowych wyborach i decyzjach. Zanim to jednak nastąpiło, Andrzej Nikodemowicz studiował kompozycję w klasie Adama Sołtysa we Lwowskim Konserwatorium Państwowym (w latach 1946–1951). Natomiast jego pierwsze zetknięcie z przyszłym Mistrzem miało miejsce jeszcze przed wojną, w połowie lat trzydziestych ubiegłego wieku. Zdarzenie to po wielu latach mój Chrzestny pięknie opisał w poświęconym swemu profesorowi artykule, oto jego fragment: „Była już późna noc. Nad głową czarna otchłań nieba i miriady gwiazd. Opustoszałe ulice niosły w nocnej ciszy pogłos naszych kroków. Potem park i niezwykła zieleń prześwietlonych gazowymi latarniami liści drzew. A w nas wciąż jeszcze przelewała się rzeka muzyki, którą unosiliśmy ze sobą. A z muzyki wyłaniająca się w fantastycznych skojarzeniach dziecinnej wyobraźni wizja człowieka, który władczymi gestami wydobywał z olbrzymiej orkiestry wspaniałe brzmienia.

Wracaliśmy nocą – ja, dziesięcio, może jedenastoletni chłopiec i mój starszy brat – z mojego pierwszego spotkania z wielką Muzyką i z wielkim artystą Adamem Sołtysem.

I wtedy to w mojej dziecięcej świadomości Jego postać i pojęcie muzyki skojarzyły się na zawsze w jedną nierozerwalną całość”.

Porządkując archiwum rodzinne natknęłam się kiedyś na teczkę, w której znalazłam kartkę z naszkicowaną ręką Ojca krótką charakterystyką studenta Andrzeja Nikodemowicza. Odnotowane zostały między innymi takie cechy ucznia jak: talent, wyjątkowa pracowitość, rzetelność. Wydaje się jednak, iż oprócz wymienionych tam cech, Ojciec mój, będąc wytrawnym pedagogiem i człowiekiem przenikliwym, dojrzał w swoim studencie także – a właściwie przede wszystkim – cechy, świadczące o jego, wysokiej próby, człowieczeństwie. A więc dobroć, życzliwość, głęboką wiarę, niewzruszone zasady moralne, skromność – czyli takie zalety charakteru, które uważał za najistotniejsze. Nic więc chyba dziwnego, że Adam Sołtys zapragnął, by były uczeń został ojcem chrzestnym jego córeczki (nb. niejednokrotnie miałam dowody na to, że profesor Andrzej Nikodemowicz był dumny z tego faktu, uważając go za szczególne wyróżnienie).

Wzrastałam w świadomości, że mam niejako dwóch ojców – tego rodzonego, który jest ze mną na co dzień i zawsze ma dla mnie czas i tego, którego nie widuję wprawdzie zbyt często, ale który jest również kimś ważnym w moim życiu, a jego wizyty w naszym domu bardzo cieszą mojego Ojca. Ze swoich obowiązków ojca chrzestnego profesor Nikodemowicz wywiązywał się bez zarzutu – zawsze pamiętał o moich urodzinach oraz imieninach, żywo interesował się moimi postępami w nauce i w ogóle wszystkim, co mnie dotyczyło. Dopiero po latach uświadomiłam sobie, że mój Chrzestny z natury był osobą bardzo odpowiedzialną i każdy obowiązek traktował poważnie.

Moje relacje z prof. Andrzejem Nikodemowiczem zacieśniły się zwłaszcza po śmierci Ojca (w 1968 r.). W tym kontekście szczególne znaczenie miał nasz wspólny pobyt wakacyjny – z Chrzestnym i jego małżonką Kazimierą – w Karpatach (w Mikuliczynie) w 1970 r. To Chrzestny odkrywał przede mną uroki tamtejszego krajobrazu – piękno górskich szczytów i rwących rzek, imponującego w swym majestacie gwiaździstego nocnego nieba. Z zapartym tchem słuchałam jego arcyciekawych opowieści z dziedziny astronomii, będącej zresztą pasją mojego Chrzestnego. Wtedy dowiedziałam się również o innej nieznanej mi wcześniej pasji profesora Nikodemowicza – korzenioplastyce (głównie o charakterze sakralnym). Podczas naszych licznych wędrówek górskimi szlakami potrafił wypatrzyć prawdziwe, stworzone przez samą naturę „dzieła sztuki” (m.in. głowę Chrystusa w cierniowej koronie czy postać anioła). To właśnie z moim Ojcem chrzestnym zdobyłam pierwszy (i jedyny jak dotąd) górski szczyt – Chomiak. Niemałe wrażenie wywarł na mnie fakt, iż Chrzestny, specjalnie z myślą o mnie przywiózł ze Lwowa pokaźnych rozmiarów walizkę, wypełnioną książkami. Pamiętam, iż wybrana literatura wprost idealnie przystawała do moich ówczesnych zainteresowań (trzynastoletniej wówczas dziewczynki).

Nieco później okazją do systematycznego obcowania z moim Chrzestnym stały się lekcje harmonii, na które uczęszczałam do prof. Nikodemowicza w połowie lat siedemdziesiątych, przygotowując się do egzaminów wstępnych w konserwatorium Lwowskim. Zresztą decyzję o wstępie na Wydział Teorii i Historii tej uczelni podjęłam w dużym stopniu pod wpływem właśnie prof. Nikodemowicza, wcześniej bowiem miałam pewne wątpliwości w tej materii. Warto nadmienić, iż był to dość trudny okres w życiu Andrzeja Nikodemowicza – za swoje przekonania religijne mój Chrzestny został zwolniony z konserwatorium (1973 r.) i utrzymywał się właściwie wyłącznie z lekcji prywatnych. Zniszczono wtedy wszystkie nagrania jego utworów w radiu lwowskim. Pomimo tak trudnych życiowych doświadczeń nigdy nie narzekał, nie użalał się nad sobą. Był zawsze pogodny, opromieniony życzliwym uśmiechem i skupiony na pracy. Dopiero po wielu latach dowiedziałam się (od Chrzestnego osobiście), że w owym krytycznym dla niego momencie wielu dawnych przyjaciół i znajomych odwróciło się od prof. Nikodemowicza, a niektórzy otwarcie go unikali; byli również tacy, którzy przestali się nawet z nim witać. Jedynie bardzo nieliczni z dawnych przyjaciół nadal okazywali dawnemu koledze przyjaźń i szacunek, starając się w miarę ich możliwości pomagać, kierując na przykład do niego uczniów na lekcje harmonii, solfeżu, fortepianu czy innych przedmiotów. Ze szczególną wdzięcznością mówił mój Chrzestny m.in. o profesor Stefanii Pawłyszyn, która publikowała nawet w prasie – zarówno miejscowej jak i zagranicznej – materiały w obronie Andrzeja Nikodemowicza (nb. kontakty z prof. Pawłyszyn  trwały właściwie do końca życia Chrzestnego). W podobnych słowach wyrażał się również o takich profesorach konserwatorium jak Jarema Jakubiak (późniejszy promotor mojej pracy magisterskiej), Mychajło Lemiszko i kilku innych. O tych, na których się zawiódł, nie mówił wcale. Podziwiałam prof. Nikodemowicza za to, że nigdy nie wypowiedział się o nikim w sposób negatywny. Najwyraźniej hołdował zawartej w Piśmie Świętym zasadzie „nie sądźcie, a nie będziecie sądzeni”.

Powracając do nauki harmonii u Chrzestnego – jego lekcje zawsze były ciekawe i logicznie przemyślane – prof. Andrzej Nikodemowicz niewątpliwie był pedagogiem z powołania, który potrafił zainteresować nauczanym przedmiotem oraz w prosty i przystępny sposób przedstawić wszelkie, nawet dość skomplikowane zagadnienia harmoniczne. Zresztą, na wspomnianych lekcjach poruszaliśmy nie tylko tematy muzyczne. Chrzestny przy każdej okazji interesował się moimi sprawami, widać było, że zależy mu, abym przez nieprzemyślane decyzje nie skomplikowała sobie życia; powtarzał między innymi wielokrotnie, że dojrzałość emocjonalną do małżeństwa osiąga się nie wcześniej niż w wieku 24 lat. Zresztą jak się niejednokrotnie przekonałam, w każdej sprawie gotów był służyć konkretną pomocą nie tylko mnie, ale również przyjaciołom i znajomym.

W 1980 roku prof. Andrzej Nikodemowicz wraz z rodziną podjął decyzję o wyjeździe do Polski. Przed wyjazdem państwo Nikodemowiczowie odwiedzali wszystkich przyjaciół i znajomych – z wizytą pożegnalną byli również w naszym domu – pamiętam jak bardzo było mi wtedy smutno, miałam wrażenie, że coś w moim życiu skończyło się bezpowrotnie.

Na szczęście, po wyjeździe mego Chrzestnego do Polski, nasze relacje nie tylko nie ochłodziły się, ale stały się chyba nawet bardziej serdeczne – odwiedzałam państwa Nikodemowiczów (w Lublinie) właściwie przy każdej okazji. Chrzestny nadal niekłamanie interesował się wszystkim, co dotyczyło Lwowa. Pytał o dawnych kolegów i znajomych, interesował się życiem muzycznym miasta, chętnie wspominał zabawne sytuacje, które wydarzyły się w trakcie jego pracy pedagogicznej w Konserwatorium Lwowskim. Dzięki subtelnemu poczuciu humoru oraz talentowi aktorskiemu (nb. świetnie operował mimiką), niektórych opowieści słuchałam chętnie nawet kilkakrotnie; namawiałam zresztą usilnie Chrzestnego aby te zabawne opowiastki utrwalił na papierze. W swoich wspomnieniach z okresu lwowskiego Andrzej Nikodemowicz chętnie nawiązywał do studiów kompozytorskich u mojego Ojca (nb. Adamowi Sołtysowi dedykował jedną ze swych kantat), do licznych wizyt w naszym domu. O tym etapie swego życia mówił zawsze z pewną nostalgią. Gdy w 1990 roku mijała setna rocznica urodzin Adama Sołtysa (1890–1968), prof. Nikodemowicz wystąpił z inicjatywą organizacji obchodów tej rocznicy w Polsce. Uroczystości odbyły się w Krakowie oraz Radziejowicach pod Warszawą, uczestniczyłam w nich czynnie razem z moim Chrzestnym. Przy okazji koncertów (zarówno w Krakowie jak i w Radziejowicach) prof. Nikodemowicz dzielił się wspomnieniami o swoim mistrzu Adamie Sołtysie, opowiadał bardzo ciekawie, zarysowując postać swego nauczyciela w szerokim kontekście historycznym i kulturowym.

Podczas moich wizyt w Lublinie słuchaliśmy razem nagrań utworów mojego Chrzestnego – płynąca z serca, uduchowiana muzyka profesora Nikodemowicza stawała się dla mnie coraz bliższa, poruszała coraz głębiej i mocniej. Wśród utworów, które szczególnie zapadły mi w pamięć wymienię zwłaszcza kontemplacyjny koncert wiolonczelowy „Concerto meditazione” oraz głęboko poruszającą  kantatę „Słysz Boże wołanie moje” na alt solo i orkiestrę, która jawi się nam jako swoiste twórcze credo Kompozytora. Twórczość mojego Chrzestnego poznawałam również dzięki przyjazdom na koncerty, odbywające się w Lublinie (od 2011 r.) w ramach corocznych Festiwali Muzycznych Andrzeja Nikodemowicza „Czas i Dźwięk”. W tym kontekście warto odnotować, że profesor Andrzej Nikodemowicz jest autorem prawie 140 kompozycji (nie licząc muzyki do sztuk teatralnych i opracowań rozmaitych pieśni kościelnych, w tym także kolęd). Utwory Mistrza powstawały właściwie nieprzerwanie na przestrzeni ponad siedemdziesięciu lat (!). Tę imponującą przestrzeń czasową tworzą dwa okresy: zróżnicowany stylistycznie okres lwowski (1945–1980) oraz bardziej jednolity, grawitujący w kierunku prostoty środków wypowiedzi – okres lubelski (1980–2016). Centralne miejsce w bogatej pod względem gatunków i form spuściźnie twórczej Andrzeja Nikodemowicza zajęła – zwłaszcza po wyjeździe ze Lwowa – muzyka sakralna, której istotą jest „kontemplacyjność natury religijnej”.

Wyrazem uznania dla owocnej działalności twórczej Andrzeja Nikodemowicza są liczne nagrody i odznaczenia, m.in. Nagroda Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego (2000), Nagroda Związku Kompozytorów Polskich (2000), Profesor honoris causa Akademii Muzycznej we Lwowie (2000), Dyplom i medal Ojca Świętego Jana Pawła II „Pro Ecclesia et Pontifice” (2003), Angelus (2008), Srebrny medal „Zasłużony Kulturze Gloria Artis” (2012) i inne.

Dodam jeszcze, że miałam okazje i przyjemność uczestniczenia w różnych wydarzeniach związanych z moim Chrzestnym, między innymi razem z synem Mieczysławem byliśmy na pamiętnej uroczystości nadania mistrzowi Andrzejowi Nikodemowiczowi tytułu Honorowego Obywatela miasta Lublina, która odbyła się 7 stycznia 2011 r. w Trybunale Koronnym w Lublinie (tytuł ten został przyznany w grudniu 2009).

W ostatnich latach życia profesora Nikodemowicza moje wizyty w jego gościnnym domu stały się jeszcze bardziej systematyczne. Zdając sobie sprawę, że lada moment mogę stracić mojego Ojca chrzestnego, tym bardziej ceniłam sobie każdą chwilę z nim spędzoną, czy to na szczerej rozmowie, czy też na słuchaniu muzyki i dzieleniu się wrażeniami.

W sposób szczególny zapisało się w mej pamięci nasze ostatnie spotkanie w połowie stycznia (2017 r.), na krótko przed odejściem Ojca chrzestnego. Był to jeden z moich poświątecznych przyjazdów (w drodze ze Lwowa do Warszawy), któremu każdorazowo towarzyszyła wyjątkowo podniosła atmosfera. Działo się tak między innymi za sprawą wieczorów kolędowych, które inicjowałyśmy wspólnie z Małgorzatą, córką profesora Nikodemowicza. Również tym razem Ojciec chrzestny zasiadł do przywiezionego ze Lwowa Bösendorfera (grał z wiekowego, wydanego pod koniec XIX wieku zbioru F. Barańskiego), a my – ja i Małgorzatka – zaopatrzone w kantyczki – śpiewałyśmy. Czas mijał niepostrzeżenie, ponieważ śpiewanie sprawiało nam autentyczną radość – tradycyjnie udawało się nam „ogarnąć” około trzydzieści kolęd. Byłam pełna podziwu dla Ojca chrzestnego, który podobnie jak dawniej, w ten – jak się wkrótce okazało – nasz ostatni już taki wieczór kolędowy nie okazywał żadnego znużenia czy też zmęczenia.

Los obdarzył mnie autentycznym szczęściem poprzez możliwość trwałego obcowania z tak nietuzinkowym, szlachetnym, a jakże skromnym człowiekiem i wybitnym oryginalnym Artystą.

Maria Ewa Sołtys

Tekst ukazał się w nr 1 (461), 17 – 30 stycznia 2025

X