Matka Boska z sanktuarium w Borku Starym, w Skępem i w austriackim Mariazell
Od kilku miesięcy pracuję nad kolekcją medalików, znajdywanych w różnych miejscach w okolicach Lwowa, kataloguję je, zanim trafią do muzeum. Jedne daje się łatwo określić, nad innymi trzeba dłużej popracować, spróbować je rozpoznać według nikłych zachowanych szczegółów. Najtrudniej jest z tymi, które pochodzą z lokalnych sanktuariów, zupełnie nieznanych na naszych terenach, położonych daleko od Lwowa. Jak się znalazły na naszych terenach? Pewnie należały do kogoś z tamtych stron, kto przeniósł się w nasze strony, a może miał je przy sobie podróżny albo żołnierz?
Na jednym z medalików z przedstawieniem Matki Boskiej z Dzieciątkiem jest dobrze widoczny napis „Matka Boska Różańcowa Staro Borkowska 15/VIII 1886”, na odwrocie jest sylwetka kościoła, ta sama data i napis „Jasna Góra Maryi w Borku Starym”. Bez trudu znalazłam miejscowość. Jest na Pogórzu Dynowskim, bliziutko Rzeszowa, przy drodze prowadzącej z przejścia granicznego w Krościenku. Tyle razy przejeżdżałam obok i nawet nie podejrzewałam, że jest tu ważne i ciekawe miejsce. Sanktuarium trudno zauważyć, ponieważ wzgórze tak dokładnie zarosło drzewami, że trudno jest zrobić zdjęcie zabudowań nawet w porze bezlistnej. Na medaliku natomiast jest piękna sylwetka kościoła – kiedyś albo nie było drzew, albo były malutkie i kościół ślicznie się prezentował z dołu od strony drogi.
Barokowy zespół klasztorny stoi na zboczu góry, dotąd bije tu źródełko, od którego jeszcze w czasach kazimierzowskich rozpoczął się kult Maryjny. Ponoć w tajemniczy sposób na drzewie koło źródełka pojawił się obraz Matki Boskiej. Zaczęli przychodzić ludzie, modlili się, nabierali wody, pili ją bądź obmywali chore miejsca, a w dowód wdzięczności zaczęli w tym miejscu budować kapliczki i umieszczać w nich obrazy Matki Boskiej. Możliwe, że w ten sposób trafił tu obraz, który dziś jest w głównym ołtarzu i jest uznany za cudowny. Mówi się, że przywiózł go ktoś z podróży na wschód, ale czy było to, jak chcą niektórzy, w XIII wieku, czy później – nie wiemy. W kronikach zachowała się data powstania sanktuarium – rok 1336, są też wzmianki o tym, że przed obrazem modliła się królowa Jadwiga. Czy miałoby to jakiś związek z tym, że na odwrocie obrazu umieszczony jest podwójny krzyż – herb Jagiellonów?
Według badań naukowych obraz powstał w Krakowie, jest niewielki, namalowany olejnymi farbami na lipowej desce. Matka Boska trzyma Dzieciątko i wskazuje na nie, a Jezusek ma w ręku książkę, a drugą ręką nam błogosławi. Naukowcy datują obraz na XV – XVIII wiek, pierwotny, piętnastowieczny obraz był kilkakrotnie odnawiany, a robiono to wówczas poprzez nakładanie kolejnej warstwy farby. Wiadomo, że na początku XV wieku koło źródełka powstała pierwsza murowana kaplica i być może wtedy obraz sprowadzono z Krakowa. W XVII wieku miejscem zaopiekowali się dominikanie i właśnie oni zbudowali kościół. Na ścianie kościoła jest tablica z łacińskim napisem, gdzie wymieniona jest jeszcze jedna data powstania sanktuarium czy też może – uznania tego miejsca za cudowne – rok 1418.
Cudowny obraz jest w ozdobnej złoconej, ażurowej ramie, znajduje się w głównym ołtarzu i jak w wielu podobnych miejscach, jest zasłaniany innym obrazem, na którym Matka Boska podaje różaniec św. Dominikowi i św. Katarzynie Sieneńskiej. W trakcie zasłaniania i odsłaniania cudownego obrazu śpiewane są specjalne pieśni. Warto wstąpić do Borka Starego, nawet na chwilkę, w drodze z przejścia granicznego albo na dłużej – jest to piękne i uduchowione miejsce! Warto dodać, że sanktuarium w Borku Starym jest pierwszym miejscem, gdzie w wolnej Polsce, po odzyskaniu Niepodległości odbyła się koronacja obrazu – w święto Wniebowzięcia 1919 roku dokonał jej biskup przemyski, dziś już święty Józef Sebastian Pelczar.

Jeszcze jeden medalik mamy w jednym tylko egzemplarzu. Jest na nim figurka Matki Boskiej w koronie, nad głową ma wieniec z gwiazd, u podstawy – półksiężyc, a jeszcze niżej – dwa aniołki. Na rewersie przedstawiono sylwetkę sanktuarium w Skępem – to nietypowa budowla, z wielopłaszczyznową fasadą i wieżami, odtworzona dokładnie, niemalże fotograficznie, widać nawet malutkie drzewka przy kościele.
Medalik pochodzi z jednego najważniejszych polskich sanktuariów, położonego na Ziemi Dobrzyńskiej. Miejsce, które same Niebiosa ofiarowały ludziom, a ludzie przyjęli dar i tu od wieków pielgrzymują, modlą się i otrzymują łaski. Dlaczego Niebiosa?
W XVI-wiecznej w kronice Jana z Komorowa mamy wzmiankę o tym, że w 1495 roku, kiedy na tym terenie szalała zaraza, spadł przy drodze kamień. Spadł z nieba! A czy był to zwykły meteoryt, czy dar nadprzyrodzony – nie nam sądzić. Po bliższych oględzinach okazało się, że ma na powierzchni ślady w kształcie krzyży. I znów nie wiemy, czy był to tylko wynik wyobraźni ludzkiej, czy rzeczywiście ślady były wyraźne. W dodatku kuśnierz Jan z Pobiedzisk powiedział, że obok kamienia zobaczył Matkę Boską. Wieść się rozniosła, ludzie zaczęli tam przychodzić w potrzebie, opowiadano, że Matka Boska ukazuje się przy kamieniu pod postacią cudownej poświaty. Kasztelan kruszwicki Mikołaj Kościelecki postawił przy kamieniu krzyż – może z czci i pobożności, a może na wszelki wypadek, żeby się jakieś nieboskie siły w tym miejscu nie zadomowiły. Czas mijał, ludzie wciąż przychodzili do kamienia, modlili się, pojawiało się coraz więcej świadectw o uzdrowieniach i innych cudach, mimo szalejącej dżumy nie zachorowali ci, co odwiedzali to miejsce.
Zachorowała za to córka kasztelana, Zofia Kościelecka, na szczęście nie na dżumę. Zaniemogła na nogi, nie mogła chodzić, leżała, porażona nagłym kalectwem. We śnie – w marzeniu złotym, jak śpiewano w pieśni –Najświętsza Panna jej się objawiła w postaci jakby dzieweczką była. Uzdrowiła dziewczynkę i poleciła jej pozyskanie wizerunku, najbardziej zbliżonego do tej sennej, mistycznej wizji. Rodzice zabrali Zofię do Poznania, chodzili po pracowniach rzeźbiarzy i malarzy, ale żadne dzieło nie przypominało obrazu ze snu. Wstąpili w końcu do ostatniego drzewiarza, już niemalże bez żadnej nadziei, że znajdą tu coś godnego – mówiono, że ten rzemieślnik nie ma talentu i rzeczywiście – jego rzeźby były chyba najbrzydsze. Zofia straciła już wszelką nadzieję, wychodziła zrezygnowana, kiedy nagle zobaczyła nieziemsko piękną rzeźbę, stojącą w kącie pracowni. Chwyciła figurę, a zdezorientowany rzeźbiarz odpowiedział: statua ani jest mi znaną, ani też moim dłutem wykonaną. Jest ona chyba dziełem Najwyższego, proszę ją darmo zabrać do Skępego – takie słowa przetrwały w tekście pieśni.
Kasztelan na miejscu krzyża wystawił kaplicę i w niej umieścił przywiezioną figurę. Wszystko to działo się błyskawicznie, minął zaledwie rok od czasu, kiedy spadł kamień, a już stała kaplica, była piękna rzeźba i były coraz większe rzesze pątników. Po kolejnych dwóch latach, w 1498 roku zaczęto budowę kościoła i klasztoru oo. bernardynów. Figura zajęła godne miejsce, przybywało coraz więcej pątników. Pierwsza większa pielgrzymka przywędrowała tu już w 1608 roku z Włocławka z prośbami o zażegnanie zarazy. Przyszły i kolejne – nie tylko z okolicznych miast, ale nawet z Częstochowy i Warszawy. Świadectwem wysłuchanych próśb stały się liczne vota, spośród których najstarsze jest z 1509 r. – to obrazek Matki Bożej oprawiony w srebro. Kolejni właściciele dóbr dbali o rozwój sanktuarium. Ustanowiono odpusty, które stały się też okazją dla okolicznych rzemieślników – nie musieli już jechać z wyrobami na targowiska, kupujący przyjeżdżali sami, po modlitwach i nabożeństwach szło się na stragany. Cała droga, na przestrzeni trzech wiorst od miasteczka ku Lipnu, straganami po obu stronach zastawiona, ludem natłoczona była. Kupowano pamiątkowe dewocjonalia z wizerunkiem Matki Boskiej Skępskiej: medaliki, plakietki, buteleczki na wodę święconą, porcelanowe lub gipsowe figurki oraz drewniane rzeźby Madonny.
W 1755 roku odbyła się uroczysta koronacja figury. Gotycką rzeźbę ofiarowaną przez Zofię Kościelecką, przedstawiającą młodziutką Marię, z delikatnie wygiętym tułowiem i dłońmi złożonymi do modlitwy, przybrano w sztywny płaszcz z blachy, na głowę nałożono koronę, a pod nogami ułożono księżyc z profilem ludzkiej twarzy, symbolizujący szatana – taki właśnie wizerunek Matki Boskiej Skępskiej znamy i taki jest przedstawiony na medaliku.
A już niedługo przyszły zabory i carskie ukazy, na mocy których usiłowano zniwelować kult i ruch pielgrzymkowy. Po powstaniu styczniowym nastąpiła kasata klasztoru. Na znak protestu ludność zaczęła budować kapliczki z Maryją Skępską, która na tym terenie stała się symbolem Polski, katolicyzmu i walki o wolność. Kult trwał mimo zakazów, a na jubileusz 400-lecia sprowadzenia figury przybyło aż 50 tysięcy pielgrzymów. Ludowi rzeźbiarze zaczęli masowo produkować figurki Matki Boskiej Skępskiej, które stały się ikonami polskiej sztuki ludowej. Wszystko za sprawą wspomnianej sukienki koronacyjnej z XVIII w., która okryła rzeźbę w kształt stożka, z dodanym księżycem u stóp, i stała się w ten sposób możliwie prostą formą chętnie rzeźbioną przez ludowych artystów.
Czasem trafiają się medaliki – zagadki, tak zniszczone, że tracę nadzieję na ich identyfikację. Tym razem trafiłam na medalik, wykonany solidnie ze stopu o zawartości miedzi. Można go śmiało datować nawet na XVIII wiek, jest jednak wytarty, niemalże gładki i tylko na jednej stronie ma delikatny zarys sylwetki. Może to jakiś święty z pastorałem? W końcu domyślam się, że może to być Matka Boska z Dzieciątkiem, sylwetka jest podobna do bardzo charakterystycznej rzeźby z austriackiego Mariazell. Bez trudu znajduję w katalogu analogiczny medalik, ma nawet niemalże dokładnie takie samo uszko! I nawet już wiem, co było na rewersie, chociaż na moim medaliku nie ma tam najmniejszego śladu rysunku czy napisu. A więc mamy awers z rzeźbą i lakonicznym napisem Maria Zell po obu stronach figury, a na rewersie reprodukcję obrazu Matki Boskiej z Dzieciątkiem i napis Gnaden Bild in der Schatz, wskazujący, że chodzi o Matkę Boską Łaskawą czy też Skarbnicę Łask. Pewnie kiedyś znajdę więcej materiałów na ten temat, ale i tak cieszę się, że zidentyfikowałam medalik, tak trudny do określenia.

Czy medalik przywędrował do nas z kimś z mieszkańców Styrii, gdzie znajduje się sanktuarium Mariazell? Mógł też tam zaglądnąć ktoś z mieszkańców naszych terenów, na przykład po drodze do Włoch, bądź nawet specjalnie pielgrzymować, ponieważ jest to jeden z najsłynniejszych europejskich ośrodków kultu maryjnego. Do Wielkiej Matki Łaskawej Austrii i Możnej Pani Węgier, zwanej też Matką Narodów Słowiańskich, pielgrzymują nie tylko Austriacy, ale też Bawarczycy, Chorwaci, Czesi, Morawianie, Niemcy, Polacy, Węgrzy, Włosi i wierni z innych zakątków Starego Kontynentu, co roku blisko półtora miliona pielgrzymów, choć nie jest to ani miejsce prywatnych objawień, ani nie zyskało sławy ze względu na jakieś szczególne cuda. Przybywają papieże, cesarze i monarchowie, papież Jan Paweł II odwiedził Mariazell z okazji 300. rocznicy odsieczy wiedeńskiej. Przypomniał wtedy, że właśnie w Mariazell modlił się cesarz Austrii Leopold I, prosząc o obronę, kiedy imperium osmańskie coraz śmielej atakowało chrześcijańską Europę.
Początki sanktuarium sięgają XII wieku. Benedyktyński mnich Magnus ruszył z opactwa św. Lamberta w stronę alpejskich dolin, by tam krzewić wiarę. Zabrał lipową figurkę Matki Boskiej z Dzieciątkiem, ale w drodze został napadnięty przez zbójców. Uciekał, jednak drogę zatarasował mu duży odłam skalny, spojrzał na figurkę, pomodlił się żarliwie i skała pękła! Mnich znalazł schronienie w szczelinie. Znana jest nawet dokładna data cudu: 21 grudnia 1157 roku – benedyktyni są skrupulatni! Inna wersja mówi, że zbójców nie było, tylko że mnich zabłądził i natknął się na skałę, która przegrodziła mu dalszą drogę. Pewne jest jedno – po modlitwie skała pękła i mnich znalazł schronienie, zamieszkał w malutkim pomieszczeniu w skale i stąd udawał się na wędrówki misyjne. Figurka została na miejscu cudu, bowiem mnich zbudował tu dziękczynną kapliczkę. Miejsca było niewiele, kapliczka była raczej podobna do celi pustelnika, więc mówiono o niej: „Maria der Zelle” i tak zostało.
Już pół wieku później powstał tu niewielki romański kościół, a po kolejnych stu pięćdziesięciu latach ojciec królowej Jadwigi, król Ludwik Węgierski, w dowód wdzięczności za zwycięstwo nad Turkami ufundował wspaniałą gotycką świątynię. Z czasem gotycki kościół powiększono, rozbudowując go w stylu barokowym, wtedy stał się on największym kościołem w Austrii, udało się jednak zachować kilka elementów gotyckich. Wspaniała wieża gotycka została umiejętnie wkomponowana pomiędzy dwie wieże barokowej fasady, zachowano też romańską kapliczkę, gdzie do tej pory odbiera cześć ta sama figura Matki Boskiej.
Krystyna Adamska
Tekst ukazał się w nr 10 (470), 30 maja – 12 czerwca 2025
