Medaliki Z Podkamienia
W poprzednim artykule pisałam o sanktuarium w Poczajowie. Z tarasu poczajowskiej cerkwi, tej, którą wybudował Mikołaj Bazyli Potocki, doskonale widać wieżę kościoła w Podkamieniu, mimo, że dzieli je odległość prawie 20 km. Poczajów nazywano Wołyńską Częstochową, a Podkamień – Podolską, tak się przyjęło, mimo, że geografowie pewnie mieliby zastrzeżenia, czy odnieść te tereny do Podola, czy nie. Porównanie z Jasną Górą jest jednak uzasadnione – i podobne położenie na wzgórzu i wielka sława cudownego obrazu. I tutaj, tak samo jak w Poczajowie, mamy kamień ze śladem stopy Matki Boskiej.
Z Podkamienia mamy aż dwa medaliki. Obydwa są owalne, na obwodzie ozdobione wzorkiem. Starszy prawdopodobnie pochodzi z końca XVIII lub początku XIX wieku, jest miedziany i bardzo zniszczony, identyczny rysunek ma nowszy, aluminiowy, jest jednak nieco większy i zamiast ułamanego uchwytu ma przebity otwór. Był dla kogoś tak ważny, że ten ktoś chciał go nadal nosić, mimo, że uszko się ułamało. „Pamiątka z Podkamienia” – taki napis widnieje nad sylwetką klasztoru, a na awersie jest przedstawienie cudownego obrazu i wezwanie: „Matko Boża Miłosierdzia, ratuj nas!”.
Trudno dziś stwierdzić, czy podkamieński klasztor przeżył więcej radości i uniesień, czy nieszczęść, spustoszeń i mordów, kiedy to ginęli i zakonnicy i miejscowa ludność, kiedy milkły modlitwy na wzgórzu, bo już nie miał kto się modlić. Pamiątkowe medaliki pochodzą z czasów świetności, ale też mają wypisaną prośbę o ratunek.
Dominikanie osiedli w Podkamieniu w czasach świętego Jacka i już wtedy czczono tu obraz Matki Boskiej Śnieżnej, a że zakonnicy odmawiali różaniec, góra została nazwana Różańcową. W kolejnych stuleciach przeszła przez te tereny seria najazdów tatarskich i dopiero w XV wieku Piotr z Żabokruk Cebrowki założył miasteczko, zbudował zamek, kościół i klasztor i wystarał się o powrót dominikanów, tym razem przybyli oni ze Lwowa. 15 sierpnia 1464 kościół został uroczyście poświęcony przez arcybiskupa lwowskiego Grzegorza z Sanoka, ale przetrwał tylko kilkadziesiąt lat, jako że okolica znów została spustoszona przez Tatarów. Ponoć właśnie wtedy, kiedy Góra Różańcowa świeciła pustkami, a i miasteczko podupadło, widziano na zboczach góry modlitewne procesje, słyszano śpiewy i bicie dzwonów, a nawet widziano piękną panią, prowadzącą dziecko cudnej urody. Mówi się, że właśnie wtedy Matka Boska zostawiła swój ślad na jednym z kamieni na zboczu góry.
Minęły kolejne dziesięciolecia, zanim nowy właściciel tych ziem, Baltazar Cetner odbudował kościół i znów sprowadził dominikanów. Prawdopodobnie właśnie wtedy trafił do Podkamienia obraz, który znamy i który, uratowany z kolejnej pożogi, przetrwał do dziś – kopia słynnego rzymskiego obrazu Matki Boskiej Śnieżnej. Przez niemalże cały burzliwy siedemnasty wiek na wzgórzu brzmiały modlitwy. „Miejsce ożywiło się, z pobliskich i dalszych okolic zbierały się liczne drużyny pielgrzymów koło wizerunku Maryi. W odległej pustyni, na obcej ziemi, obracał swe oblicze znękany jeniec chrześcijański, a za jej przyczyną kruszyły się jego pęta niewolnicze. Na łożu boleści schorzały, pozbawiony wszelkiej pomocy ludzkiej, w niej znalazł skuteczną lekarkę. Matki strapione, martwe swe dzieci z płaczem ofiarujące, pocieszone były widokiem do życia przywróconych swych dziatek. Tu grzesznicy zapamiętali szli za tą gwiazdą, która im tak dobroczynnie przyświecała w niebezpiecznej życia kolei”. 21 lipca 1645 roku został ogłoszony dekret o cudowności podkamieńskiego obrazu. „Tu Wiśniowieccy, Czartoryscy, Lubomirscy, Sobiescy, Potoccy, Kalinowscy obok najuboższych kmiotków zginali swoje kolana, do bractwa różańcowego w Podkamieniu należeli królowie Jan III Sobieski i Michał Korybut Wiśniowiecki. Zwycięzca spod Wiednia ofiarował klasztorowi zdobyte na Turkach bogate materie, z których uszyto ornaty. „Kamień z odbiciem stópek Matki Boskiej obudowano kaplicą, jako że ani rusz nie dał się wykopać i przenieść do kościoła. Dopiero w XVIII wieku, kiedy po pożarze miejscowej cerkwi, kaplica stopek Maryi została oddana Rusinom, kamień dał się bez trudu przenieść. Został umieszczony na chórze zakonnym, za ozdobną kratą, w ten sposób, żeby mogli w to miejsce przychodzić wierni.
Klasztor funkcjonował, szerzył się kult maryjny, przybywało pielgrzymów i stałych mieszkańców wzgórza klasztornego. Pojawił się nowy problem – brakowało wody. Próbowano kopać studnie, wszędzie jednak trafiano na suchą twardą skałę. Zakonnicy zaczęli modlić się do św. Klemensa, orędownika w sprawach, związanych z wodą. Był to czwarty z kolei papież, zesłany przez Rzymian na Krym do pracy w kamieniołomach dzisiejszego Inkermanu, gdzie nawracał i dodawał wiernym otuchy, msze święte odprawiał w kaplicach, urządzanych w czeluściach sztolni. Zginął w 97 roku, utopiony przez Rzymian w Chersonesie, na terenie dzisiejszego Sewastopola. W dniu św. Klemensa, 23 listopada 1690 roku, po kolejnej błagalnej mszy świętej, na dziedziniec przyleciał bocian, usiadł na miejscu dzisiejszej studni, okrążył je i trzy razy uderzył dziobem. W tym miejscu dokopano się do bardzo dobrej wody, wprawdzie dopiero po 18 latach i na głębokości 90 metrów, ale studnia używana była przez kolejne ponad 300 lat, zaś św. Klemens został patronem klasztoru.
Trwały lata świetności, w kościele zainstalowano organy, na cmentarzu ustawiono kolumnę fundacji Stanisława Ledóchowskiego ze złoconą figurą Matki Boskiej i opatrzono ją odpustami, a na wieży kościelnej umieszczono zegar, wykonany przez mistrza Jędrzeja Zagajewskiego, tak wspaniały, „że nawet stolica takiego by się nie powstydziła”. Nauczeni doświadczeniem, zakonnicy skorzystali z rad i projektu Krystiana Dahlkego, ufortyfikowali klasztor, by stał się on ważnym ogniwem w systemie obronnym oraz schronieniem dla miejscowej ludności.
Rozpoczęto wreszcie starania o koronację obrazu. Do Rzymu wysłano listy króla Augusta II i królewiczów Sobieskich – Jakuba i Konstantego z poparciem sejmu i senatu, wstawiła się także królewska wnuczka, Maria Klementyna Sobieska, przebywająca wówczas w Rzymie – żona Jakuba Stuarta, ta, która spoczywa w bazylice świętego Piotra. Zanim jednak papież wyraził zgodę na koronację i zanim przybyły korony papieskie, dominikanie ozdobili obraz koronami, które ofiarował królewicz Konstanty Sobieski.
„Koronacja koronami papieskimi odbyła się 15 sierpnia 1727 roku jako czwarta z kolei na ziemiach polskich. Uroczystości trwały 12 dni, od 12 do 24 sierpnia. Oprócz licznie zgromadzonych pielgrzymów, którzy obozowali nawet na okolicznych polach, oprócz duchowieństwa, dygnitarzy, książąt i szlachty na uroczystość przybyły 4 husarskie i 8 pancernych chorągwi, regiment dragonii i regiment infanterii, chorągiew węgierskiej piechoty i chorągiew grenadierów księcia Wiśniowieckiego. Komendę nad wojskiem objął Michał Józef na Rozdole Rzewuski. Na wiwat strzelało 56 armat, wystrzelono 180 cetnarów prochu, oprócz tego, którego na fajerwerki użyto. Lamp oliwnych spaliło się 28 tysięcy, zużyto 107 880 łacińskich komunikantów, odprawiono 4 169 mszy świętych łacińskich i podobną ilość grekokatolickich. Wydrukowany został zbiór kazań, wygłoszonych podczas uroczystości, a wiele z nich posiada wartość ponadczasową. Było obecnych 378 dominikanów, odbyło się 20 dysput filozoficznych i teologicznych. W uroczystości wzięło udział wiele orkiestr, a całe wzgórze w dzień i w nocy rozbrzmiewało pieśniami pątników. Na tę okazję wybito 10 tysięcy medalików – złotych, srebrnych, miedzianych, mosiężnych i z innych stopów, namalowano wiele obrazów, przedstawiających uroczystość. Nawet pogoda dopisała, przez cały ten okres był tylko jeden piętnastominutowy deszcz i to w chwili, kiedy zapaliła się chałupa, stojąca niedaleko beczek z prochem. Niebo, uradowane hołdem złożonym Maryi, 17 sierpnia przed zachodem słońca opromieniło kościół ognistą koroną, a w obłokach ukazała się Matka Boska. Wierni, porażeni widokiem, padli na kolana i jeszcze gorliwiej zaczęli się modlić”.
Kolejne lata świetności zaowocowały otwarciem drukarni za pozwoleniem króla Augusta III. W tym czasie w klasztorze było około pięćdziesięciu zakonników. A gdy tak ojcowie jedni nauką, drudzy dusz sterownictwem byli zajęci, bracia wykonywali rzemiosła szewskie, ślusarskie, równie też ćwiczyli się w kunszcie malarstwa, rytownictwa i snycerstwa, działała tu apteka i była biblioteka z 5 tysiącami książek nie tylko teologicznych, ale też z zakresu filozofii, filologii, geografii, matematyki, historii i medycyny, z 500 rękopisami i bezcennymi kronikami klasztornymi, które były świetnym materiałem źródłowym do studiów historycznych, jako że przedstawiciele klasztoru mieli kontakt z najważniejszymi osobami w państwie. Krużganki, sale i korytarze były ozdobione obrazami, wśród nich były obrazy o treści religijnej, portrety związanych z tym miejscem dobrodziei i fundatorów oraz obrazy historyczne, ukazujące dzieje tych ziem i tego miejsca. Trudno dziś sobie wyobrazić, jak wielkie bogactwa były w skarbcu klasztornym, niechże przykładem będzie opis jednej monstrancji. „W otoczonych perłami i ozdobionych prawdziwymi diamentami promieniach widać trzy osoby emaliowane św. Dominika, św. Jacka i św. Tomasza z Akwinu. Nad promieniami wznosi się wieniec, mający perły nadzwyczajnej wielkości, który według tradycji miał być na głowie królowej Bony podczas jej ślubu. Nad wieńcem unosi się Duch Święty w postaci gołębicy, mającej oczy diamentowe”.
Wiele tych skarbów przepadło w czasie kasat józefińskich i w kolejnych latach zaborów, w 1915 roku podczas ostrzału artyleryjskiego spłonęła biblioteka i galeria obrazów, w 1920 klasztor zniszczyli i obrabowali bolszewicy.
15 sierpnia 1927 roku, dokładnie w 200. rocznicę koronacji, ksiądz arcybiskup lwowski Bolesław Twardowski włożył na obraz kopie skradzionych koron, ufundowane przez wiernych, takie same, jak tamte – złote i wysadzane diamentami. Uroczystość trwała trzy dni, o piękną oprawę zadbał 22 Pułk Ułanów Podkarpackich z Brodów. I znów odbywały się odpusty, uroczystości, miały miejsce cuda i nawrócenia.
II wojna światowa przyniosła szereg nieszczęść. W Podkamieniu w marcu 1944 roku z rąk ukraińskich nacjonalistów zginęło kilkaset osób – duchowni i ludność cywilna, chroniąca się w klasztorze. Klasztor i kościół zostały ograbione i zdewastowane, potem dzieła zniszczenia dokończyli sowieci. Cudowny obraz udało się uratować i dziś odbiera on cześć w kościele św. Wojciecha we Wrocławiu.
Zespół klasztorny należy obecnie do grekokatolickiego zakonu studytów, niedawno została naprawiona wieża, a nawet mówi się, że figura Matki Boskiej, ustawiona na kolumnie w cudowny sposób powoli odzyskuje blask i zaczyna lśnić złotem.
Krystyna Adamska
Tekst ukazał się w nr 9 (469), 16 – 29 maja 2025
