Zakamarki wspomnień. Część 7 "Wesele" S. Wyspiańskiego, ze zbiorów Zbigniewa Chrzanowskiego

Zakamarki wspomnień. Część 7

Rozmowa Anny Gordijewskiej z aktorem, reżyserem, działaczem teatralnym dyrektorem Polskiego Teatru Ludowego we Lwowie Zbigniewem Chrzanowskim.

Panie Dyrektorze, wędrujemy dalej?

Wędrujemy. Chcę na początek zapytać czy możemy sobie uzmysłowić co to znaczy „zakamarki”? Zakamarki to są rzeczy, w których człowiek może się pobłądzić, zagubić i może będę w związku z tym wracał do jakichś starszych wspomnień.

ze zbiorów Zbigniewa Chrzanowskiego

Będziemy wspominali, a te zakamarki to będą też takie różne ciekawe historie, bo jest jakby oficjalna wersja teatru, występów, ale jest także życie za kulisami.

Jest za kulisami, ale i na scenie jest życie takie, które czasem widzowie siedzący na sali nie potrafią ani usłyszeć, ani spostrzec. Właśnie chciałbym czasami do takich wspomnień wrócić. Jesteśmy w latach 70. Dobrze jest mówić o pewnych etapach milowych dla teatru. Oczywiście 1966 rok przyniósł z jednej strony smutną wiadomość o śmierci Piotra Hausvatera, z drugiej strony – moje spektakle dyplomowe „Panna Maliczewska” i „Śluby panieńskie” i objęcie pracy nad tą placówką, która pozostała po śmierci Hausvatera i właściwie zastanawianie się: a co dalej? Co grać? Jak planować repertuar? Na kim się opierać?

ze zbiorów Zbigniewa Chrzanowskiego

I chcę z Panem rozmawiać o teatrze od początku Pana kadencji, która trwa do dziś.

Zacznijmy może od „Ślubów panieńskich” Aleksandra Fredry. Piękna, cudowna liryczna komedia, w której przejawiły się talenty niektórych już dojrzałych moich aktorów. To przede wszystkim Jolanta Martynowicz, która już błysnęła w „Pannie Maliczewskiej”. Moja siostra Lidia wystąpiła w roli Klary. Zupełnie niespodziewanie lirycznym kochankiem okazał się Janusz Tysson, który dotychczas grał role jakichś smutnych kanclerzów. Zresztą później nazywaliśmy go „nasz pierwszy kochanek”. I oczywiście Lubart Leszczyński, który przez długie lata był takim czołowym amantem, bohaterem naszego repertuaru. A scenografię do tego spektaklu zaprojektował jego ojciec, znany lwowski malarz Emilian Leszczyński. Bardzo pomysłową scenografię. Zamiast kurtyny były jakby wrota, na których było sześć portretów bohaterów tej sztuki, czyli Dobrójska, Radost, Klara, Aniela, Gustaw, Albin. Te portrety jak się uchylały, pojawiali się żywi wykonawcy tych wszystkich ról. Taka ruchoma galeria. Później się te ściany otwierały i właściwie tworzyły przestrzeń sceniczną. Niektóre dialogi jednak odbywały się przy tej zamkniętej kurtynie, szczególnie taki piękny dialog Anieli i Gustawa. Proszę sobie wyobrazić – Lubart Leszczyński, który często miewał kłopoty z tekstem, a tekst fredrowski wierszowany wymaga dokładności. Nie można improwizować, nie można zamienić wiersze prozą. I oczywiście, kiedy ta kurtyna była zamknięta i oni się pojawiali w tych owalnych otworach jako żywe postacie, można było skorzystać z pomocy suflera. Piękny dialog Anieli i Gustawa się toczy. Sufler stara się wspomagać pamięć naszego wspaniałego pięknego kochanka. On się odwraca i mówi: „to jest wykreślone”. Publiczność tego nie zauważyła, nie słyszała. Ale on bardzo dobrze pamiętał, jakie odcinki tekstu zostały skreślone dla skrócenia spektaklu. Wszyscyśmy poukładali ze śmiechu, a oni w najpoważniejszy sposób musieli kontynuować swój dialog liryczny. Cudowne wspomnienia.

A wcześniej wspominaliśmy już o „Weselu”, które po raz pierwszy obejrzałem w Wilnie, gdzie pojechałem właśnie z Lubartem Leszczyńskim. Oczarowany tym warszawskim spektaklem Lubart męczył mnie przez kilka lat żebyśmy wprowadzili do repertuaru tekst Wyspiańskiego.

I udało się.

Udało się. Sam nie wiem jakim cudem to się stało. Gdzie ja znalazłem tyle wykonawców? Przecież to ogromna ilość postaci! Ale udało mi się zwerbować wszystkich wypatrzonych.

A kto zagrał premierę „Wesela”?

Wszystkich wykonawców pamiętam. Absolutnie wszystkich. Jak się kompletował skład tego przedstawienia? Proszę sobie wyobrazić, że na wiele naszych poprzednich przedstawień przychodzili rodzice i przeprowadzali swoje dzieci. I na zdjęciach podczas tych pierwszych przedstawień jeszcze w szkole nr 10 im. św. Marii Magdaleny siedzą przyszli wykonawcy „Wesela”. Tacy jak Małgosia Rogala, jak Luba Lewak. Później, kiedy te dzieci już dorastały, w maturalnych klasach lub już po szkole, przychodzili rodzice do teatru z pytaniem: moja córka, czy mój syn bardzo by chcieli z państwem współpracować. Oczywiście! Wtedy zasiadała dostojna komisja z tych, powiedziałbym, weteranów teatru, robiliśmy przesłuchania i każdy popisywał się tym co może. Musiał przygotować odpowiedni wiersz. I tak powoli kompletował się kolejny skład teatru.

Pannę młodą w „Weselu” Wyspiańskiego zagrała Luba Lewak, wtedy uczennica klasy maturalnej. Była wychowana na naszych poprzednich przedstawieniach jako obserwatorka, która zachłannie patrzyła. Rolę pana młodego zagrał Lubart Leszczyński. Rolę dziennikarza zagrał Janusz Tysson. Rolę Kliminy – Ala Nowicka. Dwie panienki, które pojawiają się w towarzystwie Radczyni, zagrały Małgosia Rogala i Bożenka Sokołowska. Radczynię zagrała Krystyna Sinejczuk, która tradycje teatralne z tej szkolnej sceny przyniosła do naszego teatru. Rolę Czepca zagrał Leszek Stawicki, znany szermierz. Nawet gdzieś w jakiejś gazecie ukazała się notatka zatytułowana: „Szermierz jako Czepiec”. Cudowną Rachelą była moja siostra Lidia. Do dziś pamiętam jej smukłą postać z takim ogromnym czerwonym szalem. Tańczyliśmy z nią mazura.

Zbigniew Chrzanowski i Andrzej Nikodemowicz, ze zbiorów Zbigniewa Chrzanowskiego

Kto skomponował muzykę do „Wesela”?

Udałem się z taką propozycją do naszego czołowego pianisty, kompozytora, profesora Akademii Muzycznej we Lwowie Andrzeja Nikodemowicza. I on się podjął tej pracy. Wspaniały motyw Chochoła jest grany na fagocie był tak przejmujący, że właściwie wypełnił wszystko to co możliwie czasami aktorsko nie mogliśmy osiągnąć. Rolę Chochoła grał młodziutki Staszek Korczyński. Cudowną kapelę – bo musiała to być muzyka ludowa – skompletował Andrzej Nikodemowicz z profesjonalnych muzyków Filharmonii Lwowskiej i podkłady muzyczne były nagrywane w studiu lwowskiej telewizji przy pomocy tamtejszych inżynierów dźwięku. Ta cała podstawa miała bardzo profesjonalny, stabilny charakter.

I teraz rzecz najważniejsza – kostiumy. Kiedy zaczynałem pracę nad „Weselem”, mi się zdawało, że będę ubierał aktorów w sposób taki skompletowany, ale w jakieś takie powiedziałbym trochę cepeliowskie kostiumy. One byłyby może najłatwiej osiągalne dla nas. Okazało się, że Konsulat Polski w Kijowie dowiedziała się, że my się zabieramy do pracy nad „Weselem” Wyspiańskiego, skontaktował się z Ambasadą Polską w Moskwie. Ambasada sprawdziła, w którym polskim teatrze było grane „Wesele”. Okazało się, że ostatnio grane było w Teatrze Im. Żeromskiego w Kielcach, ale już zeszło z repertuaru tego teatru. Nie byłem świadkiem tych rozmów, nie wiem jak one wyglądały, ale w pewnym czasie via Moskwa przyleciały kostiumy do Lwowa – komplet, dwie ogromne szafy kostiumów.

Czy one są w teatrze do dziś?

Ona są do dziś wszystkie. I te szafy są. A szafy były jako opakowanie tych kostiumów. Przyleciały drogą dyplomatyczną dla zespołu nie jakiegoś narodowego znanego teatru, a skromnego zespołu Polskiego Teatru Ludowego przy obwodowym Domu Nauczyciela. Te kostiumy musiały odbyć drogę obsługi celnej, to wszystko na lotnisku we Lwowie trzeba było rozpakować, rozpieczętować, oclić, sprawdzić. Oczywiście tym wszystkim zajął się wojewódzki Wydział Kultury, który nie wiedział co ma z tym fantem robić (śmieje się). Pojawiła się na lotnisku również dyrekcja Domu Nauczyciela. Rozpakowali te szafy i na szczęście na samym wierzchu okazały się stroje tak zwanych „widm”, które pojawiają się w „Weselu”. To były bardzo dziwne stroje, z kawałków koronek, drutów, takie uskrzydlone. Oni potraktowali to jako „Łachy” i „barachło” i powiedzieli: zabierajcie to (śmieje się) na ulicę Kopernika i róbcie z tym co chcecie. Ale pod tymi „widmami” były przepiękne stroje Maryny, Racheli, Radczyni, Kliminy, Panny Młodej, cudowna korona Panny Młodej, która właściwie była na scenie przez cały ciąg naszego przedstawienia.

Zachowały się przecież zdjęcia.

Zachowały się zdjęcia, na których jest ta krakowska korona weselna – przepiękny ozdobny kilkupiętrowy powiedziałbym stożek na głowie panny młodej. I cudowna wzruszająca scena – dialog Panny Młodej z Poetą, kiedy ona opowiada o tym jak jej się śniło, że ją ktoś wiezie przez lasy i błota, i czarci tam po nią sięgają i mówią, że tam gdzieś jest Polska, a ona mówi: „A gdziesi ta Polska? Gdziesi?”. A Poeta jej odpowiada: „Niechże Pani przyłoży rękę pod gorset”. I tam puka? Ona mówi: „Puka. A cóż za tako nauka? Serce? – A to Polska właśnie!”. I to cudowne jej wzruszenie. Luba to cudownie potrafiła zagrać. Kiedy ona trzyma w ręku tę koronę i później tę koronę składa na malowanej skrzyni krakowskiej, a skrzynia była jednym z ważnych elementów tego przedstawienia. Ona była faktycznie jak ołtarz, dookoła którego odbywały się całe akcje. I ta korona praktycznie do samego finału, kiedy ten cały korowód weselny uśpiony od grania chocholego, ten chocholi taniec z cudownym motywem napisanym przez Andrzeja Nikodemowicza grany na fagocie. Na patyczkach Chochoł wygrywa „Miałeś, chamie, złoty róg”. A korona zostaje. Zostaje jak nadzieja, jak zapowiedź pięknej przyszłości. W oczach cały czas mam finał tego „Wesela”.

Czy długo „Wesele” było utrzymywane w repertuarze teatru?

W 1969 roku zagraliśmy premierę, a w 1981 r. zostało dramatycznie przerwane, więc ponad 10 lat. Naszą tradycją było, że sezony teatralne staraliśmy się zawsze rozpocząć „Weselem” Wyspiańskiego. Oczywiście, zmieniał się skład, przychodzili nowi wykonawcy. Były bardzo udane debiuty, ciekawe wspomnienia. Ale to „Wesele” było naszą wizytówką, zresztą w 1969 roku zagraliśmy go w Moskwie.

Ale chcę opowiedzieć o jednym znaczącym i śmiesznym wypadku z „Weselem” związanym. Oczywiście takie przedstawienie jak to – wieloosobowe – nie mieściło się na naszej malutkiej scence, która mierzy sobie 5 x 5 m i 2,5 m wysokości, więc poszerzaliśmy naszą przestrzeń do gry o kawałeczek widowni. Ale od widza odgrodziliśmy się stołami, które były nakryte lnianymi obrusami, na których były półmiski, był chleb. Publiczność siedziała jak na weselu. Były to dwa poziomy sceny, trzeba było schodzić po stopniach, ale z tym my sobie radzili. W scenie finałowej, bardzo dramatycznej Wernyhora wzywa wszystkich żeby z szablami zacząć walkę o wolność. Tę rolę wspaniale zagrał Władysław Łokietko. „Lecieć!” i chwyta szablę, a Poeta mu odpowiada: „Nie! Tu w miejscu stać!”. Władek chwycił szablę i ze słowem „lecieć” musiał pokonać pewną przestrzeń i na niższy poziom zejść. A ponieważ miał zawsze bardzo eleganckie obuwie, a na dole jest parkiet zawsze dobrze pielęgnowany i froterowany, wpadł w poślizg i z tą wyciągniętą szablą i krzykiem „Lecieć!” wjechał pod pierwszy rząd publiczności.

Widzowie się wystraszyli?

W pierwszych rzędach zawsze siedziały starsze panie. Dramatyczny szept jednej z pań, rzeczywiście przestraszonej: „Wooody!”. Druga z pań bardzo dramatycznym szeptem odpowiedziała: „Tu nie ma wody, tu jest teatr!”. Ledwośmy wytrzymali żeby nie wybuchnąć śmiechem i nie przekreślić ten cały dramatyczny i tragiczny finał „Wesela”. Był teatr – wypełniony sztuką!

Co podkreśla, że teatr naprawdę działa na wyobraźnię! Bardzo dziękuję.

Rozmawiała Anna Gordijewska

Tekst ukazał się w nr 7 (467), 15 – 28 kwietnia 2024

Zakamarki wspomnień. Część 1

Zakamarki wspomnień. Część 2

Zakamarki wspomnień. Część 3

Zakamarki wspomnień. Część 4

Zakamarki wspomnień. Część 5

Zakamarki wspomnień. Część 6

Zakamarki wspomnień. Część 8

Zakamarki wspomnień. Część 9

Zakamarki wspomnień. Część 10

Zakamarki wspomnień. Część 11

Anna Gordijewska. Polka, urodzona we Lwowie. Absolwentka polskiej szkoły nr 10 im. św. Marii Magdaleny we Lwowie. Ukończyła wydział dziennikarstwa w Lwowskiej Akademii Drukarstwa. W latach 1995-1997 Podyplomowe Studium Komunikowania Społecznego i Dziennikarstwa na KUL. Prowadziła programy w polskim "Radiu Lwów". Nadawała korespondencje radiowe o tematyce lwowskiej i kresowej współpracując z rozgłośniami w Polsce i za granicą. Od 2013 roku redaktor - prasa, radio, TV - w Kurierze Galicyjskim, reżyser filmów dokumentalnych "Studio Lwów" Kuriera Galicyjskiego. Od września 2019 roku pracuje w programie dla TVP Polonia "Studio Lwów". Otrzymała nagrody: Odznaka "Zasłużony dla Kultury Polskiej", 2007 r ., Złoty Krzyż Zasługi, 2018 r.

X