Tatzelwurm

Tatzelwurm

„Piekielny czerw prężył się do skoku, coś mu jednak zawadzało. W prawej łapie ściskał ludzkie przedramię!” – z ostatnich dwóch stuleci pochodzi kilkadziesiąt świadectw mówiących o spotkaniach z Tatzelwurmem w głuchych zakątkach Bawarii, Austrii oraz Szwajcarii.

 

Odbicie Pont de Bergues chwiało się w granatowej tafli Rodanu, który właśnie wyruszał, rozleniwiony jeszcze odpoczynkiem w Lemanie, w swoją dalszą drogę ku morzu przez Francję. Prawobrzeżną część miasta złocistym werniksem ozdobiło subtelne październikowe słońce. Fontanna Jet d’Eau wytrwale posyłała ku niebu wody jeziora, które po osiągnięciu wysokości siedemdziesięciu pięter wracały do siebie jak strącony Ikar.

Spotkanie w banku przy Place du Rhone (uczestniczyłem w nim jako przedstawiciel rosyjskiej grupy biznesowej) dobiegało końca i nic nie wskazywało na to, aby cokolwiek przełamało jego rytualną nudę – poza widokiem, jaki rozciągał się z pokoju konferencyjnego. Bankier, człowiek już starszy, jak należało oczekiwać po jego profesji – bardzo rzeczowy, nie kwapił się jednak, aby zakończyć rozmowę.

– Czytałem pański artykuł – powiedział wreszcie. – Ten o śnieżnym człowieku. Trwało trochę, zanim połapałem się, o co chodzi. Jakiś szwajcarski żurnal przedrukował z niemieckiego pisma podaną kiedyś przeze mnie garść wiadomości na temat ałtajskiego yeti. Dotąd sądziłem jednak, że zainteresowanie bankierów budzi raczej „Financial Times”, a nie prasa o tematyce wkraczającej w dziedzinę spekulacji innych niż giełdowe.

Oczekiwałem jakiegoś komentarza na temat tekstu, o którym napomknął mój rozmówca, bo przecież nie zrobił tego bez celu. Ale coś tu nie grało: bankier kontemplował panoramę za oknem i najwyraźniej zastanawiał się, czy snuć dalej ledwie muśnięty wątek.

– Chyba trudno jest pisać, a nawet mówić o rzeczach, które ogół przyjmuje z niedowierzaniem – po dłuższej chwili raczej stwierdził, niż spytał. – A jednak… – znów urwał na moment. – Czasami przecież pragnie się bardzo przekazać innym swoje brzemię, bez względu na to, jak dziwną byłaby ta wiedza. To chyba coś w rodzaju spowiedzi? A może raczej zamiar ostrzeżenia nieświadomych niczego bliźnich?

Chcę z panem podzielić się niezwykłą historią, jaka stała się udziałem jednego z moich krewnych. Przez długi czas była ona sekretem rodzinnym, wydaje mi się jednak, że powinna w końcu ujrzeć światło dzienne. Ta chwila jest według mnie po temu odpowiednia. Odetchnął głęboko i zamyślił się, nerwowo bębniąc palcami po stole. Spoglądałem na niego wyczekująco, nie ukrywając zresztą zdumienia.

– Tatzelwurm – wypalił wreszcie, z trudem przełamując wewnętrzny opór.
– Ach… to! – W moim głosie wyczuł pewnie zawód, bo spojrzał jakoś spode łba, więc pospiesznie zapewniłem go, że bardzo jestem zainteresowany tym, co pragnie mi opowiedzieć. Czy w tamtym momencie byłem szczery? O to mniejsza, dość, że najwidoczniej wypadłem przekonująco, bo po chwili wahania Szwajcar sięgnął po jakieś papiery.

X