Tatzelwurm

Tatzelwurm

Fontanna przedstawiająca Tatzelwurma w miasteczku Brunnen, Szwajcaria (Fot. de.wikipedia.org)  Nie pamiętam, jak znalazłem się na dole… Ocknąłem się pod wielkim krzyżem, ustawionym nad wzgórku ponad chatą pasterską. Podbiegli do mnie jacyś ludzie – wykrztusiłem tylko, że mój kompan gdzieś przepadł, a potem padłem zemdlony. Policja przesłuchiwała mnie bardzo dokładnie: zeznałem, że Peter wybrał zapewne powrót inną ścieżką, dla mnie zbyt trudną, później natomiast w umówionym miejscu czekałem na niego na próżno.

 

Opisałem dokładnie trasę naszej wędrówki, nie odważyłem się jednak wspomnieć o potworze. Musiałem pamiętać też o swoim stanowisku i rodzinie… Miałem nadzieję, że zostały jakieś ślady świadczące o straszliwym losie Petera. Jednak nic takiego nie odkryto, nawet na głazie, gdzie czatowała diabelska bestia. Być może zatarli je pasterze, którzy pierwsi ruszyli na poszukiwania, albo też potwór rodem z otchłani zniknął wraz z wszystkimi oznakami swej wizyty na naszej planecie. Chyba nawet podejrzewano mnie o zgładzenie Petera, bowiem o zbrodni mogło świadczyć moje dziwne zachowanie bezpośrednio po jego zniknięciu, ale przecież byliśmy szczerymi przyjaciółmi, nie miałem żadnego rozsądnego motywu, aby wyprawiać swojego druha na tamten świat.

 

Teren przeczesano parokrotnie ze szwajcarską skrupulatnością – bez rezultatu. Próbowałem narysować potwora, ale zaniechałem tego. Nie potrafiłbym oddać wiernie jego postaci, której każdy szczegół bluźnił przeciwko prawom naszego świata. Nie umiałbym zawrzeć w wizerunku całej grozy, jaką budzi widok tego potwora. Nie opowiadałem o tej straszliwej przygodzie nikomu. Muszę zważać na moją pozycję i stanowisko – gdybym wyjawił prawdę o tym fatalnym dniu i podzielił się moim głębokim przekonaniem, że dane mi było stanąć oko w oko z piekielnym monstrum, uznano by mnie pewnie za szaleńca. Ale mam obowiązek dać świadectwo prawdzie. Dlatego piszę te słowa i moją wolą jest, aby, gdy umrę, zachowali tę relację moi potomkowie i rozporządzili nią tak, jak im podyktują rozum i serce.

Piszę te słowa w wieku dojrzałym, po upływie lat dwudziestu od upiornego zgonu mojego druha Petera. Muszę wspomnieć jeszcze o czymś – jestem myśliwym, i to chyba niezłym. A raczej byłem nim – od czasu spotkania z tatzelwurmem nie wybrałem się do lasu ani razu (nie licząc poszukiwań Petera, ale wtedy nie byłem sam, lecz w gromadzie ludzi). I nie zrobię tego nigdy więcej, aż po kres moich dni”. Na tym kończy się rękopis zostawiony przez dziadka mojego ojca.

Bankier odłożył mocno pożółkłe karty, sięgnął po fajkę i zapalił ją. – Powinienem chyba dodać, że autor już wówczas, gdy spotkała go ta straszna przygoda, zajmował dość eksponowane stanowisko w bankowości – w mojej rodzinie to profesja dziedziczna od kilku pokoleń. Ponadto oddawał się dość gruntownym studiom przyrodniczym i jego opis tatzelwurma oraz sugestia dotycząca pochodzenia bestii wydają się wiarygodne. Chociaż przerażony śmiertelnie, jako naturalista potrafił wiernie uchwycić najistotniejsze cechy oglądanego stwora. Oczywiście może pan podać to, co tutaj przeczytałem, do druku. Nawet ze szczegółami umożliwiającymi moją identyfikację. Ale nie wcześniej niż za dwanaście miesięcy…

– Dlaczego? – To żądanie wydało mi się niezrozumiałe.
– To proste – uśmiechnął się i wypuścił z ust kłąb siwego dymu. – Moi rodacy są trzeźwymi ludźmi w każdym calu; ta cecha pomogła zbudować dobrobyt Szwajcarii. Płacimy za to pewną cenę. Nie tylko mój pradziad musiał liczyć się z tym, jakie skutki – w pierwszym rzędzie dla niego – spowoduje ujawnienie faktycznego przebiegu tragedii na górze Flegere. Spytam wprost – czy powierzyłby pan swoje pieniądze komuś, kto widuje diabły w postaci wężorobaków z głową kota? Albo zatrudnił go we własnym banku? Właśnie… Ale takie rozterki są już poza mną – we wrześniu przyszłego roku odchodzę na emeryturę.

Wojciech Grzelak

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

X