Tatzelwurm

Tatzelwurm

Fot. culpeo-fox.deviantart.com

Bliżej potężnym łukiem spływał w dolinę gleczer des Bois; to gdzieś tam dwa lata wcześniej straciła życie nieostrożna młoda Angielka. Nieco na lewo ostra grań Veste rysowała się ciemnym zygzakiem w przejrzystym powietrzu. Zatopiłem się głęboko w kontemplacji cudu tworzenia, gdy naraz usłyszałem wołanie, które ścięło mi krew w żyłach.

 

Z trudem rozpoznałem głos Petera. Tylko ktoś śmiertelnie przerażony mógł wydawać z siebie takie okrzyki. Ruszyłem biegiem w głąb lasu; naraz krzyk urwał się, a ja przystanąłem zdezorientowany. Po kilku minutach niepewnego marszu znalazłem się na małej polanie. Wtem ujrzałem coś, co sprawiło, że zamarło mi serce.

 

Na wielkim kamieniu siedział potwór. Miał chyba dobrze ponad metr długości, niełatwo to dokładnie określić, gdyż jego ciało kończyło się wężowym ogonem, który ciągle wściekle podrygiwał. Pokryty był włosem o barwie lśniąco czarnej, przechodzącej w granat, jak sierść smolistych kotów. Na piersi posiadał drobną łuskę tego samego koloru. Kończyny miał na pewno tylko dwie, wspierał na nich krótki, ale dość mocarny korpus zakończony ogromną głową.

 

Był to łeb upiorny i szkaradny, łączył w sobie cechy kotowatych drapieżników i gadów. Odstające uszy przypominały skrzydła nietoperzy. Stwór rozwierał paszczę, pełną wielkich kłów w górnej i dolnej szczęce. Język bestii był rozdwojony jak u wężów.

W najgorszych snach nie widziałem czegoś podobnego, nie przypominam też sobie, abym oglądał równie straszliwą fantazję na którymś z wizjonerskich płócien średniowiecznych lub barokowych mistrzów, uwielbiających portretowanie istot infernalnych. Ale najokropniejsze były jego źrenice. Patrzyłem w oczy różnym bestiom. Polowałem w wielu krajach, strzelałem do niedźwiedzia, tygrysa, atakującego krokodyla i szarżującego bawołu. Widziałem ich ślepia: przekrwione, wściekłe, nabiegłe żądzą mordu. Nigdy jednak nie dostrzegłem w nich tego, co zobaczyłem wówczas w źrenicach tego stwora. To był wzrok demona z piekła rodem. Ta istota, kimkolwiek była, nienawidziła wszystkiego, co znajdowało się wokół niej, żywe czy martwe – bez wyjątku… Może dlatego, że nie należała do naszego świata. Zrozumiałem to natychmiast, musiała przez szczeliny skorupy ziemskiej wydostać się z otchłani limbusa na powierzchnię lub przybyć tu z innej rzeczywistości, Bóg wie jakiej. Stałem jak skamieniały, a monstrum hipnotyzowało mnie swoim szatańskim wzrokiem. Wreszcie bestia wydała przeciągły syk, zakończony czymś w rodzaju mlaśnięcia, i był to najohydniejszy dźwięk, jaki słyszałem w ciągu mojego życia.

Piekielny czerw wywijał ogonem i bił nim o skałę, prężył się do skoku, coś mu jednak w tym zawadzało. Spojrzałem na jego pokraczne łapy: opierał się tylko na lewej, szeroko rozstawiając zakrzywione i, zdaje się, połączone błonami pazury. W drugiej, podkurczonej, ściskał ludzkie przedramię, oderwane czy też odgryzione od korpusu. Było ono zabrudzone krwią i ziemią. Wyprężone palce zastygły w rozpaczliwym, przedśmiertnym skurczu. Na jednym z nich dostrzegłem błękitny pierścień.

X