Tatzelwurm

Tatzelwurm

Heloderma (Fot. www.biolib.cz)Zdania kryptozoologów na temat tatzelwurma są podzielone: najbardziej rozpowszechniony jest pogląd, że mamy do czynienia z odmianą jadowitej helodermy, jaszczurki-endemitu występującej na pustyniach Meksyku i kalifornijskiej Mohave. Inne wersje mówią o wielkich okazach żółtopuzika bałkańskiego (ta jaszczurka z rodziny padalcowatych występuje poza Alpami) lub o olbrzymiej zmutowanej salamandrze.

 

– Wypadek, którego opis chcę panu przeczytać, zdarzył się w 1870 roku – powiedział bankier.

Popatrzyłem na niego – nie kpił. Zrozumiał jednak, o co mi chodzi.

– Moja rodzina mieszka w Genewie od początku XVIII wieku. Proszę spojrzeć – wskazał głową okno. – Sto czterdzieści lat temu wszystko tu wyglądało bardzo podobnie. Ten most tą samą kamienną ostrogą rozbijał krę spływającą z jeziora. A po tamtym – wskazał bardziej oddalony Pont du Mont-Blanc – nie jeździły wprawdzie auta, tylko dorożki i powozy, ale w ten sam sposób łączył on oba genewskie brzegi. Od czasów narodzin nowoczesności Szwajcaria to spokojna wyspa pośród burzliwych dziejów Europy.

Mam tutaj notatkę mojego pradziada, urodzonego w 1855 roku, zmarłego w 1908. Zdarzenie, jakie w niej opisał, przeżył w wieku lat dwudziestu pięciu. Oto jego słowa: „W ostatnich dniach czerwca wyruszyłem z moim przyjacielem Peterem na pieszą wycieczkę z Genewy w rejon Mont Blanc. Wędrowaliśmy niespiesznie, gdyż przeznaczyliśmy na tę włóczęgę cały lipiec. Wprawdzie Peter przesadzał godzinami opowiadając mi o zaletach swojej narzeczonej, okazał się jednak kompanem wytrwałym i całkiem sympatycznym. Pokazał mi błękitny sygnet otrzymany od Marii w zamian za pierścionek zaręczynowy; we wrześniu planowali ślub. Mnie zresztą bardziej zajmowały wspaniałe widoki po drodze i spostrzeżenia przyrodnicze.

Pogoda sprzyjała, a dwa deszczowe dni przeczekaliśmy w Chamonix, pokrzepiając się w Hotel du Nord znakomitym bawarskim ackermanem. Dziewiątego lipca po obiedzie wypogodziło się, popołudnie zapowiadało się piękne. Postanowiliśmy to wykorzystać. Po trzech godzinach osiągnęliśmy halę Flegere na północno-wschodnim stoku doliny. Ponieważ zmierzchało się, zdecydowaliśmy przenocować w chacie pasterskiej, aby o świcie podziwiać wschód słońca w górach.

Noc nie należała do spokojnych, bo co chwilę budziły nas wyjątkowo donośne dzwonki blaszane zawieszone na szyjach krów pasących się na hali. Zerwaliśmy się skoro świt i tę uciążliwość nagrodziło nam doznanie nadzwyczajne: oto gwiazda dzienna wynurzyła się nad podobne morskim bałwanom szczyty d’Argentiere, a jej purpurowe zorze zaigrały tysiącznymi refleksami w szkliwie lodowca. Podczas śniadania pasterz napomknął, że w okolicy grasuje ostatnio jakiś drapieżnik, zapewne wilk, który rozszarpał już parę owiec i jedną przynajmniej kozicę; zmasakrowane szczątki ofiary napotkał właściciel sąsiedniej budy. Ta wieść nie zmąciła jednak naszych świetnych nastrojów, w jakich wyruszaliśmy na szlak.

Oddaliliśmy się od miejsca naszego noclegu mniej niż na milę. Peter ruszył w głąb rzadkiego lasu, zapewne w poszukiwaniu okazów botanicznych do swojej kolekcji, a ja pozostałem na usianym kamieniami stoku podziwiając imponującą panoramę: wprost przed sobą miałem potężny róg Aiguilles de Charmoz, sięgający tylko dziesięciu tysięcy stóp, ale z tego miejsca wydający się wyższym od ukrytego za nim w zwartym masywie dość niepozornego Mont Blanc, którego Bogiem a prawdą nie umiałem rozróżnić.

X