O kamienicy w której się urodziłem

O kamienicy w której się urodziłem

Znowu we Lwowie

Rodzinne lwowskie opowieści, snute prawie każdego dnia przez mamę, brata i resztę familii oraz mgliste wspomnienia z dzieciństwa sprawiły, iż bardzo pragnąłem odwiedzić to rodzinne miasto. Spełnienie tego marzenia utrudnione było m.in. tym, że we Lwowie, ani w jego okolicy nie mieliśmy już żadnych krewnych ani nawet znajomych. Marzenie to ziściło się dopiero w 1978 roku. Wtedy to z wycieczką orbisowską, pełen ciekawości, sentymentu i obaw wybrałem się do grodu Lwa.

Pierwszą rzeczą, którą tam kupiłem w kiosku hotelu Inturist czyli George’a, była mapa miasta, na której z radością wyczytałem przedwojenne nazwy ulic Zielonej, Piekarskiej oraz Cmentarza Łyczakowskiego. Uzbrojony w tę mapę łatwo odnalazłem rodzinny dom. Odżyły obrazy z dzieciństwa. Wszystko było takie same jak zanotowałem w pamięci, lecz znacznie mniejsze. Nic w tym dziwnego, bowiem z perspektywy dziecka wszystko w koło wydaje się być duże.

Z wielkim wzruszeniem pstryknąłem parę zdjęć frontu i podwórza, trochę podumałem i z nostalgią opuściłem rodzinne gniazdo. Przez dwa dni błąkałem się po Cmentarzu Łyczakowskim, bezskutecznie poszukując grobowca dziadków. Udało mi się odnaleźć go dopiero za parę lat, w czasie trzeciej wizyty we Lwowie. Z satysfakcją stwierdziłem wówczas, że zachował się w niezłym stanie. Programowe i indywidualne zwiedzanie miasta (oczywiście na piechotę), obejrzenie w teatrze „Zemsty nietoperza” oraz rozmowy przed katedrą łacińską z mieszkającymi nadal we Lwowie rodakami, wypełniły ten trzydniowy pobyt.

Postanowiłem tu jeszcze nieraz wrócić. I wracałem co kilka lat. Najpierw jako uczestnik wycieczek, a później całkiem prywatnie, goszczony przez poznaną w Nysie, mieszkającą we Lwowie sympatyczną panią Romę, emerytowaną inżynier.
W czasie tych wizyt dokładnie poznałem miasto. Zawsze też odwiedzałem podwórko, na którym bawiłem się będąc 4–5 letnim brzdącem. Nie śmiałem jednak zapukać do drzwi mieszkania, w którym przyszedłem na świat.

Dopiero w czerwcu 1997 w czasie kolejnej sentymentalnej podróży z rezolutną i odważną kuzynką Barbarą, z którą na tym podwórku i w tym domu spędziliśmy wczesne dzieciństwo, odważyliśmy się złożyć niezapowiedzianą wizytę w naszych „rodzinnych gniazdach” jego ówczesnym lokatorom. Uczyniliśmy to z wielką obawą przed reakcją gospodarzy. Okazało się, że obawy te były całkiem nieuzasadnione. W „moim” mieszkaniu na pierwszym piętrze zostaliśmy serdecznie przyjęci przez starsze państwo przybyłe do Lwowa z okolic Połtawy w 1947 roku.

Piętro wyżej, w mieszkaniu kuzynki, mieszkało młode małżeństwo. Ona plastyczka, on właściciel firmy poligraficznej. Nieżyjący już rodzice pani domu także do Lwowa przyjechali w 1946 roku z głębi Ukrainy. Oni zaś w tym mieście się już urodzili. W trakcie rozmowy przy kawie młoda malarka niespodziewanie oświadczyła: Mam coś dla państwa – po czym przyniosła skądś stojący zegar, z wygrawerowaną dedykacją: „Kochanej żonie Janeczce. Tadzik”. Był to prezent ojca Barbary dla jej matki. Nasze wzruszenie było nie do opisania.

Przez kilka następnych lat nie byłem we Lwowie. Dopiero w 2004 roku ponownie odwiedziłem to miasto. Oczywiście pierwsze kroki skierowałem do wiadomego mieszkania. Przyjął mnie tam starszy pan. Okazało się, iż jest synem zmarłych już lokatorów, którzy po raz pierwszy mnie ugościli. Inżynier Władysław P. jest emerytowanym pracownikiem Politechniki Lwowskiej.

Odwiedzałem go jeszcze kilka razy (i, jak zdrowie pozwoli, uczynię to przynajmniej jeszcze raz). W jednej z tych odwiedzin towarzyszył mi młodszy brat, który także tam się urodził. Obfotografowaliśmy każdy kąt. Przez te kilkadziesiąt lat niewiele się w tym lokalu zmieniło. W jednym pokoju stoi ten sam piec (czynny), w kuchni jest ten sam, co przed laty zlew z napisem: „Towarzystwo Wodociągowe Lwów”. Jedyną zmianą, i to na lepsze, jest łazienka, której za „naszych czasów” nie było.

Tyle wspomnień z przeszłości i teraźniejszości. Cieszę się, że poznałem w tym mieście serdecznych ludzi, że Lwów jest nadal znaczącym ośrodkiem naukowym i kulturalnym, że miasto pięknieje i niewiele odbiega swym wyglądem od innych miast europejskich. Oczywiście można we Lwowie znaleźć miejsca zaniedbane, ale są one w każdym innym wielkim mieście (nawet we Wiedniu, o czym naocznie się przekonałem). Dlatego życzę wszystkim obecnym (dorosło już trzecie pokolenie „nowych” lwowiaków) mieszkańcom Lwowa (także i tym z „Kryjówki”) zdrowia i wszelkiej pomyślności. Wierzę w rozwój tego miasta i w kultywowanie jego wielowiekowych tradycji.

PS.
Kiedy pytają mnie czy chciałbym na stałe powrócić do Lwowa? Odpowiadam – nie. A to dlatego, że młodość i dorosłe życie spędziłem na Dolnym Śląsku oraz z powodu podeszłego wieku. Tu się urodziły moje dzieci, wnuki i prawnuczki, których jednak gorąco namawiam do częstych odwiedzin pięknego Lwowa. Może w przyszłości, kiedy Ukraina będzie pełnoprawnym członkiem Unii Europejskiej, któryś z moich potomnych zdecyduje się zamieszkać w rodzinnym mieście dziadka i pradziadka. Byłbym z tego bardzo rad.

Albin Przybyłowski

Towarzystwo Miłośników Lwowa i Kresów Południowo-Wschodnich Oddział w Nysie

 

Tekst ukazał się w nr 6 (154) 30 marca – 12 kwietnia 2012

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

X