O kamienicy w której się urodziłem

O kamienicy w której się urodziłem

Wkroczenie Armii Czerwonej do Lwowa, 22 września 1939 r. (Fot. riowang.blogspot.com)

Z pewnością lwowska ulica podobnymi wierszykami i piosenkami komentowała obecność Rosjan w mieście, lecz w obawie przed wszechwładnymi enkawudzistami, nie recytowano tych utworów w mojej obecności, wiedząc iż każde dziecko doskonale zapamiętuje nie to, co się do niego mówi, ale to o czym rozmawiają starsi. Z tego okresu utkwił w mej pamięci spalony czołg, stojący naprzeciw naszej bramy przy ulicy Zielonej, a w nim zwęglone zwłoki czołgisty (nie wiem jednak czy był to czołg radziecki, czy niemiecki) oraz dwukrotny, kilkugodzinny pobyt w piwnicy, w czasie nalotów bombowych, które na szczęście nie uszkodziły naszej kamienicy.

Doskonale natomiast zapamiętałem nocne „prowierki dokumentow”, czyli „wizyty umundurowanych i cywilnych osobników, szukających wrogów władzy radzieckiej. Do tych wrogów zaliczony został mój starszy brat, który ukrywał się przed poborem do armii oraz brat mamy – ksiądz Jan, ze względu na swój stan kapłański i przedwojenną działalność w katolickich organizacjach młodzieżowych. Obaj, słysząc łomot do drzwi mieszkania, w pośpiechu opuszczali je przez okno na dach, przylegającej do budynku komórki, gdzie mieli sprytnie zamaskowaną kryjówkę.

Wujek Jan teoretycznie nie miał się czego obawiać, gdyż miał fałszywe dokumenty wystawione na nazwisko Jan Hanicz i potwierdzające, że z zawodu jest szewcem (rzeczywiście szewstwo było jego hobby), ale na wszelki wypadek wolał unikać bezpośrednich kontaktów z tymi nocnymi „gośćmi”. W dokumenty te zaopatrzył go Ukrainiec, kolega z gimnazjum. Był to rewanż za to, że w czasie okupacji niemieckiej wujek Jan przez pewien czas ukrywał tego kolegę-komunistę w zakamarkach katedry ormiańskiej.

Po powrocie do Lwowa Czerwonej Armii tenże Leonid stał się ważną osobistością w mieście i nie zapomniał o przysłudze swego gimnazjalnego kolegi. Wujkowi chyba spodobało się to nowe nazwisko (naprawdę nazywał się Lechowski), gdyż używał go do śmierci, jako proboszcz i dziekan Świdnickiego dekanatu. Przy końcu 1944 roku niespodziewanie nocne patrole przestały nękać nasze mieszkanie.

Stało się chyba tak na skutek interwencji majora Igora. Tenże major Armii Radzieckiej sprowadził się wraz z żoną i dziećmi do mieszkania opuszczonego przez dyrektora banku Rejnisza. Jego synek Jura był w moim wieku, a siostra Nora nieco starsza. Nie bacząc na różnice polityczne, ideologiczne i wszelkie inne, bawiliśmy się razem na podwórku lub w naszych mieszkaniach. Mama z majorową połączyły handel wymienny, polegający na tym, że mama zaopatrywała Rosjankę w różną damską konfekcję, a w zamian otrzymywała od niej produkty spożywcze.

Pewnego popołudnia, w czasie podwórkowych harców, Jura poważnie pokaleczył o rozbite szkło obie nogi. Jego przerażona matka zupełnie „straciła głowę”. Natomiast moja mama zapakowała ociekającego krwią malca do wózka mego młodszego brata i zawiozła do szpitala. Z wdzięczności za tę przysługę majorostwo zaprosiło mamę i jej brata „szewca” do siebie na mocno zakrapianą kolację, po której po raz pierwszy i ostatni w życiu zobaczyłem mamę „pod wpływem”.

Od tej pory ustały nocne „wizyty” tropicieli wrogów ZSRR. Kiedy w czerwcu 1946 opuszczaliśmy Lwów, major Igor załatwił nam wojskową ciężarówkę (pierwszy raz jechałem autem), która zawiozła nas i nasz skromny dobytek na dworzec. Załadować się do wagonu pomagało nam dwóch podwładnych majora. Wzbudziło to podejrzenie innych ewakuowanych rodzin, ale w trakcie tygodniowej podróży wszystko się wyjaśniło. Po tygodniu, ku memu niezadowoleniu, jako że bardzo podobała mi się ta jazda, wyładowaliśmy się w Bystrzycy Kłodzkiej. Lwów odwiedziłem dopiero po 32 latach.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

X