O kamienicy w której się urodziłem

O kamienicy w której się urodziłem

Każdy dom ma swoją historię, na którą składają się losy jego lokatorów. Są domy chlubiące się tym, że mieszkali w nich sławni ludzie. Domy, w których zapadały ważne i znane decyzje. Kamienice, pałace i chaty słynące z wielkich i małych tragedii oraz radości. Jednak większość ludzkich siedzib nie może chlubić się taką sławą, gdyż mieszkali w nich przeciętni zjadacze chleba.

 

Jedną z tysięcy lwowskich kamienic, której ponad stuletni żywot nie obfitował w jakieś szczególne wydarzenia jest dom zbudowany u wylotu ul. Zielonej, na obecnej Franki, a dawnej Zyblikiewicza, któremu teraz nadano nr 22, a poprzednio oznaczony był numerem 2. W tym domu urodziłem się 72 lata temu.

 

Poświęcę mu kilkadziesiąt zdań nie tylko z nostalgii za dziecięcymi latami, lecz także z nadzieją, że opowieść ta może zainteresuje teraźniejszych mieszkańców tej kamienicy, zainteresowanych losami swych poprzedników.

Krótka historia
Na przełomie XIX i XX w. tę nowoczesną wówczas kamienicę kupił Zygmunt Gieszkowski, mój dziadek ze strony matki. Kupił ją dlatego, że nie chciał z rodzeństwem zarządzać dużym majątkiem ziemskim w okolicach… Budapesztu, otrzymanym w spadku po swych rodzicach, a moich pradziadkach.

Opuścił Węgry i postanowił zostać lwowskim przemysłowcem. Do frontowego budynku szybko dobudował także dwupiętrową oficynę, a na jej parterze otworzył drukarnię i fabryczkę opakowań papierowych. Interes szedł nieźle, życie prywatne nie za bardzo, bowiem szybko nie tylko owdowiał, ale także zmarła mu jedyna kilkuletnia córeczka. Szybko jednak pocieszył się po tych stratach bliskich i po raz drugi się ożenił.

Nową wybranką dziadka, a moją przyszłą babcią, była Maria – robotnica jego firmy, dziewczyna z robotniczej zamarstynowskiej rodziny, znacznie młodsza od nieboszczki żony (co było jej głównym atutem). Niestety, w dniu swych 58 imienin, czyli w 1913 roku dziadek Zygmunt zmarł nagle, zostawiając młodej żonie trójkę małych córeczek, z których najstarszą była moja mama Aniela (rocznik 1900).

Babcia Maria żadnej pracy się nie bała i postanowiła samodzielnie poprowadzić firmę. Niestety, wybuchła I wojna światowa i babcia wraz córeczkami wyjechała do krewnych zmarłego męża w Presovie. Tam spokojnie przeżyła zawieruchę wojenną, ale po powrocie do Lwowa straciła ochotę bycia bizneswoman i sprzedała firmę wraz z prawie całą kamienicą znanemu restauratorowi Mikołajowi Lewickiemu. Sobie zostawiła tylko dwa mieszkania na pierwszym i drugim piętrze oficyny.

W tym na pierwszym piętrze przyszedłem na świat (3 marca 1940), a cztery lata później (w 1944 roku) mój brat Andrzej. Dziadek Zygmunt i babcia Maria (zmarła w 1943 roku) pochowani są w rodzinnym grobowcu na Cmentarzu Łyczakowskim (w pobliżu mauzoleum rodziny Goldów). Grobowiec postawiono w 1911 roku i do tej pory, czyli ponad sto lat, jest w niezłym stanie, co doskonale świadczy o solidności i zawodowych umiejętnościach ówczesnych kamieniarzy.

O wcześniejszych mieszkańcach kamienicy niewiele wiem. Wiadomo mi natomiast kto w niej mieszkał w latach 1935–1945. Reprezentacyjne mieszkania, do których wiodła osobna klatka schodowa z ulicznej bramy przejściowej, a których okna wychodziły na Zyblikiewicza (Franki) zajmowali: (I piętro) lekarz dermatolog Flunt z rodziną, właściciel drogerii – Muszyński z rodziną (m.in. z córką Danutą, późniejszą gwiazdą opery w Gliwicach); (II piętro) właściciel całej posesji Mikołaj Lewicki i dyrektor Banku Rolnego – Rejnisz. Na parterze był sklep z nabiałem i restauracja Lewickiego. Każde z tych mieszkań miało też wejście na ganek, łączący lokale znajdujące się w oficynie.

Przez główną bramę z ulicy wchodziła się na małe podwórko zamknięte z czterech stron dwupiętrowymi kamienicami oficyny. Na parterze z lewej strony, po niegdysiejszej fabryczce dziadka Zygmunta było zaplecze restauracji, a po przeciwnej stronie mieszkanie dozorcy Mazura. W pozostałych lokalach na parterze mieszkali pracownicy Lewickiego: kelner Funk oraz dwie kucharki (jedna z nich nazywała się Tekla Jabłońska).

X