Wojaże po ormiańsku

Wojaże po ormiańsku

Droga z Gruzji do Armenii jest przygodą samą w sobie. Marszrutka pędzi przez górskie urwiska, które oczywiście wywierają niezapomniane wrażenia, ale które również sprawiają, że człowiek zaczyna się cały kurczyć w sobie ze strachu – kierowca z prędkością 80 km na godzinę stara się ominąć milion dziur na drodze, trzymając w jednej ręce papierosa, a drugą obierając mandarynkę.

 

W takim roztrzęsionym stanie dojeżdża się w końcu do pierwszego przygranicznego miasta w Armenii.
W Stepanavanie można napawać się cudnymi górami, kanionami, świeżym powietrzem i czystą wodą. I gdyby spędziło się tam jedynie dwa dni, na tym wrażenia by się zakończyły…

 

Jednak tydzień w tej miejscowości sprawia, że się zaczyna zauważać znacznie więcej – przygnębiające są te widoki wciąż zamieszkałych zardzewiałych baraków z lat 70. na obrzeżach miasta, chatek z dachem łatanym blaszanymi puszkami, śmietniska, urządzonego na chodniku praktycznie w centrum miasta, a wizyta w szkole dla dzieci specjalnej troski z najuboższych rodzin już tylko dopełnia tego „krajobrazu”. Bo jak to po „Rozpadzie”, wszystko się rozpadło – w czasie Związku Radzieckiego, miasto jakoś sobie radziło, kilka fabryk i ludzie mieli i pracę, i pieniądze. Teraz jednak powszechne bezrobocie stawia ludzi w koszmarnym położeniu, zarabiają właściwie tylko ci, którzy wyjeżdżają do Rosji. To jest właśnie głównym powodem tego, że w latach 1991 – 2001 z kraju wyjechało 800 tys. Ormian (Armenia liczy sobie jedynie nieco ponad 3 mln mieszkańców, z tego 2 mln żyje w stolicy).

 

Stepanavan mimo wszystko jakoś funkcjonuje, coraz bardziej stawiając na turystów – oddalona o 4 km forteca z X wieku Lori Berd robi niesamowite wrażenie, a ogród botaniczny Dendropark, założony przez polskiego inżyniera E. Leonowicza, zachwyca kolekcją roślin zebranych z całego świata. – To prawda, ciężko jest tu zorganizować cokolwiek, ale co roku zjeżdżają się do nas młodzi ludzie z Europy w ramach międzynarodowego festiwalu kultury. W tym roku organizujemy także event, poświęcony 200 – leciu Fryderyka Chopina – mówi mi Elia Simonian, ze stepanawańskiego działu kultury. Mimo tych wszystkich atrakcji, nie ukrywam radości, kiedy mój pobyt w Stepanavanie dobiega końca i mimo zamieci śnieżnej marszrutka rusza w stronę Giumri.

Popijam herbatę w mieszkaniu Tatosa i widzę okropne zacieki na suficie, paskudne pęknięcia w paru kątach. – Ciągle pieniędzy brakuje na remont, mąż gdzieś tam czasami coś dorobi, a ja tyle co zrobię czasami fryzurę paru sąsiadkom, po tym nieszczęsnym 88 roku wszystko się posypało – żali mi się żona Tatosa. Ich rodzina miała tak naprawdę szczęście – jako jednym z niewielu udało się przetrwać trzęsienie ziemi z dachem nad głową.

X