Prosto z Gruzji: o Swanach, kapuście i wendetcie

Prosto z Gruzji: o Swanach, kapuście i wendetcie

Był bodajże rok 2008, kiedy to grupa Łotyszy wyruszyła w podróż po Gruzji. Na początku standardowo – Tbilisi, Kutaisi, Mccheta, Signagi, Kazbegi. Punktem kulminacyjnym ich wycieczki stała się Swanetia. Uprzedzano ich – bez znajomych, którzy czekali by na was w tej miejscowości, nie wyruszajcie, może być niebezpiecznie. Jak to przeważnie w takich historiach bywa, nie posłuchali…

 

Po tym jak wsiedli do marszrutki, udającej się do Mestii, na prawie dwa tygodnie słuch o nich zaginął. Gdy zjawili się znowu w Tbilisi, kupili pierwsze z brzegu bilety do Rygi. O tym, co się stało tam, wysoko w górach, nikomu nigdy nie opowiadali.

 

Tę historię usłyszałam już po powrocie ze Swanetii. Jednak zrządzeniem losu, pojechałam tam do kolegi z Krakowa na urodziny. W założeniu byłam bezpieczna. Swanetia to region Gruzji z centrum w Mestii, od Północy i Wschodu otoczony grzbietem Kaukaskim i Uszbą, jako jednym ze szczytów (przepiękna, po prostu przepiękna góra!). Tam też właśnie, na Północy graniczy z Rosją, a zupełnie nie daleko – Abchazja… Ścieżka prowadząca przez wysoki Kaukaz z Zugdidi do Mestii była przeryta po raz pierwszy dopiero na początku XX wieku. Nic dziwnego, że ten północny region Gruzji do niedawna był całkowicie odcięty od reszty kraju. Nawet chrześcijaństwo dotarło tam dopiero w VI wieku (w Gruzji to nastąpiło jeszcze w 337 r.). Po przeanalizowaniu geopolitycznej sytuacji regionu, przestałam się dziwić usłyszanym tam historiom.

Zaczynam od początku
Na podróż do Swanetii wybrałam jeden z najgorszych terminów – początek marca, który nie różni się niczym od lwowskiego. Śnieg i zamarznięte błoto. Gdy o 5 nad ranem wychodzimy z Lenką z mieszkania Karoliny w Zugdidi, myślimy tylko o tym, żeby umiejscowić się w marszrutce i w ciągu 12 godzin jazdy odbić sobie nieprzespaną noc (przez mysz biegającą nad naszymi głowami, nie zmrużyłam oka).

W Gruzji należy przyswoić sobie podstawową rzecz – nie planuj i na nic nie licz, obejdzie się bez rozczarowań. Do marszrutki wchodzimy dopiero po 15-minutowej negocjacji cen biletu. Po wejściu, od razu wybijam sobie z głowy jakąkolwiek drzemkę. Siedzę na paru główkach kapusty, obok muszę uważać, żeby nic nie stało się z cebulą, pomimo wszelkich moich starań, piwo pod nogami eksploduje, a jajka na głowie w końcu lądują (do Mestii raz w miesiącu dostarczają żywność, do Uszguli, jeszcze wyżej położonej miejscowości, zimą jest dostarczana helikopterem). Brakowało tylko lamy prosto z Limy…

 

Wyobraźcie sobie, co się zaczyna dziać, kiedy wjeżdżamy coraz wyżej w góry, a wspomniana ścieżka coraz bardziej się zawęża. Daję głowę, że żaden Hołowczyc nie poradził by sobie na tej drodze. Przez cały czas bałam się spojrzeć w dół, w pewnym momencie jednak musiałam. Na jednym z zakrętów po prostu utknęliśmy. Kamienie spod kół osypują się, jednocześnie, drzwi nie mogę otworzyć, bo polecę wprost do rwącej rzeki 1000 m w dół. Nawet jeśli uda mi się ujść z życiem, to na bank wyleci kapusta, a za to czekałaby na mnie śmierć straszna.

Co robi kierowca w tej sytuacji wręcz bez wyjścia? Logiczne – wzywa pomoc. Co w postaci pomocy drogowej przyjeżdża, żeby wyciągnąć z urwiska marszrutkę załadowaną ludźmi i innym towarem? – jak na Gruzję, też całkiem logiczne – traktor. Udało się? – pewnie. Po pięciu minutach ruszyliśmy dalej, po dwóch godzinach byliśmy w Mestii (cały czas w asyście traktora jadącego tyłem do przodu). Wiem jedno – jeśli kiedykolwiek zdecyduję się na tę drogę jeszcze raz, to na pewno nie na trzeźwo.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

X