Wojaże po ormiańsku

Wojaże po ormiańsku

Ararat, święta góra Armenii (Fot. Joanna Demcio)Armenia nie tylko manifestuje swój rozwój ekonomiczny, ale również potęgę wojskową. Każdy chłopak po ukończeniu szkoły jest zobowiązany do odbycia dwuletniej służby wojskowej.

 

Ormiańska armia liczy sobie około 60 tys. żołnierzy i oficerów, a do tego dochodzą rosyjskie wojska, pilnujące granic z Iranem i Turcją.

 

– Kult armii jest tu wręcz absurdalny… W telewizji w kółko nadają reklamy, zachęcające do służby w wojsku, wszędzie można zobaczyć plakaty z dzielnymi żołnierzami.

 

Już nie wspomnę o tym, co tu się działo podczas Narodowego Dnia Armii… Z taką pompą świętują ten dzień, że chyba nawet Święta Bożego Narodzenia i Sylwester przy tym bledną. Po pierwszym tygodniu, spędzonym w Giumri, miałam wrażenie, że na wolontariat trafiłam do Korei Północnej – Ania z Warszawy od kilku miesięcy pracuje w ormiańskim domu dziecka.

 

Gdy tak stoi się na głównym placu w Erewaniu i zadrze się głowę nieco do góry, można dopatrzeć się na jednym ze wzgórz pomnik Matki Armenii – bez zastanowienia ruszamy w tę stronę. Mijając wesołe miasteczko, pierwszą rzeczą, która ukazuje się naszym oczom, jest rakieta, potem czołg, wielka Matka Armenia z mieczem w ręce, a u jej boków dwie armaty… Wszystko to skierowane w stronę majaczącego na horyzoncie Araratu, w stronę Turcji. Jest niedzielny słoneczny poranek, nasza marszrutka rusza do Devinu, jednak my wyskakujemy w połowie drogi, by po przejściu paru kilometrów ujrzeć wspaniały monastyr Khor Virap z VI wieku na tle ośnieżonego, majestatycznego Araratu, świętej góry Armenii, znajdującej się już po stronie tureckiej…

Kiedy spojrzymy na herb Armenii, zobaczymy w samym jego środku górę Ararat – właśnie to jest dla mnie symbolem zagmatwanej sytuacji tego państwa. Wspaniały kraj, gościnni ludzie i niezwykła historia, obfitująca niestety w tragiczne wydarzenia. Ciągłe podboje przez potężniejszych sąsiadów, rzeź Ormian z początku XX w., potem Związek Radziecki, a po rozpadzie – lata stagnacji i kolejnych konfliktów zbrojnych:

 

„Odcięci od świata. Dookoła same nieprzyjazne państwa. Samoloty nie latały, bo nie było do nich paliwa. Paliwa nie było i nie miało być, bo nie było go jak sprowadzić. Jedna linia kolejowa prowadziła przez Gruzję, a tam toczyła się wojna domowa. Druga przez Azerbejdżan, z którym Ormianie wojowali o Górny Karabach. Nawet podróż samochodem przez pograniczną pustynię stawała się ryzykowna, bo na drodze zaczynali grasować rabusie. (…) Nie było prądu i też go nie miało być, bo całą energię sprowadzano dotąd właśnie z Azerbejdżanu. Nie było także co liczyć na gaz. Ormianie co prawda zapłacili Turkmenom za dostawy, ale gaz do nich nie dochodził, bo gazociąg też wiódł przez Azerbejdżan i Gruzję.” (cytat z książki W. Jagielskiego „Dobre miejsce do umierania”). Dlatego nie dziwię się entuzjazmowi Razmika czy Ludy. Nowa stolica znaczy tyle samo, co nowe życie, lepsze życie.

Joanna Demcio
Tekst ukazał się w nr 14 (114) 30 lipca – 16 sierpnia 2010

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

X