Polak, Japończyk – dwa bratanki. Część 3

Polak, Japończyk – dwa bratanki. Część 3

Stosunki dyplomatyczne pomiędzy Japonią i nowopowstałym państwem polskim zastały nawiązane prawie natychmiast po odzyskaniu przez Polskę niepodległości, bo już 23 marca 1919 roku. Poselstwo Japonii otwarto w Warszawie w roku 1921, ale przedstawiciele Cesarstwa pojawili się w Polsce dużo wcześniej.

Takim przedstawicielem, początkowo tylko reprezentantem japońskiego Sztabu Generalnego, który już niedługo stanie się attaché wojskowym Ambasady, został młody kapitan Yamawaki Masataka.

Miły, błyskotliwy, inteligentny, od razu zyskał sobie sympatię polskich oficerów.

Związany z wywiadem japońskim, szczególnie interesował się zagadnieniami wywiadu polskiego, zaś Polacy, wierni już długoletniej, braterskiej współpracy z Japończykami, bynajmniej niczego mu w tym zakresie nie zabraniali.

„I rura, panie dobrodzieju!”
Bardzo szybko kapitan Yamawaki zauważył z wielkim zdziwieniem, że Polacy potrafią czytać pisane szyfrem tajne raporty rosyjskie. Zdumienie kapitana było autentyczne i szczere, bo kryptolodzy japońscy tego nie potrafili, a szyfry radzieckie były uznawane w Japonii za niemożliwe do złamania. Tu zaś, Polacy czytali je sobie jak poranną gazetę.

Rozentuzjazmowany kapitan natychmiast zameldował o tym swojemu dowództwu sugerując, aby doprowadzić do oficjalnej współpracy sztabów polskiego i japońskiego i do oficjalnego szkolenia kryptologów japońskich w Polsce. Na to uzyskał odpowiedź szefa japońskiego wywiadu generała Itamiego Matsuo, że: „…jakżesz siły lądowe państwa pierwszej klasy mogą pobierać nauki od armii państwa trzeciego gatunku?”.

Wzgarda, jaką nam okazał generał Matsuo, była po prostu głupia. Ten wspaniały „nadgenerał” okazał się całkowicie bezradny w sytuacji bardzo poważnych rozmów z przedstawicielami Rosji radzieckiej w Dairenie, dotyczących między innymi wycofania się Japonii z okupowanej Syberii. Rozmowom sekretnie towarzyszyli pracownicy japońskiego wywiadu, którzy choć skutecznie nagrywali szyfrowane dokumenty radzieckie, to jednak nie umieli ich odczytać! Rosła sterta nieodczytanych dokumentów, w których były zawarte wszystkie najtajniejsze postanowienia Rosjan. Od przeczytania tych papierów zależało wszystko, i co? – „I rura, panie dobrodzieju!”.

Wreszcie generał wymiękł do tego stopnia, że zaszyfrowane meldunki Rosjan wysłano do Polski. Nie minął tydzień, a wszystkie meldunki przyszły z Polski już odczytane, zaś generał stał się generałem dziesiątego gatunku! Tak się dzieje z ludźmi głupimi, którzy w życiu kierują się nie rozumem i sensownymi obserwacjami otoczenia, a stereotypami. To prawda, że Polska była państwem istniejącym dopiero kilka lat, ale Polska miała swoją Wunderwaffe, a tą cudowną bronią był kapitan Jan Kowalewski!

Mjr Jan Kowalewski (Fot. pl.wikipedia.org)Szyfrant przez przypadek

Jan Kowalewski w zasadzie wcale nie był szyfrantem. Po ukończeniu szkoły handlowej w Łodzi, studiował chemię przemysłową na Uniwersytecie w Liège. Po wstąpieniu do wojska też nie sprawiał wrażenia kogoś genialnego. Wszystko zaczęło się od przypadku. Kolega Kowalewskiego, porucznik Sroka, miał tego dnia ślub swojej siostry, na który nie mógłby pójść, bo akurat wypadł mu dyżur w sztabie, gdzie trzeba było odbierać depesze z nasłuchu radiowego.

Porucznik Kowalewski zgodził się go zastąpić i w ten oto sposób znalazł się na stanowisku dającym mu wgląd w sprawy tajnych szyfrów. Polskich i niepolskich. Zauważył bowiem cały stos nierozszyfrowanych depesz bolszewickich, a że na dyżurze było nudno, z nudów zaczął próbować je rozszyfrowywać. Praca wciągnęła go do tego stopnia, że został przy niej już do rana następnego dnia. Udało mu się rozszyfrować grupę depesz, w których powtarzało się słowo mające trzy takie same litery odpowiadające trzem literom „i” w słowie dywizja oraz fakt, że depesze podpisywane były raz szyfrem, a raz otwartym tekstem.

Rano doszło w sztabie do sensacji, gdy okazało się, że jest taki ktoś, kto potrafi czytać rosyjski szyfr. Natychmiast polecono mu by został dowódcą komórki deszyfracyjnej Sztabu Generalnego, więc (jeszcze wtedy porucznik) Kowalewski zajął się tym jak najlepiej potrafił. Założył sieć stacji nasłuchowych, zatrudnił znakomitych matematyków z Uniwersytetów Warszawskiego i Lwowskiego. To dało takie efekty, że już w sierpniu 1919 udało mu się znaleźć klucz do szyfru Armii Czerwonej. Potem, podczas wojny bolszewickiej, Polacy szybciej czytali dokumenty radzieckie niż bolszewiccy dowódcy, do których były one wysyłane! Ale to nie był koniec sukcesu.

Kowalewski złamał jeszcze dodatkowo szyfry Armii Denikina i „białej” Floty Czarnomorskiej, zaś w roku 1920 pod ręką Kowalewskiego pękły szyfry niemieckie! Tak naprawdę, to dzięki pracy porucznika Kowalewskiego Polska wygrała wojnę z bolszewikami. Józef Piłsudski wiedział dzięki temu o bolszewikach wszystko, a to pozwalało mu na jak najbardziej celowe wykorzystanie Wojska Polskiego. Za swe zasługi Jan Kowalewski otrzymał w roku 1921 awans na kapitana i Srebrny Krzyż Orderu Virtuti Militari.

Współpraca wywiadów Polski i Japonii
To właśnie w placówce Kowalewskiego tłumaczono depesze przysłane z Japonii i Japończycy zaczęli zabiegać o to, by kapitan Kowalewski przyjechał do Japonii. Chcieli, by uczył kryptologii japońskich oficerów wywiadu. Polacy wyrazili na to zgodę i w roku 1923 kapitan Kowalewski pojechał na trzy miesiące do Tokio, gdzie rozpoczął z wyznaczonymi oficerami bardzo intensywne szkolenie. Nauka dotyczyła różnych szyfrów radzieckich. Dyplomatycznych i wywiadowczych.

Kursanci musieli nauczyć się szyfrować i rozszyfrowywać rosyjskie teksty. W tym celu kapitan Kowalewski skonstruował kursantom maszynę szyfrującą, pomagającą w tych pracach. W trakcie trwania kursu postanowiono również, że do Polski będą wysyłani wybrani oficerowie japońscy na okres jednego roku, celem podniesienia swych kwalifikacji pod nadzorem polskich oficerów. Japońskie dowództwo prosiło Polaków, by nie pozostawiali tym oficerom nawet jednej wolnej chwili.

Żeby obciążać ich pracą w placówce, ale i zadawać im pracę do domu. Można powiedzieć, że Japończycy prosili Polaków o stworzenie delegowanym Japończykom na tym rocznym kursie, japońskiego stylu pracy. Sprawa szkolenia w Polsce japońskich oficerów miała się odbywać przy ciągłej współpracy wywiadów polskiego i Japońskiego. Głównym obiektem starań obu wywiadów miał być Związek Radziecki. Po bardzo wyczerpujących trzech miesiącach, kapitan wracając do Polski został odznaczony najwyższym orderem Cesarstwa Japonii, Orderem Wschodzącego Słońca. W Polsce czekał już na niego awans na majora.

Płk Stanisław Gano, szef II Oddziału Sztabu Generalnego (Fot. pl.wikipedia.org)Współpraca wywiadów Polski i Japonii nie miała chyba swojego precedensu w historii świata! Trwała nieprzerwanie aż do roku 1945, nawet po oficjalnym zerwaniu stosunków dyplomatycznych i po sławetnym wypowiedzeniu wojny Japonii 11 grudnia 1941. Nie miały na nią wpływu czasem kompletnie różne od siebie sojusznicze umowy międzynarodowe, jakie oba państwa podpisywały niezależnie od siebie. Nic nie znaczył fakt, że Japonia podpisała wraz Niemcami Pakt Antykominternowski, a Polska nie chciała tego Paktu podpisać.

Współpraca wywiadów szła i tak w najlepsze, a szaf Referatu „Wschód” Oddziału II Sztabu Generalnego na odprawie służbowej wyraźnie podkreślał, że mimo tego obowiązuje nas współpraca z Japończykami nacechowana stuprocentową lojalnością! Podobnie było ze stroną japońską. Polacy mogli zawsze liczyć na stuprocentową lojalność Japończyków! Tak stało się po pamiętnym wrześniu 1939 roku.

Kiedy zmasakrowana armia polska ewakuowała się do Rumunii, w Bukareszcie na oficerów polskiego wywiadu czekał już Masao Ueda, dotychczasowy attaché wojskowy ambasady japońskiej w Warszawie. Zaproponował im dalszą współpracę na zasadach partnerstwa. Tym razem przeciwnikami współpracujących ze sobą wywiadów polskiego i japońskiego miały być Związek Radziecki i… Trzecia Rzesza Adolfa Hitlera. Jak mówił Ueda, Japonia poczuła się oszukana polityką Hitlera, który podpisał sojusz Ribbentrop – Mołotow z największym wrogiem Japonii, Związkiem Radzieckim. Od tego momentu Japonia zaczęła traktować Niemcy nieomal jak wroga.

Najstarszy stopniem polski oficer wywiadu pułkownik Stanisław Gano przekazał ofertę Japończyka gen. Władysławowi Sikorskiemu i generał wyraził na to zgodę. Od tej chwili Polacy stali się cichymi wspólnikami Japonii. Nie wiem, czy gdziekolwiek na świecie znalazłoby się wtedy państwo bardziej przewrotne, niż Polska. Z jednej strony weszliśmy do Sprzymierzonych, by z drugiej strony stać się sojusznikiem państwa Osi. A mówiono o nas, że Polacy to safanduły.

Tajny sojusz Polski z Japonią

Proszę Państwa! To nie są żarty! Takie sytuacje wcale nie zdarzają się na co dzień. Od momentu akceptacji tajnej umowy z Japończykami przez generała Sikorskiego, premiera polskiego rządu i naczelnego wodza Wojska Polskiego, to nasze dwa państwa, a nie dwie grupy znajomych oficerów połączyły się sojuszem. Tyle, że tajnym.

Czy Państwo wiecie, że Japonia utrzymywała swoją ambasadę w Warszawie do dnia 4 października 1941 roku!!! Dopiero wtedy ambasadę Japonii w Warszawie zamknięto. Nie miało to nic wspólnego z wojną wypowiedzianą Japonii przez Polskę, bo ta została wypowiedziana dopiero w grudniu tego roku, a więc już po zamknięciu ambasady. Proszę sobie wyobrazić sytuację, kiedy to Polski oficjalnie nie ma, Warszawa od końca września 1939 roku jest pod okupacją niemiecką, a w tej okupowanej Warszawie dwa lata funkcjonuje ambasada Japonii w Polsce!!! Ambasada Japonii w Polsce bez Polski!? Po co Japończycy utrzymywali taką ambasadę? Co przez dwa lata robiła ta ambasada? Tego chyba nigdy się nie dowiemy, ale nie wykluczone, że poprzez taką ambasadę widmo, rząd generała Sikorskiego mógł finansować działanie Związku Walki Zbrojnej (ZWZ) i wszystkich innych struktur podziemnego państwa polskiego.

Nam się mówi, że pieniądze przesyłane były przez tak zwanych cichociemnych, czyli polskich komandosów, spadochroniarzy zrzucanych nocami z angielskich samolotów nad Polską. Czasami na pewno tak było, ale jakoś nie wierzę, że można było taką drogą finansować całą działalność podziemnego państwa. A to była podziemna armia, sądownictwo, szkolnictwo, administracja terenowa i tak dalej i tak dalej, a od czasów PPS, Polacy i Japończycy mieli już przetrenowane finansowanie tajnych organizacji na odległość. Równie długo jak swoją ambasadę w Polsce, Japończycy utrzymywali w Tokio ambasadę polską. Polski ambasador Tadeusz Romer usiłował poprzez japońskie MSZ interweniować w sprawie wysiedleń obywateli polskich przez władze ZSRR na Syberię i do Kazachstanu. Na nic zdały się jego wysiłki popierane gorąco przez dyplomację japońską. Związek Radziecki był wtedy butny i nieprzejednany.

Mjr Michał Rybikowski (Fot. pl.wikipedia.org)Przyjaźń polsko-japońska przełamuje wszelkie przeszkody

Teraz już Państwo wiecie, dlaczego jedynie Polska nie chciała wypowiedzieć wojny Japonii, a gdy ją wreszcie wypowiedziała, odbyło się to dopiero po wielu silnych naciskach Wielkiej Brytanii. Nie ma na to żadnego potwierdzenia, ale może się jeszcze okazać, że tę wojnę Polska wypowiedziała Japonii dopiero po… konsultacjach polsko-japońskich! Taki przebieg wypadków bardzo uprawdopodobnia wypowiedź generała Tojo, który oświadczył, że Japonia nie przyjmuje polskiego wyzwania.

Mógł to być sygnał dla Polaków, że pomimo wypowiedzenia tej nieszczęsnej wojny, dotychczasowe, tajne umowy między Polską a Japonią nie utraciły swej mocy i wszystko jest tak, jak przedtem. Jakoż pomiędzy naszymi państwami wszystko było jak przedtem.

Tylko biedny generał Sikorski nasłuchał się od Polaków, dlaczegóż to Wielka Brytania aż tak nami dyryguje, że każe nam przyjaźnić się ze Związkiem Radzieckim, który zawsze był naszym wrogiem, który nas niszczył, zabijał i wywoził na Syberię, a każe nam wypowiadać wojnę jedynemu na świecie państwu, które jest nam bezinteresownie przyjacielskie, od którego otrzymywaliśmy tylko pomoc i opiekę? Biedny generał Sikorski. Nie mógł na to odpowiedzieć. – Panowie! To przecież tylko tak, na niby!

Faktem jest, że pomimo wielu przeszkód, zdawałoby się wykluczających jakąkolwiek współpracę, przyjaźń polsko-japońska potrafiła przełamywać te przeszkody i oba nasze wywiady zaczęły pracować ze sobą ręka w rękę. Przede wszystkim Kempeitai zaopatrywała polskich agentów w odpowiednie, legalne dokumenty i paszporty dyplomatyczne. Najczęściej państwa Mandżukuo kontrolowanego przez Japończyków. Jak wszystkie działania wywiadu, tak i te dotyczące współpracy polsko-japońskiej były tajne, więc i obecnie niewiele się można o nich dowiedzieć. Tak naprawdę wiemy trochę więcej tylko o dwóch takich przypadkach.

Zaczęło się tak. Major Michał Rybikowski dostał zadanie udania się przez Sztokholm na Litwę, by tam założyć siatkę wywiadowczą. W Sztokholmie, w ambasadzie japońskiej, a konkretnie w ataszacie wojskowym tej ambasady, major miał zapewnioną pomoc jej szefa, pułkownika Toshio Nishimura, od którego otrzymał dokumenty umożliwiające mu regularne podróże do krajów nadbałtyckich, dokąd też jeździł, przewożąc ze sobą materiały szpiegowskie, radiostacje i szyfry.

Jesienią 1939 roku wicekonsulem Japonii na Litwie z rezydencją w Kownie, został Sugihara Chiune, który już w listopadzie tegoż roku nawiązał kontakt z oficerami polskiego wywiadu porucznikiem Leszkiem Daszkiewiczem i kapitanem Alfonsem Jakubiańcem. Major Rybikowski stał się zwierzchnikiem tej grupy z ramienia tzw. „dwójki”, czyli II Oddziału Sztabu Generalnego. Placówka kowieńska rozwijała się prężnie. Zajmowano się wywiadem skierowanym przeciwko Niemcom i Związkowi Radzieckiemu. Werbowano wciąż nowych informatorów.

Gdy w czerwcu 1940 roku zajęły Litwę wojska radzieckie, major Rybikowski dzięki pomocy Japończyków zdążył uciec do Szwecji. Major, choć początkowo miał dostać się do Londynu, pozostał w Sztokholmie. Nowy attaché wojskowy ambasady Japonii pułkownik Makato Onodera zaproponował mu współpracę i zakamuflował go w japońskim ataszacie wojskowym jako swojego tłumacza. Major dzięki sztuczkom Onodery stał się obywatelem Finlandii o nazwisku Peter Iwanow.

Teraz polskie meldunki szpiegowskie z Kowna trafiały do Onodery, a od Onodery do Rybikowskiego szły informacje od wywiadu japońskiego, a przez niego od wywiadów fińskiego i węgierskiego. Onodera znał się z szefem Abwehry admirałem Canarisem i zwykle zabierał swojego tłumacza na rozmowy do Berlina, gdzie można się było „zakolegować” z ważnymi osobistościami III Rzeszy.

Kapitan Alfons Jakubianiec (Fot. pl.wikipedia.org)Konsul Chiune Sugihara (Fot. pl.wikipedia.org)

Tymczasem w Kownie Sugihara wspólnie z Jakubiańcem i Daszkiewiczem zorganizowali masową akcję ratowania polskich Żydów, którym konsul Sugihara wystawiał japońskie wizy wyjazdowe i 10 dniowe wizy tranzytowe z możliwością przejazdu przez Japonię. Żydowskich uchodźców było wielu, więc wizy wydawano dosłownie tysiącami.

Po pięciu transportach koleją transsyberyjską, kiedy to pociągi zatłoczone były tylko polskimi Żydami, Rosjanie się wściekli i zaczęli nalegać na zamknięciu konsulatu w Kownie. Obu polskim oficerom zagroziła dekonspiracja i na prośbę majora Rybikowskiego, Matako Onodera załatwił przerzucenie Jakubiańca i Daszkiewicza do Berlina i zatrudnienie ich tam jako Litwinów w konsulacie państwa Mandżukuo.

Pewnego razu umówiono się w tym konsulacie na rodzaj narady roboczej. Ze Sztokholmu przyjechał major Rybikowski, a z Kowna przybył konsul Sugihara. Wiózł ze sobą dużą i ciężką paczkę, którą przekazał Rybikowskiemu, żeby ten zabrał ją ze sobą do Stokholmu.

W paczce znajdowały się dwa polskie sztandary wojskowe. Jeden z nich, to ocalały z Września sztandar 81 Pułku Strzelców Grodzieńskich, a drugi, to całkiem nowy, dopiero co uszyty, Sztandar Lotników Polskich, ufundowany przez społeczeństwo Wilna.

Nowy sztandar miał już całkiem długą i burzliwą historię. Pochodzący z Wilna kaptan pilot Jan Hryniewicz, będąc z wojskiem we Francji, postanowił zwrócić się do swojej matki, też wilnianki, aby postarała się o wykonanie w Wilnie sztandaru dla polskich lotników. List do matki wraz z projektem sztandaru doszedł do Wilna w styczniu 1940. W Wilnie utworzył się komitet społeczny, który wziął sobie za cel urzeczywistnienie marzeń polskich lotników o polskim sztandarze.

Oceniono, że koszt wykonania sztandaru wyniesie 3000 litów, co wtedy było sumą bardzo poważną. Zebranie jej nie zakończyło kłopotów, bo nigdzie wtedy nie można było kupić odpowiedniego adamaszku, jedwabiu, złotych nici i wszystkiego tego, czego nawet nie potrafię nazwać, a które trzeba było mieć, aby rozpocząć prace przy sztandarze. Pracujący w komitecie ksiądz Kucharski zwrócił się z tym problemem do arcybiskupa Jałbrzykowskiego, który z kolei za sprawą jemu tylko znanych sposobów, sprowadził wszystkie te materiały do Wilna. Zakupione zostały w… Berlinie!

Sztandar uszyły i wyhaftowały wileńskie zakonnice, a do konsulatu w Kownie oba sztandary, bo i ten, przechowywany dotychczas sztandar 81 Pułku Strzelców Grodzieńskich, trafiły jakimiś tajemnymi drogami. Teraz sztandary przejął major Rybikowski, który ryzykując życiem, przewiózł je przez całe Niemcy do Sztokholmu. Stamtąd poszło już łatwo.

16 lipca 1941 roku w bazie lotnictwa bombowego RAF odbyło się uroczyste poświęcenie sztandaru i wręczenie go generałowi Sikorskiemu. Uroczystość zgromadziła wiele ważnych osobistości polskich i angielskich oraz delegacje wszystkich polskich dywizjonów lotniczych.

W chwilę po poświęceniu, rozpoczęło się misterium wbijania gwoździ pamiątkowych w drzewce sztandaru. Pierwszy gwóźdź miał wbić prezydent Raczkiewicz, zaś ostatni, kapitan Jan Hryniewicz, inicjator sprowadzenia sztandaru. Po wbiciu swojego gwoździa, kapitan miał oddać sztandar w ręce mistrza ceremonii pułkownika Kwiecińskiego, ale kapitan, chcąc zaznaczyć wileńskie pochodzenie sztandaru, przekazał go w ręce… generała Żeligowskiego! Nastąpiła konsternacja i niezłe zamieszanie, a kapitan dostał potem jeden dzień aresztu jako karę „za zuchwałość”.

Sugihara przeniesiony został na stanowisko konsula generalnego do Pragi. Zabrał ze sobą Daszkiewicza, mianując go swoim sekretarzem. Daszkiewicz tworzy nowe siatki szpiegowskie w czeskich i słowackich zakładach przemysłowych pracujących dla Niemiec.

Jeździ po Czechach i Słowacji służbowym samochodem Sugihary na dyplomatycznych numerach. Ale nie tylko Polacy korzystają na znajomości z Japończykami. Japończycy otrzymują od Polaków informacje ze Smoleńska, Rygi, Wiednia, z Uralu i z Moskwy. Więc rewanżują się wiadomościami o ruchach niemieckich wojsk, stanie niemieckiego przemysłu i zasobach surowców strategicznych…

Płk Makato Onodera wśród wyższych oficerów niemieckich (Fot. pl.wikipedia.org)

Zemsta na rywalu

Tragedia nastąpiła 20 lipca 1941 roku, kiedy konsul Sugihara przeniesiony był już służbowo do Królewca, kiedy Daszkiewicz objeżdżał całe Prusy Wschodnie samochodem konsulatu, kiedy informację pchały się mu po prostu do ręki. I właśnie wtedy, 20 lipca przyszła do konsulatu w Królewcu pilna depesza od ambasady japońskiej w Berlinie.

Informacja w niej zawarta zwalała z nóg. Kapitan Jakubianiec został właśnie aresztowany przez gestapo!

Właściwie można się było tego spodziewać! Kapitan wykazał się absolutnym brakiem samokontroli i już od pewnego czasu miał romans z mężatką, pracownicą konsulatu Mandżukuo, w którym oboje pracowali. Mąż Martinciene Ono, bo tak nazywała się ta kobieta, postanowił się zemścić na rywalu i zadenuncjował go na gestapo. Na próżno konsul Sugihara próbował pomóc kapitanowi. Pozostało mu tylko zaopiekować się porucznikiem Daszkiewiczem, który mógł też zostać w każdej chwili aresztowany. Sugichara odesłał Daszkiewicza wraz ze wszystkimi akcesoriami szpiegowskimi aż do Stambułu! W całej tej drodze towarzyszył Daszkiewiczowi sekretarz konsulatu pan Satoo. Opiekował się Daszkiewiczem tak długo, aż ten wsiadł na statek udający się do brytyjskiej wówczas Palestyny.

Kapitan Jakubianiec został przez Niemców zabity. Nawet nie bardzo wiadomo gdzie i jak się to stało. Mógł zginąć na gilotynie w berlińskim więzieniu Moabit, lub może został zabity w obozie koncentracyjnym Sachsenhausen?

Proszę Państwa. Starałem się podać Państwu choćby tylko skrótowo i choćby tylko we fragmentach, ciekawą historię przyjacielskich stosunków Polski i Japonii. Przedstawienie całości tych stosunków wymagałoby wydania przynajmniej jednej grubej książki. Już dawno zauważyłem, że o tych wydarzeniach nikt z Polaków nie ma zielonego pojęcia, co jest oczywistym owocem radzieckiej edukacji, która miała nie tyle zapoznawać Polaków z ich historią, ile z radziecką wersją historii przygotowaną w Moskwie na użytek Polaków.

Gdy po roku 1945 wpadliśmy pod dominację radziecką, o przyjaźni polsko-japońskiej nie wolno było powiedzieć niczego nawet na ucho, ponieważ charakter tej przyjaźni zawsze był wybitnie antyradziecki. Było coś jeszcze. W roku 1945 od 8 sierpnia do 2 września toczyła się wojna radziecko-japońska, którą wygrał ZSRR i jako zdobycz wojenną zagarnął należące do Japonii Wyspy Kurylskie. Pokój pomiędzy ZSRR, a Japonią nigdy nie został podpisany i stan wojny między tymi państwami formalnie trwał nadal pomimo tego, że wojna światowa dawno już minęła.

Miało to takie konsekwencje, że Japonia wciąż przedstawiana była jako śmiertelny wróg Związku Radzieckiego, a wszystko, co zostało uznane za wroga w Związku Radzieckim, automatycznie było też wrogiem w Polsce. Nie my wybieraliśmy sobie wrogów i przyjaciół. Nie wolno nam było prowadzić samodzielnej polityki zagranicznej, więc nie wolno nam było, jako państwu, dokonać choćby takiej formalności, jak zakończenia tej głupiej wojny wypowiedzianej Japonii 11 grudnia 1941 roku. Mogliśmy to uczynić dopiero w ramach tak zwanej Odwilży, kiedy to po śmierci Stalina i po zmianach w kierownictwie radzieckim, radziecki nacisk na Polskę nieco zelżał. Tak więc dopiero 8 lutego 1957 roku mogliśmy wreszcie zakończyć tę wojnę!

Szymon Kazimierski

Tekst ukazał się w nr 14 (162) 31 lipca – 16 sierpnia 2012

Polak, Japończyk – dwa bratanki (cz. I)

Polak, Japończyk – dwa bratanki (cz. II)

X