Pod Berlińskim Murem

Pod Berlińskim Murem

Hotel „Stadt Berlin” (Fot. pl.wikipedia.org)

Z pomocą św. Krzysztofa i św. Mikołaja

Wcześniej byłem w Brześciu i zwiedziłem tam memoriał, gloryfikujący sowiecką obronę twierdzy brzeskiej przed hitlerowcami w czerwcu 1941 r. W tym czasie nie wiedziałem o bohaterstwie Polaków, mężnie broniących tej twierdzy we wrześniu 1939 r. Więc przed noclegiem spędzaliśmy czas z kolegą na spacerze po starej części Brześcia.

Jurek zaproponował by zwiedzić zabytkową drewnianą cerkiewkę na jednej z bocznych uliczek. Wiedziałem o „niewyraźnej” narodowości kolegi, lecz absolutnie nic o jego poglądach religijnych. Pomimo, że cerkiew była zamknięta, pozwolono nam wejść i poradzono, jako podróżnym, pomodlić się przed obrazem św. Mikołaja. Już jutro przekonałem się, że nie tylko św. Krzysztof, mój patron, pomaga podróżującym…

 

Duże bagaże niektórych osób z naszej grupy zmusiły do pertraktacji z celnikami sowieckimi. Po zbiórce pieniędzy udało się. Nas z Jurkiem i jeszcze kilku osób do grupy „przedsiębiorców” nie włączono, patrząc pobłażliwie na nasze małe torby turystyczne. Problem polegał na tym, że przed wyjazdem nikomu nie udało się wymienić żadnej waluty, koniecznej na drobne wydatki.

Na banki niemieckie nadziei też nie było. Dlatego jedni starali się przewieźć więcej towaru, by „okazyjnie” sprzedać go Niemcom, inni jeszcze przed wyjazdem, poszukiwali marek NRD wśród znajomych wojskowych, którzy właśnie skończyli tam służbę. Oprócz drobnych rzeczy do sprzedania, posiadałem dinary jugosłowiańskie, które można było wymienić jedynie w Polsce. Liczyłem, że uda mi się je sprzedać podczas półgodzinnego przystanku pociągu w Warszawie.

Gdy wysiadłem z wagonu na warszawskim dworcu, poczułem, że po raz pierwszy w życiu zstąpiłem na ziemię przodków. Zastanawiałem się czy mam szybko szukać kantoru wymiany walut, czy może uklęknąć i całować ziemię. Tę dawną tradycję przypomniał rodakom Jan Paweł II. W końcu dinary jugosłowiańskie pozostały na pamiątkę… Polscy celnicy, a później niemieccy (we Frankfurcie nad Odrą) bez większych kłopotów sprawdzali tylko paszporty. Późno w nocy dotarliśmy do Berlina.

 

Pierwsze wrażenia
W ciemnościach dowieziono nas autobusem do centrum Berlina i właśnie tam, w znanym hotelu „Stadt Berlin” doszło do mojego pierwszego zapoznania się z ówczesnym Zachodem. Pierwsze słowo, które przeczytałem, wcale nie było napisane w języku niemieckim, ani nawet czcionką gotycką. Na ściance wewnątrz szybkobieżnej windy zauważyliśmy ręczny napis wielkimi literami cyrylicą. Składało się z trzech liter i jest do dnia dzisiejszego dobrze znane byłym obywatelom Związku Sowieckiego, głównie z podobnych napisów na ścianach publicznych ubikacji…

Miłośnikom europejskiej kultury trudno było również zrozumieć dlaczego przed śniadaniem przy „szwedzkim stole” uprzedzono naszą grupę o zasadach należnego zachowania, a później poproszono, żeby nie wyrzucać butelek po wodzie mineralnej przez okna autobusu. Widocznie do podobnych uwag zmusiło Niemców poprzednie doświadczenie obcowania z „Ruskimi”.

Pierwsze wrażenia były jednak pozytywne. Pomimo ponurej miejskiej architektury, z czasów przedwojennych i szarości powojennej, widoczne były tendencje zmian ku lepszemu. Starały się o to firmy budowlane, sprowadzone z terenu RFN. Na naszą wyobraźnię oddziaływały kolorowe kawiarnie i restauracje z wyniesionymi na chodniki stolikami, ładnie udekorowane kwiatami. Nic podobnego w tym czasie na terenie ZSRR nie było. Najbardziej zadziwiającym widokiem były malutkie króliki, wolno pasące się na dokładnie wystrzyżonych trawnikach wzdłuż Unter den Linden. Strasznie było nawet pomyśleć jaki byłby ich los gdyby wypuszczono je w centrum Lwowa, czy przed murem Kremla…

X