Śmierć na polu walki

Śmierć na polu walki

Ppłk Bolesław Roja na koniu (Fot. CAW)Walka i śmierć
Duże odległości i sporadyczność bezpośrednich kontaktów z przeciwnikiem powodowały iż na ogół żołnierze widzieli jedynie śmierć i rany swoich własnych kolegów. Szczególnie ciężka sytuacja występowała zawsze po dużych bitwach, gdyż zakłady sanitarne nie nadążały z opatrywaniem rannych żołnierzy. Po ataku na Polską Górę w listopadzie 1915 r., z powodu braku miejsca w zniszczonych zabudowaniach Wołczecka, ranni leżeli w błocie na podwórku przed zakładem sanitarnym.

Prawie zawsze w takich przypadkach lekarze i sanitariusze padali ze zmęczenia, lecz mimo to nikomu nie odmawiali pomocy. Ogólnie stosowaną zasadą była jak najszybsza ewakuacja ze strefy walki rannych żołnierzy nadających się do transportu. Sanitariusze dostarczali ich do batalionowych i pułkowych punktów medycznych, skąd po wstępnym opatrzeniu byli odsyłani dalej przy pomocy wozów konnych do zakładu sanitarnego brygady. Rannych, których nie można było leczyć na miejscu, odsyłano pociągami sanitarnymi do szpitali znajdujących się w głębi kraju.

W warunkach polowych lekarze dysponowali jedynie najprostszymi medykamentami takimi jak: bandaże, środki dezynfekujące i znieczulające oraz opium, kamfora i morfina. Z powodu braku leków i fatalnych warunków higienicznych, sami lekarze nie wierzyli w możliwość uratowania większości ze swoich pacjentów. Wśród rannych żołnierzy popularna była taka króciutka rymowanka:

Łapiduch mi robi trumnę, robi trumnę,
A ja jemu gówno umrę.

Spośród wszystkich rannych najgorsza była sytuacja postrzelonych w brzuch. Jedyną nadzieją dla nich było samoistne zasklepienie się ran w jelitach. Z tego też powodu nie można było ich przenosić i pomimo ogromnego pragnienia nie wolno było im pić nawet odrobiny wody. W zasadzie pomoc dla rannych w brzuch ograniczała się jedynie do unieruchomienia, podawania morfiny lub opium, założenia im powierzchownych opatrunków i podstawiania tacek na krwawe wymiociny. Większość zranionych w ten sposób żołnierzy umierała w okropnych męczarniach w ciągu kilku lub kilkunastu godzin, choć cierpienia niektórych przeciągały się do wielu dni. Właśnie w ten sposób zmarł ranny kulkami szrapnelowymi pierwszy lwowiak, komendant Polskiej Organizacji Wojskowej por. dr Tadeusz Żuliński.

W opiece nad rannymi i umierającymi żołnierzami, oprócz lekarzy i sanitariuszy, ogromną rolę odgrywali wojskowi kapelani, którzy oprócz udzielania sakramentów wspierali ich psychicznie. Do ich obowiązków należało również prowadzenie ewidencji zmarłych. Na podstawie dokumentów osobistych zmarłego, księża wypełniali metryki śmierci. Bardzo wstrząsający i jednocześnie wzruszający opis śmierci przytacza legionowy kapelan ks. Józef Panaś:

„Serce mi się krajało, gdy na placu opatrunkowym, zobaczyłem w nędznej szopie i na dworze, wśród pluty jesiennej, wielu ciężko rannych moich dawnych przyjaciół i znajomych. Pod ścianą na noszach leżał kilkunastoletni legionista, znękany przykrym widokiem tylu rannych. Zrazu go nie poznałem, dopiero po spowiedzi, on sam zapytał mnie czy go sobie przypominam z Karpat. Był to Bartuś Murmyło, który w Karpatach dokazywał cudów waleczności i sprytu: Muszę umierać tu na tych błotach z daleka od swoich. Począłem go pocieszać nadzieją, że wyzdrowieje, odpocznie sobie w szpitalu i znów do nas powróci, ale on spokojnym głosem odrzekł: Wiem na pewno, że jeszcze dziś umrę, bo widziałem wielu tak samo rannych, ale proszę księdza, proszę mi powiedzieć czy będzie Polska?

Łzy stanęły im w oczach na widok tego szlachetnego jak kryształ chłopca, którego życie spaliło się na ołtarzu Ojczyzny i rzekłem pełen nowej otuchy: będzie z pewnością, a ty pamiętaj, gdy będziesz w niebie modlić się do Boga, by skrócił dni naszej męki.

5 listopada pochowałem Murmyłę na wołczeckim cmentarzu”…

Księża prawie zawsze starali się uczestniczyć w pogrzebach oraz w miarę możliwości odwiedzać rannych. Jedną z najczęstszych intencji mszalnych były prośby o zbawienie dla poległych. Oprócz zwykłych mszy odprawiano także specjalne nabożeństwa za zabitych na polu walki, zwłaszcza po dużych i krwawych bitwach.

Żołnierze ginęli nie tylko w wielkich bitwach, ale również podczas walk pozycyjnych. Choć straty nie były wówczas duże, to jednak miejscowe cmentarze zapełniały się w zatrważającym tempie. Przyzwyczajenie do ostrzału powodowało, że legioniści zupełnie ignorowali tzw. ślepe strzały (czyli te oddawane z dużej odległości i bez celowania). Również ogień artyleryjski nie czynił, zwłaszcza na młodszych żołnierzach, większego wrażenia i nie był w stanie ich nawet obudzić ze snu. Wielu legionistów ginęło i odnosiło rany na skutek chodzenia po wierzchu okopów lub wyglądania przez okienka strzelnicze.

Miejsce przyzwyczajenia się do ostrzału bardzo często zajmowała brawura i chęć popisania się przed kolegami. Niektórzy z żołnierzy dla rozrywki zakładali się kto najdłużej wystoi ściągając na siebie ogień, a dwóch oficerów ułanów po pijanemu zestrzeliwało sobie orzełki z czapek. Jeden z legionistów został postrzelony przez Rosjan w tylną część ciała, w momencie kiedy poszedł pod ich druty kolczaste załatwiać swoją potrzebę. Później koledzy śmiali się z niego że: powinien dostać medal waleczności, że tak sam jeden tylko „z bagnetem w ręku” poszedł pod druty i został ranny.

Chęć uniknięcia podejrzeń o tchórzostwo, zwane popularnie cykorią zmuszała do niepotrzebnego przebywania (oczywiście z odpowiednim fasonem) w niebezpiecznych miejscach. Odwagą w ten sposób wykazywał się nawet Józef Piłsudski, który odwiedził podczas najcięższych walk redutę swojego imienia, a kilka miesięcy wcześniej spacerował pod Koszyszczami po polu, na którym grasował rosyjski snajper, zwany przez legionistów „hrabryj Piet’ka”. Chęć naśladowania wodza i strach przed pohańbieniem się w oczach żołnierzy zmuszała do podobnego ryzyka innych oficerów, w tym również i adiutanta Piłsudskiego Wieniawę. Do najbardziej brawurowych dowódców należał komendant 4 pp. pułkownik Bolesław Roja, który nie tylko osobiście uczestniczył w patrolu na bagnach w pobliżu Optowej (został wówczas ranny), ale bardzo często bez potrzeby przechadzał się nad okopami i jednocześnie rozkazywał żołnierzom aby robili to samo.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

X