Śmierć na polu walki

Śmierć na polu walki

Reduta Piłsudskiego (Fot. wolhynia.com)Czasami śmierć była wynikiem wypadku z bronią, ale niestety znacznie częściej jej przyczyną była zwykła ludzka głupota – nad Stochodem jeden z żołnierzy wszedł na ziemiankę i dla żartu zaczął machać białą szmatą w kierunku Moskali. W odpowiedzi Rosjanie rozpoczęli ostrzał artyleryjski, w wyniku którego oprócz pechowego żartownisia zginęło jeszcze pięciu jego kolegów.

Podczas walk pozycyjnych śmierć prawie zawsze przychodziła w najmniej oczekiwanych momentach. W pobliżu Sitowicz nad Stochodem pocisk uderzył w kuchnię polową akurat podczas wydawania obiadu.

Listę ofiar wojny wypełniały także straty niebojowe. Zdarzały się samobójstwa, jednak największe spustoszenia czyniły choroby zakaźne, takie jak cholera czy czerwonka, których nasilenie można było zaobserwować jesienią 1915 r. podczas wkraczania na Wołyń. Sytuację udało się opanować dopiero po ustabilizowaniu się frontu i zapewnieniu odpowiednich standardów higienicznych. Z kolei zimą groźne stawały się zapalenia płuc i inne choroby związane z przechłodzeniem organizmu. Pomimo starań lekarzy, nie wszystkich udawało się uratować, jednak mimo wszystko odsetek wyleczonych był duży.

W czasie walki zdarzały się także przypadki cudownego ocalenia. Czasami jakiś wewnętrzny głos nakazywał udanie się żołnierzom w inne miejsce lub pozostanie w tym, w którym się znajdują. Szczęście nie zawsze przyjmowało formę przeczucia nakazującego opuszczenie zagrożonego miejsca. Pod Kuklami jeden z podoficerów został trafiony w szyję w ten sposób, iż kula przestrzeliła mu kołnierz i pozostawiła otarcie na skórze. Zdarzało się że wybuchy pocisków odrzucały jedynie znajdujących się w ich pobliżu żołnierzy, nie robiąc im żadnej krzywdy. Znane były również przypadki trafienia kulkami szrapnelowymi, kończące się tylko posiniaczeniem (kulki te pochodziły z tzw. bocznego promienia rozrzutu).

Ciągłe obcowanie ze śmiercią powodowało, iż na jej temat powstawało wiele przesądów. Jednym z nich był ten mówiący, iż wylot kuli czuje się jako uderzenie. Oprócz legend legioniści tworzyli także swoisty czarny humor, którego przykładów dostarcza nam jeden z autorów naszych źródeł:

W okopie upadł zabity, trafiony kulą w głowę, drugi ranny stękał głośno. Trzeci zniecierpliwiony, głodny i zły, woła: „Czego krzyczysz, tamten w głowę dostał i nic nie mówi, a ty w nogę i zaraz wrzeszczysz!” (Składkowski Sławoj Felicjan, Moja Służba w Brygadzie, Warszawa 1990, s. 65).

Druga podobna historia opowiadała o lekarzu, który bojąc się wyjść z pod ognia i pójść do ułana, któremu urwało nogi, stwierdził: „niech do mnie przyjdzie to go opatrzę”.

Stosunek do śmierci i w ogóle do całej wojny nigdy nie był stały i zmieniał się w zależności od stażu i doświadczenia danego żołnierza. Wyruszająca na front romantycznie nastawiona młodzież była przekonana, że zginie dla dobra Ojczyzny w jakiś piękny, historyczny sposób i broniła się przed odesłaniem do szpitala, obawiając się, że wojna się bez nich skończy.

Próbując ostatecznie odpowiedzieć na pytanie – jaki był stosunek legionistów do śmierci, trzeba zacytować Wacława Lipińskiego, który po długich przemyśleniach u kresu kampanii wołyńskiej zanotował: „A śmierć? Teraz już do niej został cynizm. I to nie lada jaki. Taki lepszy. Zaś w świadomości to jedno. Tęgie uderzenie, i nic nie wiesz. Koniec”.

Adam Rafał Kaczyński
Tekst ukazał się w nr 20 (168) 30 października – 15 listopada 2012

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

X