Wacław Chowaniec, Zdzisław Stroński i Franciszek Kotlarczuk – to postacie, które przez 16 lat, zmieniając się kolejno, rządziły w Stanisławowie. Przypomnę, że okres rządów II Rzeczypospolitej trwał jedynie 20 lat, a każdy z tych rządców był na swój sposób interesujący.
Twórca „Wielkiego Stanisławowa”

W 1924 r. posadę rządowego komisarza Stanisławowa objął Wacław Chowaniec. To nazwisko było w mieście dobrze znane, bo rodzina Chowańców należała do piątki miejskich milionerów. Wacław urodził się w 1887 r. w Stanisławowie i był chyba pierwszym „rdzennym” władcą miasta. Jego ojciec – Stanisław Chowaniec – był właścicielem największej drukarni Stanisławowa i uważany był za najzamożniejszego mieszkańca miasta. Po śmierci ojca Wacław wspierał matkę w prowadzeniu rodzinnego biznesu. Zdobył dwa wyższe wykształcenia: prawnicze – we Lwowie i ekonomiczne – w Wiedniu. W czasie przewrotu majowego drukarnia Chowańców bezpłatnie drukowała rozkazy, zarządzenia i odezwy władz, czym zdobyli sobie głęboką wdzięczność i przychylność Polaków. W 1922 r. Wacław przekazuje drukarnię młodszemu bratu, Tadeuszowi, a sam obejmuje posadę referenta w Galicyjskim wojskowym zakładzie kredytowym.
Niebawem zostaje komisarzem rządowym i mniej niż przez rok udało mu się zrobić tyle, ile nie zdołali zrobić przed nim jego poprzednicy. Wówczas Stanisławów od północy otaczały trzy dzielnice ze wspólną nazwą Kniahinin (Kniahinin-Wioska, Kniahinin-Górka i Kniahinin-Kolonia). Były to samodzielne gminy, nie podporządkowane burmistrzowi. Już przed I wojną światową były plany o przyłączeniu tych dzielnic do Stanisławowa, ale poza rozmowy sprawa nie ruszyła. A Wacławowi Chowańcowi udało się! 17 listopada ukazało się rozporządzenie Rady Ministrów o dołączeniu dzielnic do obrębu miasta i poszerzeniu jego granic do brzegów obu Bystrzyc. W wyniku tej decyzji terytorium miasta wyrosło pięciokrotnie, a liczba ludności zwiększyła się z 30 tys. do 50 tys. Rozporządzenie weszło w życie z dniem 1 stycznie 1925 r. To wydarzenie lokalna prasa ochrzciła mianem „narodzin Wielkiego Stanisławowa”. Faktycznie – Stanisławów stał się drugim co do wielkości miastem Galicji po Lwowie.
W 1927 r. w Stanisławowie przeprowadzono pierwsze demokratyczne wybory burmistrza. Wygrał, naturalnie, Wacław Chowaniec. Wygrał i kolejne. Za czasów jego urzędowania stale wzrastała liczba ludności, budowano obiekty publiczne. Dość wskazać, że Ratusz, będący po wojnie w stanie awaryjnym, został przebudowany w wyglądzie, który dotarł do naszych czasów.
Mieszkał burmistrz we własnej kamienicy przy ul. Sapieżyńskiej 4 (Niezależności), gdzie też mieściły się hotel „Union” i kultowa kawiarnia „Cukiernia Krowickiego”. Małżonką burmistrza była piękna Janina, pochodząca z Krakowa. Obok pełnienia obowiązków burmistrza, Wacław Chowaniec był obierany posłem do Sejmu i w latach 1930-1935 rozrywał się pomiędzy Stanisławowem i Warszawą.
W 1934 r. w Polsce zmienia się ustawodawstwo. Jak pisze krajoznawca Mychajło Hołowatyj, od tej chwili magistrat nazywał się Urzędem miejskim, a burmistrz – prezydentem miasta. Pierwszym prezydentem Stanisławowa został naturalnie Wacław Chowaniec. Wprawdzie jego prezydentura nie trwała długo.
W tym czasie w radzie miejskiej istniało dwa polityczne ugrupowania, jak nazywano je wówczas – kluby. Klub Radnych Polskich, składający się głownie z byłych wojskowych, którzy starali się nie wtrącać do polityki w kwestiach gospodarczych miasta. Bardziej wpływowym był Klub BBWR (Bezpartyjny Blok Współpracy z Rządem). Do tego ostatniego należał i burmistrz. Na czele Klubu stał syn byłego komisarza Stanisławowa, Henryk Seidler. Nie układały mu się stosunki z Chowańcem i przy każdej okazji psuł krew prezydentowi miasta.
W marcu 1935 r. pomiędzy klubami wybuchł konflikt, dotyczący budżetu miejskiego. Wodę mącił – jak zawsze – Seidler. Aby zażegnać konflikt Wacław Chowaniec podaje się do dymisji. Opozycja przyjęła to z zadowoleniem.
Obrażony burmistrz przenosi się do Lwowa i staje na czele Akcyjnego Banku Hipotecznego. Za pierwszych sowietów trafia na „czarną listę” NKWD, ale udało mu się uciec do Krakowa. Po wojnie był dyrektorem Banku Hipotecznego w Krakowie, a po przejściu na emeryturę w 1949 r. został doradcą finansowym sądu wojewódzkiego.
Wacław Chowaniec zmarł w 1985 r, nie dożywszy dwóch lat do swego 100-letniego jubileuszu.
Bohater przedstawienia lalkowego
W kwietniu 1935 r. 42 głosami wszystkich obecnych radnych obrano kolejnego prezydenta Stanisławowa – 39-letniego Zdzisława Strońskiego, kandydata od BBWR. Zaznaczę – innych kandydatów do fotela prezydenckiego nie było.

Urodził się Stroński w Stryju, uczył się w gimnazjum i był harcerzem. Z wybuchem I wojny światowej wstąpił do Legionów Polskich, ale został wkrótce zatrzymany przez żandarmerię i odesłany do 20 pułku armii austriackiej. Przelewać krew za cesarza Stroński nie miał zamiaru i wkrótce „z powodu choroby” został zwolniony z wojska i wstąpił na Uniwersytet. Kilkakrotnie otrzymywał wezwanie do wojska, ale „słaby stan zdrowia” nie pozwalał na wcielenie go w kamasze na długo – za każdym razem wracał na studia. Tchórzem nie był i w czasie wojny z bolszewikami jako ochotnik odważnie walczył pod Warszawą.
Na początku lat 20. XX w. Stroński został doktorem historii i przez pewien czas pracował w Archiwum lwowskim, ucząc w gimnazjum żeńskim. Laury Herodota i prof. Hruszewskiego młodego profesora nie wabiły – jego pasją była polityka. Organizuje więc Związki zawodowe nauczycieli szkół średnich, potem zostaje aktywnym członkiem Związku Naprawy Rzeczypospolitej, który później połączył się z BBWR. W 1927 r. Stroński zostaje radnym miasta Lwowa. Udaje mu się przez trzy kadencje zasiadać na sali obrad. W 1932 r. Stroński jest już wiceburmistrzem Lwowa. Stamtąd wyruszył na prezydenturę do Stanisławowa
W naszym mieście przyjęto go chłodno. Uważano go za obcego. Ten wybór był wyłącznie polityczny, bowiem przez dłuższy czas Stroński był sekretarzem rady BBWR województw południowo-wschodnich. Bardzo szybko rozczarowali się w nim nawet koledzy z partii – mało czasu spędzał w Stanisławowie. Dłużej przebywal w Warszawie, a wszystkie sprawy przerzucił na swoich zastępców.
W naszych czasach historyk Olga Ciwkacz odnalazła w Archiwum scenariusz szopki, przedstawiającej życie Stanisławowa w latach 30. Głównym bohaterem szopki był prezydent miasta – Herod-Zdziś. Wiele mówi, dba o swą reputację, ma intymne stosunki z piękną panienką, która przyszła do niego w sprawie. Całą pracę odwala za niego kanclerz, św. Franio. Wszyscy wiedzieli, że chodzi tu o Franciszka Kotlarczuka.
Małżonka Strońskiego przedstawiona jest jako Herod-baba i kobieta mądra. Maria Strońska była dyrektorką stanisławowskiego gimnazjum żeńskiego, mieszczącego się w obecnych murach Wydziału artystycznego Uniwersytetu im. Stefanyka. W czasie wojny p. Maria działała w podziemiu i zginęła w Oświęcimiu.
W 1937 r. przez miasto przeszły pogłoski, że po sprzedaży części placu pod budowę poczty, Stroński otrzymał solidną łapówkę i oddal ziemię za bezcen. 14 kwietnia tegoż roku prezydent podaje się do dymisji. Wraca do Lwowa i tu w wywiadzie oskarża stanisławowski magistrat o niekompetencję i wywieranie presji na niego. Jasne, że po tym popularność jego w Stanisławowie nie wzrosła.
W czasie II wojny światowej Stroński działał w AK, zaś po wojnie kierował Centrum handlu drewnem. Ożenił się po raz drugi. Zmarł w 1973 r. i pochowany został na cmentarzu wojskowym na Powązkach w Warszawie.
Ten co znikł bez wieści

Ostatnim przedwojennym prezydentem Stanisławowa został Franciszek Kotlarczuk. Jego życiorysu może pozazdrościć wielu wojskowych. W wieku 15 lat wstępuje do Legionów Polskich, w których walczy do 1917 r., po osiągnięciu pełnoletniości zostaje aresztowany przez Austriaków i wcielony do regularnego wojska. Po ciężkim zranieniu Kotlarczuk leczy się w szpitalu we Lwowie. Tu wybucha powstanie Ukraińców. Ze szpitalnego łoża Kotlarczuk udaje się na barykady i broni szkoły im. Sienkiewicza. Potem są walko polsko-ukraińskie i polsko-bolszewickie. Walczy odważnie, o czym świadczą nagrody:
– Order Virtuti Militari;
– Krzyż Niepodległości;
– dwukrotnie Krzyż Walecznych;
– Złoty Krzyż Zasługi;
– Krzyż obrony Lwowa;
– Odznaka byłych więźniów politycznych.
O wykształceniu Kotlarczukał danych nie ma. Jest jedynie tytułowany jako magister, co pozwala stwierdzić, że jakąś uczelnię ukończył.
Jego działalność była ściśle powiązana ze Stanisławowem, w którego magistracie Kotlarczuk pracował wiele lat. Stopnie jego kariery układają się następująco: Kierownik Wydziału gospodarczego (1928), kierownik Wydziału ogólnego (1934), wiceprezydent Stanisławowa (1935) i prezydent miasta (1937).
W odróżnieniu od swego poprzednika, Kotlarczuk umiał układać sobie relacje z ludźmi, dobrze orientował się w sprawach miasta i dzięki temu cieszył się sympatią mieszkańców. W kole polskich patriotów działał z powodzeniem jako prezes Związku Legionistów i Powiatowego Związku Strzeleckiego.
Po dymisji Strońskiego fotel prezydencji pozostawał nieobsadzony przez prawie pół roku. Obowiązki burmistrza wykonywał jego zastępca. Wreszcie 4 października 1937 r. jednogłośnie został obrany na prezydenta miasta. Gdy Kotlarczuk wyszedł z urzędu miejskiego, witał go wielotysięczny tłum mieszczan.
W następnym roku magistrat przenosi się do nowej siedziby. Jeżeli wcześniej cisnął się wspólnie z urzędem wojewódzkim (gmach obecnej Akademii Medycznej), to teraz zajął oddzielną kamienicę. Ta budowla należy obecnie do szkoły nr 5 przy ul. I. Franki. Tutaj też mieściły się mieszkania służbowe dla urzędników, a sam Kotlarczuk zajmował lokal pod nr 35.
Niebawem wybuchła II wojna światowa. 18 września 1939 r. prezydent Stanisławowa wydal swoją ostatnią odezwę:
„Mieszkańcy! W ciągu najbliższych godzin do naszego miasta wejdą wojska ZSRR.
Mieszkańcy! Nawołuję was do zachowania spokoju i porządku. Nie wolno występować przeciwko armii i władzy sowieckiej.
Nawołuję was do nieporzucania pracy na przedsiębiorstwach…
Przywitajmy wojska rosyjskie – armię bratniego narodu słowiańskiego, jako przyjaciół.
Niech żyje przyjaźń słowiańska!”
Po tym Kotlarczuk dokądś zniknął. Powiadano, że uciekł do Rumunii czy do Krakowa, za co bolszewicy wywieźli jego żonę i dziecko na Syberię. Ale, mając w pamięci jego bohaterską przeszłość, jakoś trudno uwierzyć, by prezydent tak po prostu porzucił swoją rodzinę.
Iwan Bondarew
Tekst ukazał się w nr 12 (472), 30 czerwca – 14 lipca 2025
