W nocy z 19 na 20 września 1925 roku ksiądz Andrzej Kopacz zamordował siekierą we lwowskim klasztorze oo. karmelitów przy ulicy Czarneckiego księdza-podpułkownika Jana Idieca z Lubelskiego DOK II, który przybywał we Lwowie na delegacji. Ów straszny, bestialski mord wstrząsnął opinią publiczną miasta. Lwów napełniały pogłoski o domniemanych szczegółach i motywach tego morderstwa.
Publiczność z niezwykłym zainteresowaniem oczekiwała wyników śledztwa policyjnego i wyjaśnień władz kościelnych. Chodziło o wyjaśnienie całej prawdy o okolicznościach morderstwa i stosunkach w klasztorze oo. karmelitów. Jednak na pewien czas w tej sprawie zapadła cisza i przez kilka miesięcy nie było żadnych odpowiedzi oficjalnych śledztwa policyjnego. Wszystko to porodziło liczne pogłoski i plotki, które publikowały również gazety lwowskie. O nich pisaliśmy w „Nowym Kurierze Galicyjskim” (nr 6, 8 i 9, 2025 r.) Do redakcji czasopism dochodziły informacje, że w tej sprawie zamieszana była pewna kobieta z ulicy Piekarskiej, w której podobno kochał się ksiądz Andrzej Kopacz jeszcze z dawnych czasów, kiedy pracował na parafii w Przemyślu. Według wersji „Dziennika Ludowego”, „odbił mu ją zasobniejszy i w środki i przystojniejszy ksiądz Jan Idziec, donżuan w sutannie, który często urządzał sobie „pobożne pielgrzymki” do Lwowa”.

Pisano i o innych motywach morderstwa, nieraz bardzo fantastycznych. Na przykład po mieście krążyła wersja, że ksiądz Andrzej Kopacz mógł być zamaskowanym szpiegiem bolszewickim. Nie było to czymś niemożliwym, sowieckich agentów zasyłano przez granicę i werbowano na miejscu. Regularnie granicę przekraczały całe bandy dywersyjne, które organizowały dywersję, napady na posterunki policji, punkty łączności, pociągi. O tym wypadkach pisała prasa lwowska i obywatele chętnie wierzyli w często fantastyczne przygody takich agentów. Na przykład, cały Lwów był jeszcze pod wrażeniem wydarzeń z lipca 1924 roku, kiedy grupa agentów Kominternu zorganizowała próbę wysadzenia w powietrze magazynów amunicji wojskowej (prochowni) na Przedmieściu Janowskim. Były jednak inne pogłoski, mianowicie, że cała opisana historia była tylko prowokacją policyjną. Otóż, według wersji policji, potwierdzonej sądem doraźnym, grupa pracowników owej prochowni, związana z nielegalną organizacją komunistyczną, dostarczyła na teren magazynów wojskowych bombę (maszynę piekielną), lecz policja wykryła ten złowrogi pomysł i aresztowała spiskowców.
Proces sądowy ujawnił, że we Lwowie nielegalnie działali agenci bolszewiccy – Aleksy Gierowski i jego żona Anna Gierowska, z domu Mulak. Aleksy Gierowski pochodził z Bukowiny, jeszcze przed I wojną światową był znanym przedstawicielem ruchu moskalofilskiego na rzecz Rosji. W czasie wojny współpracował z okupacyjną władzą rosyjską, zaś później z bolszewikami. Jego żona Anna Gierowska pochodziła ze Lwowa, miała tutaj krewnych i znajomych. Wśród oskarżonych o zamach bombowy był właśnie jej krewny Józef Dietrich i jego przyjaciel Mikołaj Sołoneńko. Sąd doraźny obydwóch wykonawców skazał na karę śmierci i rozstrzelano ich w więzieniu Brygidki przy ulicy Kazimierzowskiej.

„Wiek Nowy” donosił, że „Wokół gmachu sądu karnego przy ulicy Batorego, jako też przed Brygitkami, tłumy publiczności wprost zatarasowały przejście. Wszędzie widoczne podniesienie. Po umieszczeniu skazańców w celi więzienia przybył do nich kapłan celem przygotowania ich do ostatniej drogi. Głosów współczucia nie słyszano. Środowisko potępiło ich potworne i w skutkach straszne zamiary… „W następnych dniach miały miejsce dalsze groźne wydarzenia. 21 lipca policja wykryła magazyn amunicji w mieszkaniu Samuela Bomsego przy ulicy Piastów. 23 lipca przy ulicy Słodowej około godziny 2.00 w nocy patrolujący tam posterunkowy Policji Państwowej zatrzymał mężczyznę, w którym rozpoznał agenta A. Gierowskiego, głównego organizatora zamachu na prochownię. Gierowski momentalnie wydobył browninga i strzelił do policjanta – na szczęście chybił. Następnie zaczął uciekać w górną część ulicy Łyczakowskiej, oddając gęste strzały. Posterunkowy ścigał go, także strzelał za nim, ale Gierowski znikł mu z oczu wśród drzew na Cmentarzu Łyczakowskim. W mieście zapanowała nerwowa atmosfera – ludzie wierzyli, że dookoła działają setki agentów Kominternu, którzy podkładają bomby i strzelają z rewolwerów. Nic dziwnego, że niektórzy miejscy plotkarze zrobili i z ks. Andrzeja Kopacza agenta komunistycznego”.
Oto podobne rewelacje opisuje Mariusz Gadomski: „Plotki z każdą minutą brzmiały coraz bardziej fantastycznie i złowrogo. Mówiono nawet o napadzie zbrojnym na klasztor, a nawet o zbiorowym mordzie zakonników. Pojawił się wątek szpiegowski. Co niektórzy podejrzewali, że morderca księdza Idieca nie był prawdziwym zakonnikiem, lecz przebranym w mnisi habit bolszewickim agentem, mającym za zadanie prowadzenie sabotażu wewnątrz Kościoła w Polsce. Dowodem na to miał być fakt, że zabójca przystąpił do lwowskich karmelitów przed czterema laty, a więc już po zakończeniu wojny polsko-bolszewickiej, kiedy to Rosja sowiecka, przekonawszy się, że nie pokona Polskę na polu walki, zaczęła się uciekać do kreciej roboty. Przypuszczano, że lubelski kapelan wojskowy (czyli ks. Jan Idiec) zginął, ponieważ odkrył tożsamość agenta…”. Było to tylko fantazjowanie plotkarzy, prawda wyglądała zupełnie inaczej. Morderca ks. Andrzej Kopacz nie był bolszewickim szpiegiem, zaś życiorys jego był dobrze znany władzom kościelnym i policyjnym. Lecz prawdziwą tajemnicą był jego stosunek do niejakiej kobiety „z ulicy Piekarskiej” i drwiny braciszków z tego powodu, również trwająca od lat i postępująca choroba psychiczna.
Lwowski „Dziennik Ludowy” zwrócił na te okoliczności uwagę szczególną i w jednym z kolejnych reportaży pisał: „Zwraca uwagę jeszcze dziwne zachowanie się owej strasznej nocy ks. przeora Stefana Brniaka. Wedle opublikowanych w prasie jego zeznań, słyszał on, jak wchodzi ktoś do jego celi i zobaczył człowieka z siekierą. Narobił krzyku, czym spłoszył intruza, poczem zamknął drzwi na klucz i, według jegoż zeznań, spokojnie położył się spać. Nasuwa się pytanie, dlaczego on, przeor klasztoru, najwyższa w nim władza i gospodarz, nie zaalarmował mieszkańców klasztoru. Jak mógł spać spokojnie gdy wiedział, że w gmachu klasztornym grasuje człowiek uzbrojony w siekierę, który próbował się wedrzeć do jego nawet celi? To dziwne zachowanie ks. przeora tłumaczą wtajemniczeni przypuszczeniem, że owa pani z ulicy Piekarskiej, która bywała częstym gościem tych murów klasztornych, spędziła i tę noc w klasztorze, a to w celi ks. przeora”. Dalej redakcja „Dziennika Ludowego” wprost oznajmiła, że pisze o tym, aby zwrócić uwagę sędziego śledczego na tak oczywistą okoliczność, której starały się nie zauważyć władze kościelne. Jeżeli okoliczność ta okaże się prawdziwą i pani z ulicy Piekarskiej darzyła swoją przychylnością nie tylko ofiarę mordu ks. Jana Idieca, lecz też ks. przeora Stefana Brniaka, to można dopiero zrozumieć przyczyny takiej potworności tej krwawej zbrodni. W artykule redakcja dodała, że jest faktem, który śledztwo bez trudu może udowodnić, że mord ten był krwawym zakończeniem porachunków księży w walce o kobietę i nie jest to już we Lwowie żadną tajemnicą. Z oburzeniem o tym wszędzie się mówi, a pogrzeb ks. Jana Idieca, w którym brały udział tłumy, był manifestacją przeciw zamordowanemu. Aby nie dopuścić do tego, by ta manifestacja przybrała formy konkretne, a dla uczestniczącego licznie na pogrzebie kleru niemiłe, policja zamknęła bramy cmentarza i nie dopuściła aby zebrane masy „towarzyszyły” zamordowanemu aż do grobu. Cała ta potworna sprawa przypomina przejaw strasznej swego czasu afery Macocha z Częstochowy. Na zakończenie artykułu gazeta postawiła pytanie: „Cóż na to władze kościelne? Kiedy klasztor tych nabożnych ojców zamieniony zostanie na pożyteczny zakład, na przykład wychowawczy?”
Publikacje prasowe i rozgłos, którego nabrała ta krwawa historia, spowodowały odwołanie ks. Stefana Brniaka z godności prowincjała i przeora klasztoru oo. karmelitów we Lwowie i przeniesienie go do innej placówki zakonnej. Klasztor jednak funkcjonował dalej i mamy nadzieje, że stosunki wśród zakonników zmieniły się ku lepszemu. Nie są też znane dalsze losy owej „kobiety z ulicy Piekarskiej, pochodzącej z bardzo porządnej i pobożnej rodziny”. Tymczasem śledztwo policyjne w sprawie morderstwa ks. Jana Idieca trwało kilka miesięcy i wyrok został ogłoszony w styczniu 1926 roku. Sprawa kryminalna została zupełnie umorzona, zaś ksiądz Andrzej Kopacz został uznany za psychicznie chorego i wysłany do Zakładu dla umysłowo chorych na Kulparkowie we Lwowie.

„Wiek Nowy” informując swoich czytelników, umieścił 9 stycznia następujące krótkie oświadczenie pod tytułem: „Zupełne umorzenie sprawy. Ks. Kopacz w Zakładzie dla obłąkanych w Kulparkowie”. Dalej czytamy: „Jak wiadomo we wrześniu zeszłego roku ks. Andrzej Kopacz, dokonał w klasztorze oo. karmelitów we Lwowie morderstwa na osobie ks. Jana Idieca. Po ukończeniu żmudnego śledztwa, które prowadził radca Witoszyński, sprawca mordu ks. Kopacz został poddany badaniom psychiatrów, które trwały prawie dwa miesiące. Przed trzema dniami znawcy-lekarze przedłożyli sądowi bardzo obszerne orzeczenie, oparte na wyniku dokładnych badań. Znawcy orzekli, że ks. Kopacz tak przed popełnieniem morderstwa, jak również w podczas samego morderstwa (czynu) był umysłowo chory i dlatego za swój czyn nie może odpowiadać. Choroba jego jest nieuleczalna. Zarządzono odstawienie ks. Andrzeja Kopacza do Zakładu dla obłąkanych na Kulparkowie”. W Zakładzie kulparkowskim, znanym w całej Galicji, miał przebywać nieszczęśliwy ksiądz Kopacz pod ścisłym nadzorem i opieką lekarzy i w izolacji od normalnych ludzi. Jednak nadzór nie był tak dokładny, jak tego wymagały przepisy szpitalno-więzienne, i w jakiś momencie rano 5 czerwca 1927 roku ksiądz Kopacz wyrwał się spod opieki lekarskiej i uciekł z terenu Zakładu. Koniec jego był tak samo tragiczny i krwawy, jak początek tej makabrycznej historii. Biedny obłąkaniec dotarł do niedalekich torów kolejowych obok mostu przy ulicy Kulparkowskiej i rzucił się pod koła przejeżdżającego pociągu. „Dziennik Ludowy” w krótkim artykule z dnia 6 czerwca 1927 roku przypomniał okoliczności tej głośnej sprawy i postawił w niej ostateczną kropkę. Oto ostatnie sprawozdanie prasowe o tragicznym losie księdza Andrzeja Kopacza: „Samobójstwo ks. Kopacza. Przed dwoma laty głośne było morderstwo dokonane przez ks. Kopacza w klasztorze oo. karmelitów na osobie ks. Idieca. Przyczyną tego morderstwa, jak wiadomo, była kobieta, z którą obaj księdza utrzymywali stosunki. Kobieta ta odwiedzała nawet wymienionych w klasztorze. W chwili gdy zwróciła ona swoje sympatje wyłącznie w stronę ks. Idieca – ks. Kopacz w nocy za pomocą siekiery zamordował swego rywala z zazdrości. Morderstwo to wywołało olbrzymi skandal kompromitując kler polski, który chcąc ratować swoją pozycję ogłosił ks. Kopacza za umysłowo chorego i miast do więzieni ks. Kopaczowi udało się uciec z Zakładu i nosząc się z zamierzeniem samobójstwa, rzucił się pod koła przejeżdżającego pociągu. Samobójstwo popełnił on z rozmyśleniem, gdyż pozostawił świeżo napisany testament nieznanej bliżej treści”.
Jurij Smirnow
Tekst ukazał się w nr 11 (471), 13 – 26 czerwca 2025
Sensacyjne morderstwo we lwowskim klasztorze oo. karmelitów. Część 1
Sensacyjne morderstwo we lwowskim klasztorze oo. karmelitów. Część 2
Sensacyjne morderstwo we lwowskim klasztorze oo. karmelitów. Część 3
