Ze Lwowa do Egiptu i Sudanu (cz. III)

Ze Lwowa do Egiptu i Sudanu (cz. III)

Z Anastazją Stupko-Lubczyńską rozmawia Elżbieta Lewak.

Anastazjo, poprzednio opowiedziałaś o pracy na wykopaliskach archeologicznych w Egipcie. Wiem jednak, że nie była to Twoja jedyna podróż „na drugi koniec świata”. Wyruszyłaś później do równie – a może nawet bardziej? – interesującego państwa, a był to…
Sudan (uśmiecha się). Wyjechałam tam po raz pierwszy w 2006 roku. Było tam cudownie! Sudan jest zupełnie inny niż Egipt, głównie dlatego, że nie jest – jeszcze – krajem turystycznym. Pojechaliśmy wówczas, żeby pracować na obszarze, gdzie miało zostać stworzone jezioro – po zbudowaniu tamy na Nilu. Były to więc wykopaliska ratownicze. Miały na celu przebadać to wszystko, co zostanie zalane. Wybrano właśnie ten teren do zalania pewnie z tego powodu, że był on kompletnie zacofany – nawet jak na warunki sudańskie. Nie było tam ani dróg, ani prądu, niczego – tylko malutkie wioski.

Władzie musiały niestety przesiedlić stamtąd ludzi na całkiem inne tereny i odciąć ich od Nilu, co nie jest wcale wesołe. Był to właśnie nieprzyjemny aspekt tej wyprawy… Miejscowa ludność skojarzyła nasze prace z rządowymi pracami budowy tamy, która spowoduje, że oni zostaną wysiedleni, a ich domy zburzone. Wydawało im się, że jeśli utrudnią nam pracę albo ją wręcz uniemożliwią, to my nie będziemy mogli przebadać tego terenu, w związku z czym tama ich nie zaleje. Nasze prace nie miały niestety aż takiego znaczenia dla rządu Sudanu. Nawet gdybyśmy nie zrobili w tym miejscu wykopalisk, teren i tak zostałby zalany. Zresztą – już teraz jest tam jezioro.

Był to teren wojowniczego plemienia Manasir. Gdy przyjechaliśmy do bazy, nasz szef wyjechał do Chartumu, żeby załatwić jakieś papiery. Ja, jako osoba mówiąca po arabsku, musiałam zająć się kontaktami z ludnością miejscową. A miejscowa ludność pewnego dnia przerzuciła nam dokument: na tekturze naklejona kartka z zeszytu, a na niej – po arabsku – długi, długi tekst. Niestety – nie czytałam i nie czytam po arabsku (potrafię się wysłowić, potrafię zrozumieć, ale nie umiem ani czytać, ani pisać). Ten tekst zaś przeczytała inspektorka, która, z kolei, nie za bardzo potrafiła nam go wytłumaczyć, bo średnio znała angielski. Co potrafiła powiedzieć, to powiedziała. Sens był następujący: my, starszyzna wioski, nie chcemy, żebyście tu byli i rozkopywali zabytki, a (i tej drugiej części nam akurat nie przetłumaczyła) jeśli nie opuścicie wioski w ciągu doby, to was zabijemy. Podpisem były zdjęcia ludzi w turbanach.

Przez to, że inspektorka nie zdołała (lub nie chciała) przetłumaczyć nam tej groźby, my, nic nie wiedząc, zostaliśmy. Nic nam oczywiście nie zrobili… Nie wiem, jak poważne było to ostrzeżenie… Może dobrze się stało, że nam tego nie przetłumaczyła, bo wpadlibyśmy w panikę i nie wiedzieli, co ze sobą zrobić. Wszystko się skończyło w miarę dobrze, chociaż faktycznie nie byli do nas przyjaźnie nastawieni. Nie mogę ich jednak osądzać – zmuszają cię do opuszczenia domu, wywożą gdzieś na pustynię i mieszkaj tam sobie… A tu, gdzie dotąd mieszkałeś, Nil się rozleje i będą jeziora.

Warto podkreślić, że ludzie nie mogli zostać nad brzegiem tego nowo powstałego jeziora. Zostali wysiedleni gdzieś hen daleko na pustynię, a te tereny nad jeziorem zostały sprzedane ludziom z Arabii Saudyjskiej, żeby mogli tam na przykład pływać na żaglach… Jest to bardzo smutne…

Drugie plemię, które zamieszkiwało te tereny, nazywało się Rubatab. Ludzie z tego plemienia byli dla nas, archeologów, nieco milsi, zapewne przez to, że ich ziemie leżały na krańcu przyszłego jeziora i nie było planów, żeby ich wysiedlać. Rubatab traktowali nas jak źródło zarobku, wszystko było w porządku: przyjechaliście, to my możemy dla was pracować, a wy nam płaćcie i będziemy wszyscy żyli w zgodzie.

Co badaliście w Sudanie?
Na tym terenie badaliśmy cmentarzyska kultury meroickiej (300 p.n.e. – 350 n.e.), kermańskiej, 2000-1500 p.n.e., inne zespoły zajmowały się szukaniem śladów osadnictwa neolitycznego (5000 p.n.e.), jeszcze starszych rytów naskalnych… Ja pracowałam jako rysownik głównie przy eksploracji tumulusów meroickich. Tumulusy to swego rodzaju kurhany, nasypy z kamieni i piasku, przykrywające miejsce pochówku. Wznoszone były na skraju pól uprawnych i pustyni. Niektóre z nich są bardzo duże – po kilka metrów wysokości i kilkanaście metrów średnicy. Wyposażenie w komorach grobowych tych kurhanów też było dość ciekawe – olbrzymie dzbany na piwo (do pół metra wysokości, czasem po kilka w jednym grobie (!), biżuteria (głównie paciorki ze skorup strusich jaj, ale też egipskie importy), groty strzał. W jednym grobie znalazłam przy głowie zmarłego (jak potem stwierdził nasz antropolog, to była kobieta) malutką, glinianą buteleczkę, w której były trzymane ówczesne perfumy (!). Zapach tej substancji, która została w postaci osadu na ściankach naczynia, zachował się po dzień dzisiejszy (!!!).

Naprawdę cudownie wspominam ten pobyt w Sudanie. Jest to tak całkowicie inny kraj niżeli Egipt… W Egipcie ludzie (oczywiście nie wszyscy, ale jednak) są nastawieni na zysk i są przyzwyczajeni, że biały człowiek to chodzące pieniądze, więc – w uproszczeniu – trzeba zrobić tak, by ci je przekazał z własnej woli (śmieje się). Sudańczycy zaś traktują ‘białego’ jak każdego innego człowieka. Są też bardzo gościnni, otwarci, radośni… choć w sumie o Egipcjanach też to można powiedzieć. Mieszkając z tymi ludźmi zauważyłam, jak niewiele mają, a jednak potrafią się cieszyć życiem. Obca im jest pogoń za pieniądzem, za to mają czas na relacje z rodziną, sąsiadami, na wspólne świętowanie, na bycie ze sobą po prostu…

Praca w Sudanie ma też w sobie dużo romantyzmu – jak się chce dostać z jednego miejsca na drugie, jedzie się kilka dni ciężarówką, śpi się na pustyni. Pustynia ma tam nawet inny kolor! – wpada w pomarańcz, podczas gdy w Egipcie jest szaro-żółta. Cudownie! Raz spędzaliśmy tam nawet święta… przy lampach naftowych (!). Muszę jeszcze kiedyś się tam wybrać, i to możliwie jak najszybciej, bo „cywilizacja” sunie wielkimi krokami (śmieje się).

X