Z Panki do PAN-u. Część I

Z Panki do PAN-u. Część I

Z Heleną Krasowską rozmawiał Mirosław Rowicki

Pochodząca z Bukowiny Helena Krasowska jest pracownikiem naukowym Polskiej Akademii Nauk. W pracy naukowej porusza tematy związane z dialektologią, socjolingwistyką, etnologią i folklorystyką. Interesują ją kulturowe pogranicza, mniejszości narodowe, historia Polaków na Wschodzie i historia Bukowiny. Jest członkiem krajowych i zagranicznych gremiów naukowych. Autorka i współredaktor wielu opracowań naukowych. Wydała książki „Bukowina. Mała ojczyzna – Pietrowce Dolne”, „Bukowina. Żywa historia kościoła”, „Górale polscy na Bukowinie Karpackiej. Studium socjolingwistyczne i leksykalne”, „Mniejszość polska na południowo-wschodniej Ukrainie”.

Urodziła się Pani na Bukowinie, a obecnie pracuje Pani w Warszawie?
Tak, urodziłam się na Bukowinie Karpackiej, w Pance nieopodal Czerniowiec, w rodzinie polsko-rumuńskiej. Tato jest Polakiem, mama jest Rumunką. Na Bukowinie mieszane małżeństwa są normą. W Pance także ukończyłam szkole podstawową oraz średnią, były to szkoły z ukraińskim językiem nauczania, język rosyjski był językiem obowiązkowym. Było to wówczas jak Ukraina uzyskała niepodległość. W Czerniowcach istniało już Obwodowe Towarzystwo Kultury Polskiej, zadzwoniłam do Jadwigi Kuczabińskiej ówczesnego prezesa Towarzystwa z pytaniem czy byłaby możliwość studiowania w Polsce. Za jakiś czas J. Kuczabińśka poprosiła o przywiezienie kompletu dokumentów, które miała zawieźć do Lwowa. Zajęła się także wyrobieniem paszportu zagranicznego. Wyjazd do Polski nastąpił 4 listopada 1990 roku pociągiem relacji Czerniowce-Przemyśl, miałam wówczas 17 lat. Nas z Panki było trzy osoby, a pozostała grupa jechała ze Lwowa. W Przemyślu odebrano nas autobusem i zawieziono do Nienadowej koło Dubiecka. W technikum rolniczym odbywała się nasza nauka. Grupa była podzielona na humanistyczną oraz medyczną. Zostałam w grupie humanistycznej, prawie wszyscy mówili po polsku, kilka osób ukończyło lwowską szkołę nr 10. Po ukończeniu rocznego kursu języka polskiego zdałam egzamin na studia polonistyczne do Rzeszowa.

W Rzeszowie rozpoczęły się moje przygody z językoznawstwem, było to na trzecim roku, kiedy zdawałam egzamin z językoznawstwa ogólnego u prof. Leszka Bednarczuka. Profesor nie tylko zachęcił do wyboru tematu pracy magisterskiej, ale także wskazał na wartość niematerialną dziedzictwa kulturowego, podając przykłady opisów innych gwar i dialektów. Zachęcił więc do zbierania materiału o języku polskim na Bukowinie. Podzieliliśmy się z koleżanką terenem oraz grupami, ja pisałam o języku Polaków w Pance i Storożyńcu, koleżanka zaś o gwarze górali bukowińskich. Praca magisterska została obroniona z wyróżnieniem.

Jak dalej potoczyło się Pani życie naukowe?
Dzięki namowom profesora Leszka Bednarczuka i własnym chęciom zaczęłam zbierać materiał gwarowy w terenie. Początkowo badania prowadziłam w Pance oraz w Dolnych Piotrowcach, o których napisałam monografię popularno-naukową. Następnie spotkałam się z profesorem Kazimierzem Feleszko, językoznawcą, urodzonym w Czerniowcach w 1939 roku. To on namówił mnie na dalsze prace naukowe oraz badania językoznawcze. Pod jego opieką także zaczęłam pisać pracę doktorską, która została obroniona w 2004 roku na temat języka polskich górali na Bukowinie.

Została Pani zatrudniona w poważnej instytucji w Instytucie Slawistyki Polskiej Akademii Nauk, jak to się stało?
Tak, stało się to od razu po obronie pracy doktorskiej. Warto zaznaczyć, że pracę doktorską pisałam właśnie w Instytucie Slawistyki PAN, także i tu była obrona tej pracy. Broniłam pracę w 2004 roku przed szacowną Radą Naukową Instytutu Slawistyki, gdzie jednogłośnie Rada zagłosowała za nadaniem mi tytułu doktora nauk humanistycznych w zakresie językoznawstwa. A po obronie także jednogłośnie zagłosowała o zatrudnienie mnie w Instytucie Slawistyki. Obrona była 11 października 2004 roku, a od 12 października zaczęłam pracę w Instytucie.

Dość szybko Pani zdobyła habilitację?
Po obronie doktoratu zaczęłam pracować nad książka habilitacyjną. Za temat wybrałam Polaków i język oraz tożsamość w Donieckiem i Zaporoskiem, wyszły bardzo ciekawe badania. Książka ukazała się w 2012 roku przed Euro 2012. Habilitację uzyskałam w marcu 2013 roku, a od kwietnia jestem profesorem Instytutu Slawistyki PAN. W listopadzie powierzono mi Zakład Językoznawstwa w Instytucie. Pracę naukową poświęcam nadal problemom związanym z dialektologią, socjolingwistyką, etnologią, folklorystyką. Zajmuje się także problemami językowymi i kulturowymi pograniczy, kwestiami mniejszości narodowych. Prowadzę nadal eksploracje terenowe głównie wśród Polaków na Ukrainie. W pracach dominuje problematyka wielokulturowości i wielojęzyczności Bukowiny, krainy mojego dzieciństwa. Tu w Polsce mogę, jak wydaje mi się, więcej zrobić dla swojego kraju, niż gdybym była tam na miejscu.

Pochodzi Pani z Panki. Czy dużo mieszka tam Polaków i jak kształtuje się miejscowa wspólnota polska?
Panka liczy około 3 000 osób, w tym mieszkają tam Ukraińcy, Rumuni, Polacy, Rosjanie. Mieszka w Pance około 10% Polaków. Polacy skupieni są wokół Towarzystwa Polskiego z siedzibą w Domu Polskim w Pance. Warto zaznaczyć, ze Dom Polski w Pance istnieje od 1932 roku, został zbudowany ze składek Polaków. Przed wojną nauczano tam języka polskiego, Polacy byli mocno skupieni w swej działalności. Po zakończeniu wojny Dom Polski został odebrany Polakom i służył jako kombinat szycia odzieży i remontu obuwia. Po 1991 roku został oddany w bardzo złym stanie. Polacy znów na własny koszt odbudowali go, wyremontowali. W 2009 roku został zrobiony remont wewnątrz budynku przy pomocy finansowej Stowarzyszenia „Wspólnota Polska”. W 2014 roku w styczniu Polacy zorganizowali się i własnym kosztem rozpoczęli remont Domu Polskiego zewnątrz budynku i zmianę dachu, który zaczął przeciekać. Warto zaznaczyć, że Dom Polski na północnej Bukowinie istnieje poza Czerniowcami, tylko w Pance, w żadnej innej wsi podobnego domu nie ma. Polacy sami utrzymują Dom Polski, tzn. płacą podatki, światło, ogrzewanie. Żadnej pomocy finansowej z polskiej strony nie ma, oprócz remontu w 2009 roku. Wydaję mi się, że w żadnym innym mieście taka sytuacja nie ma miejsca, aby sama społeczność się organizowała, jest to wyjątkowa sytuacja. Ciekawa jestem, jak byłoby w innych miejscowościach bez pomocy finansowej z Polski, ile tak naprawdę Polaków, podobnych do tych z Panki, samowystarczalnych, przyznawałoby się do swoich korzeni.

Rozmawiał Mirosław Rowicki
Tekst ukazał się w nr 4 (200) za 28 lutego-17 marca 2014

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

X