Z Grodna przez Workutę do Lwowa

Z Grodna przez Workutę do Lwowa

Gazetka ścienna przygotowywana przez małżonkę Eugeniusza Cydzika – CzesławęGdzie Pana zesłano? Syberia czy Kazachstan?

Jeszcze gorzej. Na daleką północ – do Workuty. Przyjechałem tam 24 grudnia 1945 roku. -30°C, wiatr. Ubrany byłem całkiem nie na taką pogodę. Po trzech dniach zapędzono nas budować… stadion. Kopanie w wiecznej zmarzlinie przy takiej temperaturze, nie należy do przyjemności. Zresztą nigdy nie byłem atletą. Po tygodniu już miałem dość. Ale tu nadarzył się wypadek, który mnie uratował.

Na każdej budowie był geodeta. Zobaczyłem teodolit, przypomniałem sobie dzieciństwo, podszedłem do niego. Zobaczyłem, że nie jest wypoziomowany, więc zacząłem kręcić odpowiednimi śrubkami. Podszedł do mnie geodeta Gerasimenko. Zapytał, czy się na tym znam i wziął mnie sobie do pomocy.

 

Już było lżej. Musiałem strugać kołki, trzymać łatę mierniczą z podziałkami, zaznaczać jak niwelować teren. A i „kociołek” dostawałem już lepszy. Ale przy takiej temperaturze zachorowałem na ciężką anginę.

Trafiłem do szpitala. Dzięki lekarzowi Bieleckiemu, Polakowi z Kijowa, przez kilka miesięcy po wyzdrowieniu pracowałem w „sanczasti” jako sanitariusz. Po tym stadionie, przenoszą nas na kopalnię, na drążenie nowego szybu. Tu przydała mi się wiedza z okresu dywersyjnego. Znów cudem uratowałem się, gdy 30 m pod ziemią w szybie zaczęły wybuchać ładunki. Dzięki temu zdobyłem autorytet u kierownictwa budowy.

Potem zostałem przeniesiony do innej kopalni. Poszedłem do zakładu elektrycznego, który zasilał całą kopalnię i „posiołok” – czyli obóz pracowników-zesłańców politycznych. Workuta była wtedy małą mieściną na kilkadziesiąt domków, ale otoczona była licznymi kopalniami, przy których były obozy obsługi i poza nie bez przepustki nie można było wychodzić.

Na początku lat 50. z bardzo dobrym wynikiem ukończyłem technikum górnicze. W tej nauce głównie chodziło o zaświadczenie, że jestem świadom swoich funkcji, tzn. „prawa otwietstwiennika”. Wkrótce kierownik działu przeniósł się do Donbasu (był wolnym robotnikiem). Mnie, jako osobę dyplomowaną, zrobiono starszym elektrykiem i miałem pod sobą 37 robotników. Była to praca bardzo odpowiedzialna.

Jako kierownik musiałem jeździć do urzędów. Dostałem przepustkę. Przeniosłem się do miasta, do akademika. Do pracy jeździłem motocyklem „Iż”. Tam poznałem swoją przyszłą żonę Czesławę. Pracowała w cegielni. Ponieważ miała zdolności artystyczne, ukończyła lwowską ASP i ładnie malowała, zamawiano u niej kopie obrazów i portrety. Postanowiłem się ustatkować. Po śmierci ojca, moją matkę zesłano do Kazachstanu. Korespondowaliśmy. Gdy matka osiągnęła wiek emerytalny, mogła wrócić do domu.

W kwietniu 1956 roku zostałem „zwolniony z anulowaniem wyroku i przywróceniem praw obywatelskich” – takie było oficjalne sformułowanie. Nie było sensu wracać do domu, bo go nie było. Wystarałem się o to, żeby matka przyjechała do mnie. Miałem już mieszkanie. Mojej mamie trafiła się jednak okazja pojechać do Grodna. Dostałem paszport i wyjechałem do niej na urlop. 1 maja 1956 roku przyjechałem do Grodna. Nie myślałem, że znów tu kiedyś przyjadę. Łzy ciekły ciurkiem.

Wróciłem jednak do Workuty, do swojej narzeczonej, która pracowała w biurze projektów. Znaleźliśmy z Czesławą księdza, który 11 listopada 1956 roku udzielił nam ślubu. Napisaliśmy podanie o ponowne rozpatrzenie jej sprawy. Szczęśliwie sprawę rozpatrzono pozytywnie przez kolegium. Zbiegiem okoliczności i przy pomocy dobrych ludzi, żona dostała paszport na podstawie świadectwa ślubu, a nie zaświadczenia o zwolnieniu.

Postanowiliśmy wracać do Lwowa. Przyjechaliśmy tam na jesieni 1957 roku. Jako sądzony nie mogłem zameldować się w mieście. Zameldowano mnie w Niesłuchowie, gdzie pracowałem jako elektryk w stacji maszyn rolniczych. Głównym inżynierem był tam Rutkowski ze Lwowa. Po pewnym czasie został we Lwowie dyrektorem kolumny transportowej, obsługującej sklepy spożywcze. Kolumna była za Skniłowem. Dojeżdżać co dnia przez całe miasto było kłopotliwe, więc przeniosłem się na fabrykę ładowarek. Poznałem szefa laboratorium energetycznego. Wziął mnie do siebie. Tam ukończyłem studia zorganizowane przez Instytut metrologii i jakości na Politechnice Lwowskiej. Zostałem kierownikiem tego laboratorium i pracowałem do emerytury.

Jak zaczęła się Pana działalność w Towarzystwie Opieki nad Grobami Wojskowymi (PTOnGW)?
Zaraz po powrocie do Lwowa poszliśmy z żoną na Cmentarz Orląt. Wtedy jeszcze wyglądał jak cmentarz. Zniszczenia rozpoczęły się później. Zawsze na 1 listopada stawialiśmy lampiony. Gdy powstało TKPZL, założyliśmy sekcję historyczną. Potem zostało założone PTOnGW i pracowaliśmy przy porządkowaniu Cmentarza.

Obecnie zajmuje się Pan odszukiwaniem miejsc pochówku żołnierzy 1939 roku?
Mam kilka lokalizacji mogił zbiorowych w okolicach Lwowa. Teraz trzeba to dokładnie zbadać. Muszą zrobić to fachowcy.

Gdyby wypadła Panu możliwość przeżyć życie od nowa, co by Pan zmienił?
Chyba byłbym jeszcze bardziej aktywny.

Dziękujemy, Panie Eugeniuszu, za wspomnienia. Życzymy zdrowia i sił do realizacji planów.

Krzysztof Szymański
Tekst ukazał się w nr 4 (152), 28 lutego – 15 marca 2012

 

Czytaj też:

Zmarł kombatant AK Eugeniusz Cydzik

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

X