Z Grodna przez Workutę do Lwowa

Z Grodna przez Workutę do Lwowa

Rozmawiamy z Eugeniuszem Cydzikiem – żołnierzem AK, więźniem radzieckich łagrów, założycielem i prezesem honorowym Polskiego Towarzystwa Opieki nad Grobami Wojskowymi we Lwowie.

 

Pod koniec ubiegłego roku obchodził pan piękny jubileusz 90-lecia. Pańskimi przeżyciami można by obdzielić kilka osób lub napisać filmowy scenariusz. Proszę przybliżyć naszym czytelnikom niektóre fakty z pańskiego bogatego życiorysu.
Moja rodzina pochodzi z Grodzieńszczyzny, z niewielkiego zaścianka Cydziki. Mieliśmy tam niewielki folwark. U nas nie mówiło się folwark ani zaścianek, tylko okolica. Były to osady zamieszkałe przez drobną szlachtę, drobnych ziemian, Polaków. Wsiami określano tereny zamieszkałe przez chłopów, głównie Białorusinów.

Mój dziadek ze strony ojca ukończył szkołę oficerską w Petersburgu i jako adiutant generała-gubernatora służył w Tyiflisie w Gruzji (obecnie – Tbilisi). Pradziadek brał udział w Powstaniu Styczniowym. Został zesłany na Syberię i zaginął w kopalni w Nerczyńsku. Choć jego majątek podlegał konfiskacie, udało się go uratować. Jego córka wyszła za mąż za Gorbaczewskiego, występowała pod innym nazwiskiem i majątek miał innego właściciela.

Po demobilizacji dziadek wrócił do domu i zaczął gospodarzyć. Na służbie udało mu się zaoszczędzić trochę grosza. Dokupił ziemi, poszerzył i modernizował gospodarkę – kupił trochę maszyn rolniczych. Tam urodził się mój starszy brat Antoni i moje dwie młodsze siostry. Alfreda i Bronisława. W 1920 roku ojciec wziął konia, zdjął ze ściany szablę dziadka i poszedł bronić ojczyzny przed bolszewikami. Szczęśliwie z tej wojny wrócił. Dalej gospodarzył na folwarku.

Dzięki staraniu ojca, kurator szkolny naszego okręgu ks. Kuryłowicz przysłał do nas nauczycielkę aby dzieci mogły uczyć się na miejscu. Pamiętam nazwisko mojej pierwszej nauczycielki – Hanna Łukosiówna, potem była Aleksandra Wiśniewska. Ojciec dał nauczycielce utrzymanie i przeznaczył jeden z pokoi na klasę. Schodziło się do nas około 10 dzieci z okolicznych osad. Od dzieciństwa, jak pamiętam, zawsze wszystko mnie interesowało.

Są różne zbiegi okoliczności, które mogą zaważyć na naszym życiu. W roku 1935, gdy było scalanie gruntów, w naszym domu mieszkał mierniczy. Całymi dniami chodził po polach z teodolitem i obmierzał ziemię. Mama wysyłała mnie do niego z jedzeniem. Zobaczyłem teodolit, zacząłem mu się przyglądać. Gdy zauważył, że mnie to interesuje, pokazał mi, jak się go ustawia, poziomuje, jak prowadzi się pomiary. Nie wiedziałem, że od tego kiedyś będzie zależało moje życie.

Po ukończeniu szkoły, poszedłem do gimnazjum kupieckiego w Grodnie. Byłem w 5 żeglarskiej drużynie harcerskiej im. Romualda Traugutta. Na lekcjach z przysposobienia wojskowego, dawał nam w kość instruktor Mazurek, sierżant zawodowy 81 Pułku Strzelców Grodzieńskich. Szczególnie, gdy mieliśmy zajęcia w jednostce. Ale na zajęciach teoretycznych zauważył, że wiele rzeczy mnie interesuje. Zaczął dawać mi dodatkowe zadania, wyjaśniał rzeczy ponad programem: jak oznaczyć odległość na podziałce w lornetce, jak wysokość, czytanie map i obliczenia balistyczne.

W 1939 roku brał Pan udział w obronie Grodna?
Naturalnie. Przed wojną w Grodnie stacjonowały jednostki wojskowe (76 Pułk Piechoty, 81 Pułk Strzelców Grodzieńskich i in.), ale w 1939 roku zostały przeniesione na linię frontu. W mieście pozostała policja, studenci i harcerze. Początkowo szykowaliśmy obronę przeciwko Niemcom od północy, od Prus Wschodnich. Po 17 września zaczęliśmy szykować się do obrony od wschodu.

Wojska sowieckie do miasta weszły od zachodu, a wprowadzali je dawni mieszkańcy Grodna – Abraszkin, Margolis i Lipszyc. Uciekli do Rosji, ale znając tereny, dokonali manewru okrążającego. Grodno trzymało się jednak dwa dni – 20-22 września. Sowieci stracili 10 czołgów, samochód-radiostację i około tysiąca żołnierzy. Po upadku miasta koledzy z drużyny rozeszli się do domów, przeważnie na Litwę, wróciłem więc do Cydzików.

X