Spinki

Spinki

W przeszłości bardziej od krawatów lubiłem ładne spinki. Z wielu spinek w mojej pamięci – pozostały tylko bursztynowe. Jakby ogrzewały ręce słonecznym blaskiem, zaklętym w bursztynie. Ten materiał uwodził mnie, przenosił do krajów Bałtyku, które to morze w dzieciństwie wydawało mi się ciepłe. Na białych rękawach koszuli wyglądały kontrastowo, jak dwa małe słoneczka.

 

Jakoś, po dobrej libacji, w białej koszuli z bursztynowymi spinkami zabłądziłem na Padole w Kijowie. Wtedy jeszcze Padół był na wpół rozwalony i zamieszkały przez różnego rodzaju lumpy. Była to kijowska Odessa ze swymi mętami – ostoja złodziei i prostytutek, marynarzy rzecznych i Żydów, co dodawało kolorytu tej dzielnicy.

 

Z zabłąkanym tu przechodniem mogło wydarzyć się wszystko. Takim wypadkowym przechodniem w oparach portwajnu byłem wtedy i ja. Zadowolony z siebie, błąkałem się po brudnych ulicach Padołu i z satysfakcją spoglądałem na swe bursztynowe spinki.

Usłyszałem w suterynie jakiś szum i wszedłem w dym papierosów, którym przepełniony był sklepik z winem. Za kontuarem gruba Żydówka z wyłupiastymi oczyma rozlewała na prawo i lewo wino. Poprosiłem 150 gr. „Kokuru” i błysnąłem spinkami. Wypiłem haustem i przekąsiłem cukierkiem „Czapajew”. Po drugiej porcji „Kokuru” strasznie zechciało mi się z kimś porozmawiać. Pod ręką znalazł się chłopak, też w okularach, tylko strasznie smutny. Na twarzy miał wyraz rozpaczy, nie bacząc na ilość wypitego alkoholu. Spoglądał do wnętrza graniastej szklanki, próbując tam coś dojrzeć. Nie namyślając się spytałem okularnika, co szuka on na dnie szklanki. W odpowiedzi usłyszałem, że swą historyczną ojczyznę.
– Znaczy, że jesteś Żydem, – spytałem po prostu.
– Ma pan ładne spinki, – usłyszałem w odpowiedzi.
– Tak, to polskie – powiedziałem z radością.
– Znaczy pan jest Polskiem? – zapytał młody Żyd.
– A pan ma ładną oprawę okularów, – odpowiedziałem.

Potem wypiliśmy za przyjaźń polsko-żydowską i zrobiło się nam lekko. Żyd poczęstował mnie oryginalnymi Marlboro prosto z Ameryki. Patrząc na mój nos z garbkiem, spytał, czy wszyscy Polacy są podobni do Żydów. Odpowiedziałem prostodusznie, że nie wiem, bo jeszcze nigdy nie byłem w Polsce. Potem jeszcze wypiliśmy za nasze historyczne ojczyzny i ze łzami w oczach podarowałem swe polskie bursztynowe spinki Żydowi.

Na drugi dzień, gdy się wyspałem i wytrzeźwiałem, zobaczyłem na swej pomiętej koszuli dwie puste dziurki bez spinek. Nie mogłem od razu przypomnieć gdzie się podziały moje bursztynowe słoneczka, ale gdy przypomniałem sobie wczorajszy dzień, niczego nie żałowałem.

 

Eugeniusz Tuzow-Lubański
Tekst ukazał się w nr 4 (152), 28 lutego – 15 marca 2012

X