Wzgórza Wuleckie. Część I

Wzgórza Wuleckie. Część I

Dzięki uprzejmości Wojciecha Marszałka, mojego dobrego znajomego z Wrocławia i byłego lwowiaka, otrzymałem ostatnio niezwykle cenną pozycję książkową pt. „Noc morderców”.

Podtytuł książki niemieckiego kryminologa i publicysty Dietera Schenka brzmi następująco: „Kaźń polskich profesorów we Lwowie i holokaust w Galicji Wschodniej”.

Jest to praca naukowa, obejmująca 433 strony tekstu i zdjęć. Tekst opiera się na licznych źródłach archiwalnych, niemieckich, polskich, ukraińskich. Razem 859 przypisów naukowych. Wszechstronne omówienie tragedii kaźni profesorów i zagłady Żydów galicyjskich jest skrupulatnie zbadane przez autora na podstawie faktów i dokumentów. Pod tym względem zasadniczo różni się od emocjonalnych, często mało krytycznych publikacji wielu autorów, którzy nadal piszą o roli batalionu Nachtigal i Theodora Oberländera w tej sprawie. Z powodu wydania tejże książki Schenka Gazeta Wyborcza, w swoim wrocławskim wydaniu, pisała 12-13 listopada 2011 roku: „Choć od dnia kaźni upłynęło ponad 70 lat, wiedza w Polsce o tym, co zdarzyło się na Wzgórzach Wuleckich, jest nikła, a „wewnętrznie nieprzekonanych” lub niezorientowanych – tłumy… Kiedy w ubiegłym roku w TVP.INFO ks. Tadeusz Isakowicz-Zaleski stwierdził, że zbrodni na profesorach lwowskich dopuścili się Ukraińcy – z batalionów Rolland i Nachtigall – nie wywołało to żadnej redakcji prowadzącego. Bo nie miał pojęcia o czym ks. Isakowicz-Zaleski mówi”.

Na zakończenie swego artykułu w Gazecie Wyborczej Beata Maciejewicz pisze: „Może Niemiec Polaków przekona, ze w złym kierunku kierują swoje oskarżenia i pomoże zachować pamięć o wielkiej tragedii? Bo wystawić pomnik – jak to zrobił Wrocław ze Lwowem – to za mało. Trzeba jeszcze wiedzieć, dlaczego on stoi”.

Dla mnie osobiście bardzo ważną była też nota biograficzna autora i ten fakt, że pogłoska o udziale w zbrodni batalionu Nachtigall i Oberländera była kolejną, propagandową prowokacją komunistyczną, w którą tak chętnie uwierzyło tysiące Polaków, którzy nie uważają się w żadnym razie za sympatyków komunizmu.

Otóż, Dieter Schenk urodził się w 1937 roku. W Republice Federalnej Niemiec pełnił funkcję dyrektora kryminalnego oraz doradcy ds. bezpieczeństwa dyplomatów w Federalnym Biurze Kryminalnym i niemieckim MSZ. System niemieckich organów ścigania zbrodni hitlerowskich doskonale zna od wewnątrz. W 1989 roku Schenk zrezygnował z pracy w MSZ i całkowicie poświęcił się pisaniu. Jest autorem książek dotyczących ochrony praw człowieka i nazistowskich korzeni niemieckich organów ścigania. Jest wybitnym znawcą zbrodni hitlerowskich na terenie okupowanej Polski. W 1997 roku otrzymał w Gdańsku Medal św. Wojciecha, a w 2003 roku – honorowe obywatelstwo Gdańska. Od 1998 roku na Uniwersytecie Łódzkim prowadzi wykłady z historii narodowego socjalizmu. Mieszka w Hesji. W 2011 roku przyjechał do Lwowa na uroczystości odsłonięcia pomnika w miejscu kaźni profesorów lwowskich, ale organizatorzy nie udzielili mu głosu. Dlatego w polskim wydaniu swojej książki (wydawnictwo „Wysoki Zamek”, Kraków, 2011 rok) zamiast wstępu umieścił niewygłoszone we Lwowie przemówienie, które przygotował na dzień 3 lipca 2011 roku – dzień odsłonięcia pomnika Pomordowanych Profesorów Lwowskich. Schenk pisze:

„Kiedy myślę o niemieckich zbrodniach we Lwowie w latach 1941-1944 nie mogę spać. Bezsennych nocy doświadczałem wtedy, gdy przygotowując tę książkę, badałem szczegóły zamordowania polskich profesorów, ich rodzin i przyjaciół. Pisałem ją głównie dla niemieckiego czytelnika, ponieważ ta brutalna zbrodnia nazistów była w Niemczech prawie nieznana. Chciałem przyczynić się do tego, aby los przynajmniej 525 tys. pomordowanych we Wschodniej Galicji nie został zapomniany.

Zamordowanie polskich naukowców miało dalekosiężne skutki. Abstrahując od czysto ludzkiego wymiaru tragedii, zlikwidowano przedstawicieli polskiej elity, dając przy tym namacalny dowód na to, że narodowi socjaliści w swej niewyobrażalnej brutalności nie cofną się przed żadnym zbrodniczym czynem. Te zbrodnie były częścią likwidacji inteligencji, a ich sprawcy byli również głównymi sprawcami Holokaustu w Galicji Wschodniej…

Jako Niemiec wstydzę się nie tylko za zabijanie niewinnych ludzi, ale również za sądownictwo powojennych Niemiec, które uczyniło wszystko, aby mordercy nie ponieśli kary… Fakt ten był określony u nas „drugą niemiecką winą”… Gdy myślę o Polsce, to widzę serdeczny polski naród, który po tym wszystkim, co się wydarzyło, wyciąga do nas rękę na zgodę. To napawa mnie pokorą i wdzięcznością. A gdy myślę o Ukrainie, to życzę temu narodowi, by żył bez strachu, rasizmu, przemocy i ucisku. Życzę mu więcej życia w pokoju państwa z obywatelami. Współczesny naród ukraiński także wiele wycierpiał od popleczników nazistów”.

Pierwotny pomnik pomordowanych profesorów lwowskich na Wzgórzach Wuleckich (Fot. Jurij Smirnow)W swojej pracy naukowej Dieter Schenk dokładnie opisuje przebieg wydarzeń tych strasznych dni we Lwowie, kaźń profesorów lwowskich i bezpośrednich sprawców tej zbrodni. Zbrodni dokonało Sonderkommando V policji bezpieczeństwa SD (oddział specjalnego przeznaczenia), które liczyło około 250 osób z SS-Standartenfürerem Eberhardem Schöngarthem na czele.

Niezależnie od innych rodzajów wojsk niemieckich, sztab Sonderkommando wyruszył 2 lipca 1941 roku z Krakowa do Lwowa, dokąd dotarli późnym popołudniem. Noclegi mieli przygotowane w dawnej Szkole Kadetów. Do sztabu we Lwowie dołączyły grupy SS-manów, wysłanych z Krakowa (150 osób), Warszawy (50 osób), Lublina (30 osób) i Radomia (20 osób).

Kolejny dzień – 3 lipca – poświęcono na wstępne rozpoznanie miasta, nawiązanie kontaktów z innymi służbami niemieckimi… W godzinach wieczornych, 3 lipca, Sonderkomando V rozpoczęło skoordynowaną akcję wymierzoną w nauczycieli akademickich Lwowa. Jedną z tajemnic pozostaje nadal wybór konkretnych osób do aresztowania. Lista prawdopodobnie była sporządzona jeszcze w Krakowie. Ale kto ją sporządził i dlaczego wybrano tych, a nie innych naukowców, pozostaje w tej tragicznej historii białą plamą.

„Wybór tych konkretnych osób za cel operacji, – pisze Schenk, – był absolutnie niedorzeczny, w większości chodziło bowiem o naukowców w podeszłym wieku, oddanych swoim dyscyplinom naukowym”. Nikt z nich nie zajmował się polityką. Aresztowanie profesorów Schöngarth zlecił kilku mniejszym patrolom, które z reguły składały się z oficera SS i dwu SS-manów. Nosili oni mundury Gestapo. Aresztowanych – w niektórych wypadkach z żonami, dorosłymi dziećmi i służbą – ładowano na ciężarówki i przewożono do Bursy Abrahamowiczów.

Jedynym profesorem, który przeżył kaźń i opisał swe aresztowanie, był Franciszek Groër z Instytutu Medycznego. Na podstawie zeznań krewnych rozstrzelanych profesorów i dokumentów archiwalnych Schenk ustalił nazwiska wszystkich, kto brał udział w aresztowaniach i podał listę w swojej książce.

Jako tłumacze w aresztowaniach uczestniczyli też członkowie ukraińskiej policji, ale żadnego z ich nazwisk ustalić się nie udało (ciekawe, skąd tak biegła znajomość niemieckiego u „zwykłych” policjantów?). Wykonywali oni rolę całkiem podrzędną. Zachowanie gestapowców w każdym konkretnym przypadku zależało od oficera-dowódcy.

Np. „…w mieszkaniu prof. Longchamps de Bėrier gestapowcy zachowywali się wyjątkowo ordynarnie, zrzucili na podłogę radio, a profesorowi wyrwali z ręki papierośnicę… Zaś Wanda Mięsowicz, córka prof. Sołowija, podkreślała po wojnie, że dowódca oddziału, dokonywującego aresztowania, siedział z nią w jadalni i był bardzo uprzejmy. Jak twierdziła, nie mogła uwierzyć, że ten człowiek był w stanie sprowadzić na nią takie nieszczęście. W domu prof. Ostrowskiego gestapo zachowywało się brutalnie i ordynarnie…”.

Wszystkich aresztowanych przywieziono samochodami do bursy Abrahamowiczów, która znajdowała się w połowie drogi pomiędzy Szkołą Kadetów i Wzgórzami Wuleckimi. Schöngarth ze swoimi pomocnikami-gestapowcami ze sztabu Sonderkommando V osobiście prowadził przesłuchania aresztowanych. Około 36-40 osób aresztowanych znajdowało się na korytarzu i czekało na swój los.

Prof. Franciszek Groër opowiadał, że „równocześnie z piwnicy bursy słychać było przekleństwa gestapowców, krzyki i wystrzały”. Po przesłuchaniu wszystkich aresztowanych podzielono na trzy grupy. W najliczniejszej znajdowało się 38 osób, wśród nich 21 profesorów. W mniejszej było 6 osób, a w kolejnej – 5 osób, głównie ze służby profesorów Ostrowskiego i Greka, woźny z politechniki i prof. Groër. Tych ostatnich 7 osób zwolniono wczesnym rankiem 4 lipca.

Podczas przesłuchania zastrzelono jednego z aresztowanych. Był to inżynier Adam Ruff, syn dr medycyny Stanisława Ruffa. Wszyscy aresztowani byli narodowości polskiej, jedynie rodzina Ruffów (trzy osoby) była pochodzenia żydowskiego.

Jurij Smirnow
Tekst ukazał się w nr 7 (155) 13–26 kwietnia 2012

Wzgórza Wuleckie. Część II

Wzgórza Wuleckie. Część III

X