Nacjonalizm i przyszłość – próba diagnozy

Nacjonalizm i przyszłość – próba diagnozy

Dziękuję Ci, Boże, że nie jestem moskalem! (Fot. zhzh.info)Zmieńmy troszeczkę temat. Kiedyś byłeś uznawany za niemalże separatystę, właśnie zachodnioukraińskiego.
Była to w istocie taka gra. Było to naprawdę bardzo wąskie grono osób, składające się z malarzy, dziennikarzy, naukowców. Byli z nami nie na długo też politycy, ale pewnie było im niezbyt ciekawie. Była to ucieczka od kuczmowskiej postsowieckiej atmosfery. Kiedy wykształceni i estetycznie wrażliwi ludzie nie widzą w państwie swej perspektywy, widzą, jak tę perspektywę im brutalnie odbierają, to w celu ocalenia swego świata zaczynają szukać alternatywnych dróg. Myślę, że członkowie tej grupy uciekli od rzeczywistości w przeszłość właśnie dlatego, że wydawała się im przychylna.

Chodzi mi tu o dawną historię, bo okres II wojny światowej nie wydaje się zbyt kuszący. Klub gloryfikował tę austriacką przeszłość, która trwała 150 lat. Jego członkowie wyimaginowali sobie, że wtedy rzeczywiście było dobre życie w spokoju i zgodzie, że wszyscy mogli spokojnie tworzyć i co najważniejsze – należeć do Europy. Dlatego też jesteśmy Europejczykami. Nikt nie zastanawiał się nad przełomowymi zmianami, które przyniosła II wojna światowa – ludobójstwo na Żydach, deportacje Polaków, przyjazd na te tereny Rosjan i wschodnich Ukraińców. Członkowie tego nieformalnego klubu, którzy utożsamiali się z Galicjanami, nie byli nimi w istocie. Pochodzę z zachodniego Polesia, moi znajomi są pół Rosjanami, inni członkowie też mieli różne pochodzenie. Nie byliśmy stuprocentowymi Galicjanami, jeśli można to tak potraktować. Obecni mieszkańcy byłej Galicji też nimi nie są. Od tylu lat gotujemy się w jednym kotle. Ukształtował się już na tych terenach konglomerat ludzi, z którego ciężko jest wyodrębnić prawdziwych Galicjan. Wszystko to składa się na to, że klub działał na poziomie performansu artystycznego – lekkiej ucieczki od rzeczywistości. Nie więcej. Nigdy przecież nie stworzyliśmy żadnego ruchu politycznego czy partii.

Szybko natomiast zjawili się krytycy tego zjawiska – wielcy patrioci, nacjonaliści, a nawet historycy o liberalnych poglądach. Zawzięli się krytykować klub, nawet powstały wiersze o zdrajcach i spiskowcach! W gruncie, wszystko to wyglądało bardzo komicznie. Mój artykuł „Widmo separatyzmu” był naturalną reakcją na jeden z artykułów znanego lwowskiego historyka, który w gazecie POSTUP krytykował separatystów. Było to jakby wyjaśnieniem sprawy – żadnego separatyzmu nie ma i proszę nie walczyć z wiatrakami. Jeśli jakiś separatyzm zrodzi się, to tylko na terenie Wschodniej Ukrainy. Na pewno nie na Ukrainie Zachodniej, gdzie faktycznie panuje ideologia jedności, a może lepiej zjednoczenia. Dla zachodnich Ukraińców na pierwszym miejscu jest wielka i niepodzielna Ukraina, a już na jakimś czwartym czy piątym – tożsamość lokalna. Dominuje tu wielkoukraińska tożsamość narodowa. Wspomniany ruch, a może nie ruch – tylko klub, wydał jednak dość ciekawe owoce. Powstał na przykład poświęcony mu cykl obrazów znanego lwowskiego malarza Wołodymyra Kostyrki. Toczyliśmy bardzo ciekawe dyskusje i jeśli ktoś napisze później swe wspomnienia, będą z pewnością ciekawe.

Idee klubu czy platformy, która by pokazywała inne wartości, niekoniecznie trzeba sprowadzać do separatyzmu. Może wręcz pomóc w dziele mentalnego zjednoczenia Ukrainy, w tym zbliżeniu do Europy, do świata.
Rzeczywiście. Niestety, jakoś tak się ułożyło na Ukrainie, że wszystko powinno się mierzyć na „prokrustowym łożu” kanonicznych poglądów. Dla Ukraińców, dla tzw. „prawdziwych ukraińskich patriotów” słowo „federalizm” czy „federacja” brzmi bardzo brutalnie i wręcz niecenzuralnie. Są w wielkim błędzie. Choć Ukraina według konstytucji jest państwem unitarnym, jednak mieści w swym składzie Autonomiczną Republikę Krym. Nie jesteśmy ani unitarnym, ani federalnym państwem. Myślę, że federalizacja rozstrzygnęłaby szereg problemów, zwłaszcza w dziedzinie kulturalno-historycznej. Zwalczone zostałyby stereotypy na przykład o tym, że ktoś kogoś karmi i o tym, że czyjaś kultura jest lub nie jest pełnowartościowa. Ludzie nauczyliby się żyć w granicach swych małych ojczyzn, współżyć i myślę, że to pozytywnie zmieniłoby współczesne oblicze Ukrainy.

Powoli świat idzie w kierunku regionalizacji. Tak naprawdę, coraz ważniejsze stają się regiony, nie tylko państwa. Jedno zresztą nie przeczy drugiemu.
Piętnaście lat temu brałem udział w dużej konferencji w Berlinie. Bardzo zdziwił mnie jeden fakt. Omawiano kwestię likwidacji granic międzypaństwowych w Unii Europejskiej i związany z tym wzrost roli regionalizmu. Wchodzące w skład poszczególnych państw regiony ukształtowały się przecież historycznie, nauczyły się żyć bez granic i zachowywać swą identyczność w wewnętrznych warunkach konkretnego państwa. Regiony posiadają swą autonomię. Kiedy państwo rzeczywiście traci granicę i wlewa się w dużą ludzką wspólnotę, historyczne regiony nie tracą swych granic. Z tego też powodu regionalizacja będzie się potęgować tak w Europie, jak i na Ukrainie. Myślę, że w Ukrainie regionalizacja zdążyła już nabrać nienormalnego wyglądu, powiedziałbym – „specyficznie ukraińskiego”. Powinniśmy rozstrzygnąć tę kwestię i to bardzo kardynalnie.

X