Nacjonalizm i przyszłość – próba diagnozy

Nacjonalizm i przyszłość – próba diagnozy

Nacjonalizm - to choroba (Fot. blogs.korrespondent.net)Genezy dzisiejszych problemów z nacjonalizmem, należy więc szukać w sowieckiej propagandzie. Grunt do tego został przygotowany jeszcze za czasów sowieckich. Ziarno padło na przygotowaną glebę, społeczeństwo odwykło od własnych poszukiwań, po prostu jeden stereotyp został zastąpiony innym.
Tak. Za władzy sowieckiej tak było. Skąd mogliśmy dowiedzieć się o okresie ukraińskich walk niepodległościowych podczas II wojny światowej? Jedynie z sowieckich źródeł propagandowych, książek, w których poddawano je totalnej krytyce. Jako studenci historii, czytaliśmy te źródła nawet dobrowolnie, mogliśmy bowiem wyłowić z nich pewną kanwę historyczną.

Powinniśmy bardzo krytycznie to wszystko traktować. W tzw. „specschranach” ukryto literaturę, w której te wydarzenia były opisane inaczej – to literatura powstała na Zachodzie czy materiały z okresu przedwojennego. Ludzie mieli wrażenie, iż prawdziwa historia jest ukryta nie tylko przed nimi, ale również przed historykami. Panowało przekonanie, że sowieccy historycy niczego nie mogą przecież ani wiedzieć, ani powiedzieć. A KGB ukryło prawdziwą historię w zamkniętych archiwach. Panowała opinia, że prawdziwa historia jest dostępna jedynie w diasporze – tam, gdzie wszystko swobodnie się rozwija. Okazało się to ogromnym błędem.

Historia, o której pisano w Kanadzie i USA w stosunku do II wojny światowej była tak samo bardzo mocno zindokrtrynowana, jak w ZSRR. Może trochę słabiej, ale jednak. Nie mówię tu o kanadyjskich czy amerykańskich uniwersytetach, których badania i publikacje były na bardzo wysokim poziomie. Chodzi mi o różnego rodzaju fundacje, które ukształtowały się przy OUN i wydawały mnóstwo ideologicznej literatury w stylu, czy w granicach ideologicznych OUN-b. Duża część takiej literatury wpłynęła też na nasze tereny w ostatnich latach istnienia ZSRS i po jego rozpadzie. Kanadyjskie i amerykańskie fundacje pozakładały w Ukrainie swoje placówki i zaczęły odnawiać tu swoją siatkę organizacji nacjonalistycznych.

Faktycznie odbyło się przeniesienie ideologii, poglądów na pewne okresy historii Ukrainy, zwłaszcza na okres II wojny światowej. Ze środowiska ukraińskiej diaspory przeniesiono też konflikt między OUN-b i OUN-m – „banderowcami” i „melnykowcami”. Potwierdzeniem mojej tezy jest fakt, że organizacje powiedzmy „banderowskie” i „melnykowskie” powtarzają obecnie na Ukrainie losy organizacji, które istniały kiedyś w Kanadzie i USA. Na to wszystko nakładają się jeszcze dwie kwestie. Niezwykle ważne. Pierwszą jest pragnienie społeczeństwa do poznania prawdziwej historii. Drugą natomiast to, że prawdziwa historia przychodzi do nas za pośrednictwem aktywnych jej uczestników razem z wyznawaną przez nich ideologią. Niby uwolniliśmy się od jednej ideologicznej doktryny, a już z łatwością konsumujemy inną. To potrzeba mocno ugruntowana w czasach Związku Sowieckiego, a poniekąd jesteśmy wciąż społeczeństwem sowieckim.

 

Ukraińscy nacionaliści (Fot. falangeoriental.blogspot.com)Wydaje mi się, że ten mechanizm działa nadal. W społeczeństwie ukraińskim ciągle funkcjonuje stereotyp, który mówi, że o przeszłości dalej niczego nie wiadomo. Czyli – możemy się dowiedzieć albo od babci, albo właśnie od kogoś innego. Istnieją prace historyczne i badania na te tematy, ale praktycznie wszystkie są niedostępne szerokiemu społeczeństwu – nie dlatego, że ktoś je schował. Po prostu nie są odpowiednio nagłośnione. Myślę, że tu tkwi pewien problem.
Oczywiście. Mamy tu do czynienia z ogromnym problemem recepcji przeszłości. Wiemy przecież, jakie były sowieckie realia. Jedno człowiek powinien był mówić oficjalnie, o całkiem innym rozmawiał, powiedzmy w rodzinie, a jeszcze całkiem co innego myślał naprawdę. Mamy więc do czynienia nawet nie z rozdwojeniem jaźni, ale rozrtojeniem.

Bardzo komplikuje to pracę historyków. Historia przekazywana ustnie z pokolenia na pokolenie jest bez wątpienia bardzo cenna i ciekawa. Problemem tkwi w tym, że rodzinne historie są w dużym stopniu zmitologizowane. Przepełniają je mity o bohaterstwie i szlachetności członków tej czy owej rodziny. Taką już jest ludzka natura. Powinniśmy jakoś odsiać te wszystkie mity, zbliżyć się do ustnej historii, ale też poddać ją weryfikacji. Ważna tu jest jeszcze jedna kwestia. Zbiorowa świadomość historyczna na Ukrainie po rozpadzie ZSRR kształtowała się rzeczywiście bardzo sporadycznie i w warunkach terytorialnego dwupodziału. Za klasyczny, kanoniczny wariant ukraińskiej historii, zwłaszcza okresu II wojny światowej, na Ukrainie Zachodniej przyjęto wariant „hałycki”. Mało tego, kanonizowano go i ogłoszono jedynym właściwym.

W gronie nosicieli tej świadomości historycznej zrodził się mesjanistyczny cel: donieść prawdziwą historię do naszych braci –Ukraińców ze wschodu, których okłamała i zaćmiła sowiecka propaganda i którzy nie znają prawdziwej historii. Doszło do tego, że w celu rozpowszechniania tej „prawdziwej historii” – czyli takiego „hałyckiego” wariantu historii, całe ekspedycje jechały z Zachodniej Ukrainy na wschód (na Krym czy do Donbasu), co nie mogło zostać niewykorzystane przez wschodnioukraińskich ideologów i polityków.

To było faktycznie początkiem bardzo cienkiej gry mającej na celu dualistyczny, antagonistyczny podziału państwa na dwie Ukrainy. Wschód Ukrainy straszono jej Zachodem, który tylko czeka by zawojować wschodnie terytoria. Ludzi straszono, że przyjdą banderowcy, zacznie się przymusowa ukrainizacja itd. Mówiono: my na wschodzie zbudowaliśmy taki wspaniały przemysł, pracujemy by wyżywić tych krzykaczy „Galicajów” z zachodu, a oni – darmozjady, tylko krzyczą i chcą nas zawojować. Karmimy całą Ukrainę, w tym „wujków” ze Lwowa też. A zaczęło się niewinnie. Sprawa pozornie neutralna – historia. Ale jak to się przejawiło w realnej polityce! Konsekwencje wprost niewyobrażalne.

X