Miniskansen Polaka w Borysławiu

Oficjalna trasa turystyczna w Borysławiu zaczyna się od położonego w centrum miasta przy ulicy Mickiewicza 7 prywatnego muzeum Sergiusza Syłantiewa, prezesa regionalnego Towarzystwa Kultury Polskiej. Tak zadecydowały władze miejscowe po wizycie burmistrza do niezwykłego domu krajoznawcy. Jest on też opiekunem śladów polskości w Zagłębiu Borysławskim i na Bojkowszczyźnie.

Poznałem Sergiusza osiem lat temu. Zwrócił się wtedy do redakcji Kuriera Galicyjskiego o pomoc. Potrzebował wsparcia informacyjnego dla swego pomysłu, by umieścić w Podbużu tablicę upamiętniającą 210. rocznicę urodzonego w tej miejscowości Józefa Dietla – lekarza, pierwszego polskiego balneologa, rektora Uniwersytetu Jagiellońskiego, prezydenta Krakowa, polityka. Pojechaliśmy razem do Podbuża, spotkaliśmy się z wójtem, a w październiku 2013 tablica została tam uroczyście odsłonięta z udziałem społeczności miejscowej i gości z Polski.

W tamtym czasie Sergiusz zobaczył na FB zdjęcie huculskiej chałupy na mojej działce we Lwowie. Powiedział, że chciałby sobie też taką sprowadzić, ponieważ od samego dzieciństwa chciał mieć taką chałupę i w niej mieszkać. Niedługo po naszej rozmowie przeniósł drewnianą chatę z Huculszczyzny do Borysławia.

– Miałem wówczas taką sytuację, że musiałem sobie jakiś dom wybudować i rozwiązaniem było przeniesienie takiej chałupy – wyjaśnił. – Oryginalna, jest z 1804 roku, z wioski Wyżny Berezów koło Kosowa. Pozostała na niej przedwojenna tabliczka z adresem po polsku: Berezow Wyzny 52. Jeździłem tam i kolega odszukał mi taką chałupę. Potem wraz z kolegami rozebrał ją i przywiózł do Borysławia. Na początku była przeznaczona na mieszkanie, tylko częściowo na muzeum, bo miałem dużo rzeczy. Potem ściągnąłem też drewniany śpichlerz z 1861 roku, z Hubicza. Jest to dzielnica Borysławia. To była najstarsza budowa tego typu w naszym mieście. I właśnie w tym śpichlerzu mam teraz prywatne muzeum.

W śpichlerzu można zobaczyć różnorodne antyki: kamienie młyńskie, beczki, skrzynię, ławki, narzędzia do obróbki lnu i szczotki do jego czesania, łopatkę do wydmuchiwania zboża, termos o niezwykle dużych rozmiarach, w którym noszono posiłki na pole, warsztat ślusarski, separator, odzież, obuwie, stroje ludowe oraz wiele innych ciekawych eksponatów.

– Większość tych rzeczy była w opłakanym stanie – mówi Sergiusz. – Trzeba było to wszystko odczyścić, co drugi rok obrabiam drewno od kornika. Może jeszcze będzie taka możliwość, aby ściągnąć chałupę z gór, z rejonu Turki, by pokazać ludziom, jak wyglądała bojkowska chałupa. Pozostało już mało takich chat. Jeżeli gdzieś jest, to nie do przeniesienia, albo nie chcą sprzedać. Ale to jest kwestia czasu.

Najpiękniejszym i nieco tajemniczym miejscem w siedzibie Sergiusza Syłantiewa jest świetlica, gdzie prawie każda rzecz tchnie historią. Są to okruchy dawnej stolicy polskiej nafty i mieszkańców Zagłębia Borysławskiego.

Pytam, jak w czasach sowieckich zachowała się w Borysławiu polskość, język, wiara katolicka w pozostałych w tym mieście rodzinach polskich i w rodzinach mieszanych? W jakich językach się rozmawiało?

– W domu była dwujęzyczność, rozmawialiśmy po polsku i po ukraińsku – wspomina Sergiusz. – To samo było z sąsiadami. Wiedziało się, kto jest Polakiem i z nimi rozmawiało się po polsku, z Ukraińcami po ukraińsku. Była dwa razy kolęda, chodziliśmy dwa razy – do Polaków na polskie święta, do Ukraińców na ukraińskie święta. Tak że od samego dzieciństwa było tak, że człowiek jest przyzwyczajony właśnie do różnonarodowości. I tak jest u nas do dziś. Dziś to już mało jest ludzi, którzy rozmawiają po polsku. Starsza generacja częściowo już odeszła. Z młodych ktoś to przejął po starszych, ktoś nie, ale w większości rodzin polskość w Borysławiu jeszcze przetrwała.

Gospodarz częstuje kawą parzoną na wodzie mineralnej ze swej studzienki. Na pytanie, kiedy się zainteresował kolekcjonerstwem i krajoznawstwem, Sergiusz stwierdził, że miał to od dzieciństwa.

– To od mojej babci Anny – powiedział. – Po niej mam szafę, krzesła, bambetel, lampę. Tu jest dużo ciekawych rzeczy rodzinnych. Zbiór pamiątek polskości zaczął się od jednej starej tabliczki z numerem domu i nazwą ulicy. Potem ściągnąłem jeszcze jeden numer, potem kolega przyniósł drugi. To są faktycznie znikające ostatki polskości. Prosiłem też znajomych, aby przynosili zdjęcia z archiwów domowych. Ktoś oddawał, ktoś udostępniał, aby zeskanować i oddać oryginał. Niektóre stare rzeczy dawali mi koledzy, coś kupowałem i tak gromadziłem te zbiory. Za każdą rzeczą kryje się własna historia. Stół i komodę kupiłem od znajomego w Tustanowicach, jest taka dzielnica w Borysławiu. Znajomy przyniósł mi lampę górniczą. Jego dziadek kiedyś pracował w górnictwie. W Borysławiu wydobywano też wosk górniczy.

Sergiusz pokazał mi ludowy strój damski i wyjaśnił:

– To jest unikatowy strój polski z lat 30., z wioski Stupnica Polska koło Drohobycza. Tak ubierali się tam Polacy przed wojną. Znajoma przekazała mi dwie spódnice, gorset, koszulę i chustkę, oprócz zapaski. Jej ciotka ubierała się w ten strój, gdy szła na odpust. Na wzór jej stroju, kiedy były dożynki w Drohobyczu, wioska szyła sobie takie stroje na pochód, bo każda wioska szła w swoich strojach.

W zbiorach Sergiusza Syłantiewa jest też kilka rzadkich pamiątek po Żydach, dawnych mieszkańcach Borysławia.

– Kiedyś sąsiad niedaleko ode mnie rozbierał starą chałupę, zobaczyłem tam starą blachę, a na niej było kilka liter po polsku – opowiadał o kolejnej swej przygodzie. – Powiedział, że jego to nie interesuje i może mi to sprzedać jako złom. Jasne, że kupiłem. Okazało się, że to był cały szyld. Kiedyś Żyd Josyf Berg miał tam skład starego żelastwa, narzędzi i rur wiertniczych. Podobnie było z odnalezieniem szyldu z nazwą „Cukrownia Lida”. Szedłem na cmentarz i zobaczyłem niedaleko od swego domu przy wejściu do piwnicy. Pani oddała go za darmo. To są dwie takie pamiątki zachowane po dawnych sklepach borysławskich. Jeszcze mam maszynkę do krojenia wędlin z dawnego sklepu w naszym mieście. A to – oryginalne dzieło sztuki „Kwiat lipowy”, które pochodzi z apteki Jana Zeha przy ulicy Kościuszki w Borysławiu, kupiłem je od pewnego kolekcjonera za symboliczną cenę.

Sergiusz mówi, że wszystko, co zgromadził, to są ostatki przeszłości jego małej ojczyzny. Kolekcjonerzy w ciągu lat jeździli od chaty do chaty i ten kufer jest już wyczerpany. Ostatnio dużo rzeczy kupił na aukcjach.

Fot. Z archiwum Sergiusza Syłantiewa
{gallery}gallery/2020/miniskansen_Boryslaw{/gallery}

Miniskansen Sergiusza Syłantiewa zaistniał bez oficjalnego otwarcia, ale od razu stał się popularny.

– Dla wielu ludzi to było zaskoczenie, ale ja byłem też zaskoczony, że taką rzeczą ktoś się zainteresuje – nie ukrywa swoich emocji Sergiusz. – Dużo ludzi miejscowych, bardzo uczniów ze szkół razem z nauczycielami odwiedziło już moje muzeum. Również władze miasta wpierają moje działania i zapewnili, że będą nadal wpierać. Był u mnie burmistrz i jego zastępca. Od mojej chałupy zaczyna się teraz szlak turystyczny po pięciu lokacjach powyżej mego domu. Dalej jest źródło wody mineralnej „Naftusia”, studnia z ropą. Będzie jeszcze wieża widowiskowa i wejście na dawną wieżę szybową. Znam kilka osób, które mają miniskanseny na Ukrainie. Wymieniamy się rzeczami, ktoś komuś coś sprzeda. W Polsce takich osób jeszcze nie poznałem. Teraz te wszystkie plany pokrzyżował koronawirus.

Jak wspomniałem na początku, Sergiusz Syłantiew jest prezesem Regionalnego Towarzystwa Kultury Polskiej w Borysławiu. Jest tam jeszcze Polskie Towarzystwo Kulturalno-Oświatowe „Zgoda” i odział TKPZL, do którego wcześniej należał.

– Czemu nasze Towarzystwo nazywa się regionalne? Dlatego, że wzięliśmy jeszcze ostatki Polaków po wsiach, tych którzy pozostali w Zagłębiu Borysławskim. Po wsiach zostało bardzo mało Polaków. Rozpytywałem ludzi. Pojechaliśmy do Podbuża, tam nam podpowiedziano, gdzie mieszka jedyna Polka. I tak pomału zgromadziliśmy naszą organizację. Pozbieraliśmy te rodziny, które jeszcze czują się Polakami. Moja babcia pochodzi ze wsi Smólna, która jak większość wiosek na ziemi drohobyckiej była podzielona: pół wioski polska, druga połowa – ukraińska. Zostało tam jeszcze kilku Polaków. I jest tam jeszcze jedna rodzina wielodzietna Rabotyckich, która zachowała polskość. Do dziś obchodzą tylko święta polskie. Karol Rabotycki, który ma 92 lata, dokładnie pamięta piosenki, kolędy i zachował język, mówi gwarą, którą gadało się w naszej okolicy. Drugą osobą jest Helena Marycz, która mieszka w Podbużu. Ona też nie miała styczności z literackim językiem polskim. Zachowała język swój, z domu. W Schodnicy zachowała się tylko jedna rodzina polska. Myśmy do nich jeździli. Oni powiedzieli, że z nami się skontaktują, dołączą do naszej organizacji.

Pierwszym zadaniem naszej organizacji jest upamiętnienie miejsc związanych z polskością. W zeszłym roku mieliśmy poświęcenie krzyża we wsi Urycz. W 1939 roku spalono tam w stodole stu podhalańczyków. Nasza organizacja postawiła tam krzyż. Mamy pod opieką cmentarze w Schodnicy, Podbużu, Stupnicy, Borysławiu i w Smolnej.

Sergiusz Syłantiew koordynuje też akcję ratowania kaplicy w Ilniku koło Turki. Pokazuje ten obiekt na zdjęciach:

– Jest to bardzo ładny zabytkowy kościółek drewniany. Współpracujemy z księdzem z Turki, z mieszkańcami tej wsi. Połataliśmy dach, który był w bardzo opłakanym stanie. Razem ze wspólnotą gminy Czarna z Polski zrobiliśmy podparcie sygnaturki, aby nie uciskała dachu. A dalej szukamy jakiegoś sponsora, aby uratować ten unikalny kościołek, żeby nie runął. Przede wszystkim szukamy obecnie architekta, żeby pojechał z nami i ocenił stan tego kościółka, by wycenił prace i powiedział, jak zabezpieczyć go na przyszłe lata. Podobnie był uratowany kościół drewniany w Rozłuczu koło Turki czy przeniesiony do lwowskiego skansenu kościół drewniany z okolicy Brodów. Może pomoże nam też Instytut POLONIKA.

Na pożegnanie Sergiusz Syłantiew zaprosił Kurier Galicyjski, by odwiedzić polskich mohikanów w Smólnej oraz wspierać informacyjnie ratowanie kaplicy w Ilniku.

Konstanty Czawaga
Tekst ukazał się w nr 23 (363), 15–28 grudnia 2020

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

X