Lwów nad Tamizą

Lwów nad Tamizą

Do lwowiaka – nostalgicznego acz praktycznego rodaka – Filip został zaproszony na kolację i na pogaduszki o starych Polakach:
– Pan już swoje lata ma i tak się sam jeden tuła po świecie, chyba trudniej panu niż młodym na obcej ziemi? Pan rodem z centralnej Polski? U nas się mówiło z Kongresówki.

– Mówiliście też, że my są zza kordonu.
– A tak, rzeczywiście, tak się też u nas mówiło. Może i łatwiej panu, bo my kresowiacy to po dwakroć utraciliśmy dom. Był pan może we Lwowie? Z kraju bliżej niż z Londynu. Tak pytam, każdego o to pytam. Bo nas Polaków nie lubią w Europie. Dlaczego mieli by nas lubić? Temat kontrowersyjny się im zadzierzgnął. Więc gospodarz szurnął na bezpieczniejsze wody.

– Widział pan Lwów na własne oczy, był pan we Lwowie? – Zachował  i uchronił  to cudowne przedniojęzykowe „ł” kresowe.
–  A to się wi – Filip przyjął konwencję – Owszem, kilka razy, pierwszy raz w latach 70. za Gierka, przejazdem z wycieczką do Rumunii, mieliśmy dwie godziny postoju, we Lwowie, powłóczyłem się po mieście, potem byłem dwa razy już na własną rękę. A w latach 80. to już chyba z pięć albo sześć razy.

Gospodarz ożywił się. W powieściach z XIX wieku taki stan opisywano jako pokraśniał.
– Mamciu moja, a to mi się znajomość trafiła, Polak, który po wojnie był wiele razy w moim Lwowie. Musi mi pan wszytko opowiedzieć ze szczegółami, był pan może na ulicy Zimorowicza? Co ja mówię – nawet jak pan był, to pan może nie wiedzieć, bo nazwy ulic też pozmieniali. Pana rodzina miała jakieś związki ze Lwowem?

Filip skrzywił się, właściwie sam nie wiedział dlaczego. Może dlatego, że jego odpowiedź mogła sprawić przykrość, – Tak zasadniczo i bezpośrednio to nie, ale z Trembowlą i Buczaczem to tak. Pewien syn młynarza spod Brzuchowic ożenił się z moją ciotką. Zanim trafił do Kongresówki ukończył szkołę kadetów we Lwowie.
– W Brzuchowicach ja miałem ciotkę, była siostrą w zakładzie przeciwgruźliczym.

W saloniku urządzonym już w stylu angielskim na ten jeden wieczór zapanował duch dawnego Lwowa, który zaszportał się nad Tamizę. „A toś sobie bratku scenerię wybrał” – pomyślał Filip, patrząc na te lampy z tkanymi abażurami, staroświeckie pianino, porcelanę wystawioną na gzymsie popularnego na Wyspach elektrycznego kominka, na te fotografie polskie, włoskie, angielskie i Bóg raczy wiedzieć jakie jeszcze, poduszki pokryte czerwono-czarną poszewką leżące swobodnie na sofie, w towarzystwie skórzanych foteli i starego, popękanego serdecznie zielono skórzanego albumu i ościstej mgły za oknem – „na spotkanie z dawnym Lwowem”.

– Teraz napijemy się czegoś przyzwoitego, koniaczku francuskiego, takiego jaki się piło przed wojną. Niech pan się nie krępuje i zastosuje do pouczeń Wespazjana Kochowskiego: w kościele bądź nabożny, a pouczny w szkole, w polu bitny, w grze wesół, żartowny przy stole.

Wypili po koniaku, zanim Hinduska – gospodyni dochodząca postawiła na stole polski sernik upieczony na brytyjskiej ziemi.
– No, frygaj pan śmiało – zachęcał i popędzał gospodarz.

Drugi toast, już z gospodynią (wcale się nie opierała) Filip wzniósł ten najpierwszy ze wszystkich polskich toastów i najbardziej starożytny: Za nasze polskie życie! Za nasz polski los!

X