Kibicując z oddali

Kibicując z oddali

Fot. deviantart.comPomimo trąbienia przez propagandę bolszewicką o równouprawnieniu wszystkich narodów w „wielkiej rodzinie socjalistycznej” i dozgonnej ich przyjaźni, najlepiej w Związku Sowieckim mieli rdzenni Rosjanie. Przedstawicieli innych nacji mniej lub bardziej otwarcie podejrzewano o szowinizm lub jakąś nieprawomyślność. Pokazuje to dobitnie zakłamanie tej nieludzkiej ideologii. Mogłem rozpłynąć się w masie, „rozbawić”, jak mówią Rosjanie. Po polsku „rozbawić” całkiem przecież odmienny sens ma, wesoły taki. Tymczasem w tym nic śmiesznego nie było. Wyobraża pan sobie, przez całe życie pozostawać wiernym sobie, wbrew przeciwnościom? Gdybym tylko zrezygnował ze swoich przekonań, przestał być tą czarną owcą (czy białym krukiem, wszystko zależy od punktu widzenia), wtopił się w tło jak inni… Wtedy łatwiej byłoby znosić ten los. Ale ja nie mogłem. Ta Polska tkwiła we mnie cały czas. Pozostałem wierny sobie. I bratu przede wszystkim.

Nie, jakieś poważniejsze represje mnie nie spotkały. Ot, parę razy natarto mi uszu, awans wstrzymano. „Hardym Polaczkiem” przezwano. Na rozmowy mnie wzywali. I sąsiedzi, jak to w Rosji, bardziej podejrzliwie i uważnie mi się przyglądali. Do późnych lat osiemdziesiątych z żadnymi rodakami kontaktów praktycznie nie utrzymywałem. Chociaż w gazetach w kółko pisano o serdecznych więziach łączących ludzi sowieckich z budującymi socjalizm Polakami, faktycznie o tym, co dzieje się na zachód od ZSRS, niewiele można było się dowiedzieć. Po wojsku zatrudniłem się w bibliotece w Omsku, trafiłem tam przypadkiem na polskie książki. Była to dla mnie niezwykłe wydarzenie, czytałem nocami, bez wytchnienia. W połowie lat sześćdziesiątych znajomy z przedsiębiorstwa rozpowszechniania filmów zaprosił mnie na kilka pokazów polskiego kina. Wtedy na ekranie zobaczyłem, jak wygląda Polska.

Widziałem również, co na olimpiadzie w Moskwie pokazał Władysław Kozakiewicz. Bardzo dobrze go rozumiałem. Też był pod Sowietami, urodził się w Solecznikach pod Wilnem. Czułem to samo, co on, jednak w odróżnieniu od polskiego mistrza lekkoatletyki nie tylko w ciągu krótkiego występu na stadionie, ale przez niemal czterdzieści lat.

Kiedy stuknęła mi pięćdziesiątka, o Polsce zaczęto w Rosji mówić częściej i gorzej. To już nie był ten przyjacielski kraj, którego klasa pracująca zdołała stłumić kontrrewolucję „Solidarności”. Wychodziło na to, że ci, którzy chcieli obalić z takim wysiłkiem budowany nad Wisłą socjalizm, teraz dochodzą do władzy. Nagle Polska okazała się siedliskiem spekulantów i warchołów. Poszła dobrowolnie na pasek imperialistów, przed którymi prawie pół wieku własną piersią zasłaniała ją Armia Czerwona.

Po tym, jak Polska opuściła czerwony obóz i zwróciła ku Zachodowi, ta moja ojczyzna, której na dobrą sprawę nigdy nie zaznałem, za jednym zamachem przybliżyła się do mnie i oddaliła zarazem. Jak to możliwe? Ano tak: oddaliła, bo, według Rosjan, wśród których żyję, zdradziła. Kogo czy co, tego dobrze nie wiadomo, ale nikt tu się nad tym głębiej nie zastanawia. Najczęściej powtarza się przy takiej okazji frazesy o rodzinie socjalistycznych narodów lub o wspólnocie słowiańskiej. Polska odpłaciła czarną niewdzięcznością za pomoc, jakiej Związek Sowiecki udzielał jej przez tyle lat, za wyzwolenie spod hitlerowskiego jarzma. „Gdyby nie nasi żołnierze, których poległo w Polsce sześćset tysięcy, Polaków czekałaby zagłada z rąk Niemców” – przekonują Rosjanie. Nie pomyślą  przy tym, aby zapytać tych swoich „słowiańskich braci”, co oni sami sądzą na ten temat.

Zaczęły w Rosji powstawać stowarzyszenia polskie. Często były one początkowo powiązane z organizacją „Memoriał”. Trafiali do nich różni ludzie: Polacy i przypadkowi „Polacy”. Niektórym zdawało się, że zaraz manna spadnie z nieba, Warszawa sypnie pieniędzmi. Byli też i tacy, których delegowano. Odpowiednie służby czasami prowokowały powstające wokół środowisk polonijnych intrygi, a nawet afery. Podzielona mniejszość polska jest oczywiście Moskwie na rękę; władze rosyjskie, obserwując to, co dzieje się na ich własnym podwórku, postrzegają dzisiejszą Rzeczpospolitą podobnie, jak w XVIII wieku, czyli jako kraj, gdzie wszyscy biorą się za łby, za nic mając wspólne dobro. Kto wie, czy ten jaskrawy brak jedności nie inspiruje Kremla do prowadzenia polityki lekceważenia Polski.

Ale jest i druga strona medalu. Spotykałem Polaków z Syberii, którym dane było po 1990 roku odwiedzić stary kraj. Wracali zaszokowani tym, co widzieli, odmienieni. Konfrontowali swoje polskie wspomnienia z rzeczywistością rosyjskiej prowincji. W ich oczach wtedy pojawiało się coś dziwnego, jakaś mgła, zaciekła determinacja. Szukali w sobie tej polskości uśpionej, szarpali dawno zabliźnione rany, jakby chcieli zrzucić z siebie tę narosłą od pokoleń skorupę, piętno zesłańców.

Uważam się za Polaka, jednak czy uznaliby mnie za swojego ziomka mieszkańcy Polski? Czasem się nad tym zastanawiam i ogarniają mnie wątpliwości. Ale to nie zmienia faktu, że jestem dumny z Polski i z tego, że jest wreszcie niepodległa. To olbrzymia satysfakcja.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

X