Kibicując z oddali

Kibicując z oddali

Dajmy na to, ja panu teraz wszystko szczerze powiem. Cały, jak mówią, otworzę się… To zwodnicze słowo, jakby człowiek miał w środku nie wiadomo jakie cudeńka do pokazywania bliźnim, duszyczkę ze skrzydełkami w bielutkiej sukience czy coś w tym rodzaju. A tak naprawdę nic podobnego tam nie ma, czasem ludzkie wnętrze jest jak wypalony piorunem pień: sam węgiel i popiół. Widzi pan, już jestem szczery, mimowolnie tak.

Namawia pan, żeby powiedzieć o wszystkim. A mi to po co? Pan potem wyjedzie, a ja tu zostanę, i mnie, proszę pana, po głowie nie pogłaszczą. Oberwę za swoje – jak nie teraz, to za parę lat. W tym kraju władza nie zapomina o tych, co jej podpadli. Powiadają u nas za Uralem: „dalej niż na Sybir nie ześlą, więc czegóż bać się?”. Niby racja, ja też nie w takim wieku, aby zaraz portkami trząść. Że już nie te czasy? Że nie powtórzą się łagry, głód i terror? Nie warto zadufaniem grzeszyć, można się zbyt boleśnie rozczarować. Bo przecież wszystko nie od czasów dawnych czy nowych zależy, ale od ludzi. A ludzie nie zmieniają się wcale.

Całe życie przedstawić w krótkiej rozmowie? Nie da się, oczywiście, ale to i owo można streścić. Bywało przecież, że kazali życiorys w pięciu linijkach napisać. Powiem zatem po kolei. Urodziłem się w 1936 roku w powiecie kostopolskim na Wołyniu. Mój ojciec był urzędnikiem państwowym. Miałem brata, starszego aż o lat osiem. W 1940 rodzinę naszą wywieźli na Sybir. Podczas transportu moja matka zmarła na zapalenie płuc, a ojca aresztowało NKWD, kiedy wyszedł z wagonu, aby na jakiejś stacji znaleźć coś do jedzenia. Ludzie z pociągu chcieli przygarnąć mnie i brata, ale konwój nie pozwolił i rozdzielono nas. Trafiłem do ochronki w Nowosybirsku. Brat odnalazł mnie półtora roku później, już po wybuchu wojny między Stalinem i Hitlerem. Jak zdołał tego dokonać, co przeszedł, zanim się znów spotkaliśmy, tego nie wiem, ale domyślam się. Ze śmierci mnie wyciągnął, bo chorowałem bardzo ciężko, miałem prawie sześć lat i ważyłem niecałe dziesięć kilogramów.

Jak długo kształtuje się człowiek? Ile czasu potrzeba, aby wytworzyły mu się określone poglądy, postawa życiowa? By stał się mentalnie tym, kim będzie do końca życia? Mądrzy pedagodzy powiadają, że przynajmniej kilkanaście lat. W moim przypadku okres ten trwał od października 1941 roku do 2 marca 1944 roku. Niecałe dwa i pół roku. No pewnie, coś tam było przedtem i potem. Ale niewiele. A to, co przekazał mi mój brat, co we mnie wpoił, kiedy razem wychowywaliśmy się w syberyjskim przytułku, zostało we mnie na zawsze. Tylko dzięki mojemu bratu wiem, że jestem Polakiem. Uczył mnie języka, historii, wykorzystywał na to każdą wolną chwilę. W szkole nas rusyfikowano, a on kładł mi do głowy wiedzę, dzięki której nie zapomniałem, skąd pochodzę. Dużo starsze rodzeństwo przeważnie lekceważy smarkaczy, woli towarzystwo rówieśników. Brat zastąpił mi ojca, matkę i polską szkołę na dodatek. Najlepszą polską szkołę.

Władze zmusiły brata aby przyjął sowiecki paszport. Wiosną 1944 roku przyszło wezwanie z wojenkomatu Mojego brata posłano na front. Z wojny już nie wrócił.

 

Fot. poland.gov.plŻyłem, jak mi to wypominano przy każdej okazji, na garnuszku sowieckiego państwa. Bardzo chciano ze mnie zrobić bolszewika. Materiał z pozoru stanowiłem idealny: byłem sam na świecie, bez rodziny,  szczeniak nieopierzony. Dziwiono się, kiedy uparcie deklarowałem polską narodowość. „Jaki tam z ciebie Polak?” – śmiali się ze mnie w szkole i w urzędach. Ale nie dałem sobie w kaszę dmuchać: recytowałem w takich wypadkach oficjalne slogany o wieczystej przyjaźni pomiędzy ZSRS a odrodzoną ludową Polską. Funkcjonariuszom bolszewickiego reżymu natychmiast rzedła mina i machali ręką: „Chcesz być sobie tym Polakiem, no to bądź”. Dopiąłem tego, że w dokumentach niezmiennie wpisywano mi polskie pochodzenie.

Szukałem brata potem, a jakże. Gdzie ja nie pisałem! Wszystko na próżno. Prawdopodobnie poległ w ofensywie ze stycznia 1945 roku – gdzieś w Polsce.

Nie, rodziców nie pamiętam wcale. Brat mi opowiadał o nich, próbował rysować nawet portrety, ale artysta to on był nietęgi. Co ja pamiętam sprzed wywózki? Choinkę jedną, Wigilię znaczy się. Świeczki na drzewku, jakiś nastrój niezwyczajny, gwiazdy wielkie, gdyśmy na pasterkę szli. I uśmiech czyjś, kobiecy, może matki mojej? Ale pewności nie mam, bo żadne rysy twarzy, poza tym uśmiechem mi przed oczyma duszy nie majaczą. Więc tylko tyle mi zostało.

Mało, mówi pan? Mnie musiało wystarczyć na całe życie. Bo innych wspomnień z Polski ja nie mam.

X