125-lecie Opery Lwowskiej. Część 4 Teatr Wielki, mal. Irena Nowakowska-Acedańska

125-lecie Opery Lwowskiej. Część 4

W latach 1919–1921 w trudnych okolicznościach wojny, braku podstawowych produktów żywności, wydawanych na kartki, braku ciepła, a w chwilach krytycznych nawet prądu, teatr lwowski prowadził swoją działalność pod kierownictwem nowego dyrektora Michała Tarasiewicza, który zastąpił na tym stanowisku Romana Żelazowskiego. Problemem dla miasta była też epidemia grypy, tak zwanej „hiszpanki”, nawet wypadki tyfusu plamistego. Epidemia dotknęła nie tylko widzów, którzy omijali większe skupiska ludzi, ale też artystów.

Grób Romana Żelazowskiego na Cmentarzu Łyczakowskim we Lwowie, fot. Jurij Smirnow / Nowy Kurier Galicyjski

Oto „Gazeta Lwowska” pisała w artykule pod tytułem „Choroba hiszpańska w teatrze”: „Wsród personelu teatralnego grasuje od pewnego czasu coraz silniej epidemia hiszpańskiej choroby, tak, że nie ma prawie dnia, aby ktoś z członków personelu nie zachorował na tę chorobę. Cierpi na tym dotkliwie tok prac teatralnych, przede wszystkiem zaś układ repertuaru, gdyż niejednokrotnie skutkiem niemożności zastąpienia chorego artysty lub artystki zapowiedziana sztuka musi być usunięta przedwcześnie z repertuaru lub też z dnia na dzień zastąpiona inną. Obecnie chorych jest kilka osób z personelu. Ostatnio zaś zachorował niespodzianie dyrektor teatru Roman Żelazowski. Skutkiem tego zapowiedziane na sobotę po południu przedstawienie „Otella” nie może dojść do skutku; zamiast tej sztuki, która odłożona zostaje do wyzdrowienia dyrektora Żelazowskiego, wystawione będą „Śluby panieńskie” Aleksandra Fredry”.

Komisja teatralna Rady Miejskiej uważała, że nowy dyrektor ma wszystkie możliwości podnieść poziom artystyczny wystawianych sztuk, również zaproponować atrakcyjny repertuar, zaś w trudnych czasach, które przeżywał Lwów może też zabezpieczyć wysoką frekwencję widzów i co za tym idzie – finansowy sukces teatru. Nikt nie chciał myśleć o tym, że było to w umowach tych lat, sprawą po prostu nierealną. Ale Komisja teatralna nie miała funduszy na dotacje dla teatru i szukała każdej możliwości właśnie dla poprawienia sytuacji finansowej.

Michał Tarasiewicz był nie tylko znanym artystą teatralnym, ale też właścicielem firmy „Pluton” o „doskonale prosperującej, o ustalonej renomie”. „Gazeta Lwowska” pisała, że w 1918 roku on już kandydował bez powodzenia na dyrektora teatru w Warszawie i że „jak fama głosi dorobił się w czasie wojny milionów i chce część swego majątku poświęcić na dźwignięcie sztuki dramatycznej w Polsce”. Nowy dyrektor wyraził nadzieje na sukces, również artystyczny, też finansowy. Między innymi, oznajmił radnym, że „pragnie doprowadzić do tego, żeby teatr wypełniała nie publiczność przygodna, idąca tam jedynie dla zabicia czasu i nudów, lecz – oprócz takiej – również i w większej ilości publiczność, dla której teatr stał się potrzebą umysłową, publiczność związana ze sceną wspólnym ukochaniem ideałów narodowych i wszechludzkich”.

Najbardziej zbytkowe były przedstawienia operowe. Dyrekcje opery prowadziła słynna Janina Korolewicz-Waydowa, ale i ona nie mogła osiągnąć sukcesu finansowego. Wystawiano repertuar klasyczny, mianowicie „Bal Maskowy”, „Rycerskość wieśniacza”, „Aida”, „Madame Butterfly”. Sytuację nie ratowały nawet występy gościnne znanych artystów teatrów europejskich. W grudniu 1919 roku na występy gościnne przyjechał z Berlina słynny tenor Józef Mann, lwowiak z krwi i kości, co powodowało ożywienie w kołach miłośników muzyki. W kwietniu 1920 roku na scenie lwowskiej gościnnie wystąpił znakomity baryton Konstanty Krugłowski. Śpiewał między innymi w „Aidzie”, „Rygoletcie”, „Warszawiance”, „Eugeniuszu Onieginie”. Wydarzeniem dla życia teatralnego Lwowa były występy gościnne Adama Didura, lwowianina, basa sławy światowej, solisty Opery Warszawskiej, mediolańskiej La Scali i Metropolitan Opery w Nowym Jorku. Sławny artysta dał trzy koncerty oraz wystąpił w operach „Borys Godunow” i „Cyrulik Sewilski”. Widownia była wypełniona po brzegi. Lecz w kwietniu tegoż roku ze sceną lwowską pożegnała się Janina Korolewicz-Waydowa. Był to prawdziwy cios dla opery lwowskiej. Co do utworów dramatycznych, to publiczność „zamiast chodzić na poważne dramatyczne utwory, z wielką przyjemnością i z zainteresowaniem uczęszczała na różnego rodzaju rozrywkowe przedstawienia, tym samym powodując pustki na widowni”. O nowych sztukach w dziale opery nawet nie wspominano. Nic dziwnego, że Michał Tarasiewicz, który podpisał kontrakt na trzy lata, był zmuszony zrezygnować z dalszego kierownictwa teatrem po niespełna dwu sezonach. Otóż na wiosnę1921 roku Komisja teatralna Rady miejskiej zmuszona była znów szukać nowego dyrektora.

23 marca br. postanowiono powierzyć stanowisko dyrektora Ludwikowi Czanowskiemu, znanemu aktorowi i reżyserowi. Ludwik Czarnowski (1887–1933) urodził się w Mirosławicach powiat Kutno, naukę aktorską pobierał w Warszawie, pracował jako aktor, z czasem też jako reżyser w teatrach w Warszawie, Krakowie, Pradze Czeskiej, Poznaniu, Płocku, zaś od 1918 roku na stałe związał się ze sceną lwowską. Jako dyrektor teatru Miejskiego we Lwowie miał przed sobą niezwykle skomplikowane zadanie, mianowicie połączyć wysoki poziom wystaw teatralnych z sukcesem finansowym. Miał przed sobą zadanie połączyć repertuar klasyczny i patriotyczny polski z repertuarem europejskim, podnieść na wysoki poziom operę, rozwijać balet, nie zapominać o operetce i lekkich farsach. Fantastyczne zadania.

Dyrektor teatru w latach 1921-1925 Ludwik Czarnowski NAC

O stanie teatru lwowskiego i oczekiwaniach odrodzenia sceny lwowskiej pisała też teatralna i literacka krytyka lwowska. Między innymi znany krytyk teatralny i dramaturg Wilhelm Roart pisał z prawdziwym humorem lwowskim w „Wieku Nowym”: „Jak wiadomo dyrektor teatru lwowskiego powinien być uniwersalny. Powinien być dobrym dramaturgiem, eksperymentatorem, teatrologiem, reżyserem, aktorem, administratorem, eseistą, solistą i muzykologiem. Jeśli nie jest muzykologiem, otrzymuje wtedy do pomocy kierownika literackiego. Ponieważ i to zazwyczaj nie pomaga, przeto z początkiem nowego sezonu poszukuje Lwów nowego dyrektora. Największym powodzeniem i uznaniem we Lwowie cieszy się dyrektor, który jest nieboszczykiem, lub którego we Lwowie nikt nie zna. Od biedy może także liczyć na powodzenie eksperymentator, który na lwowską dyrekturę gwiżdże. Ponieważ w Polsce jest bardzo mało gwiżdżących nieboszczyków, a nieznanych we Lwowie eksperymentatorów jest więcej jak potrzeba, przeto nic dziwnego, że człowieka, posiadającego wszystkie powyżej określone przymioty, trudno znaleźć, zdarzało się, że po długich szukaniach wyławiano czasem dyrektora, który był dobrym dramaturgiem, eksperymentantatorem, teatrologiem, reżyserem, aktorem, administratorem, eseistą, solistą i muzykologiem, ale okazało się, że nie był żadnym dyrektorem. Najważniejszym, a jednak dyskretnie przemilczanym powodem, dla którego każdoczesny dyrektor ustępuje z zajmowanego stanowiska, w tym czasie, kiedy prasa miejscowa prawie jednogłośnie udowodnia mu, że jest skończonym durniem, jest to, że ustępujący dyrektor nie miał zdecydowanego oblicza politycznie-partyjnego. Wiem z góry, że różne pięknoduchy lwowskie zakrzyczą mnie i zechcą mi udowodnić, że nikt nie żądał nigdy od dyrektora oblicza – a cóż dopiero oblicza polityczno-partyjnego. Wiem także, że tuzin krasnoludków teatralnych zawoła z oburzeniem: „Sztuka nie zna polityki, ani partyj, gdyż chadza drogami, gdzie Duch Nieśmiertelności ulata”. I to wiem, że wielu z nich przemówi całym potokiem ozdobnych zdań, nadających się na wzory do ćwiczeń kaligraficznych, ale i to mnie nie zraża wcale. Faktem jest, że głównym powodem katastrofy każdego dyrektora teatru we Lwowie jest to, że nie ma on zdecydowanego oblicza polityczno-partyjnego. Chcąc więc dyrektorowi teatrów lwowskich ułatwić jego ciężką sytuację i umożliwić mu owocną pracę na naszej scenie, postarałem się o zebranie pewnych wytycznych, wśród „miarodajnych czynników”. Wytyczne te mogą mu, aż do następnego sezonu oddać nieocenione usługi, jako że pokrywają się z opinią sądów nie zaprzysiężonych rzeczoznawców od sztuki i kultury lwowskiej… Od dobrego dyrektora zależy urzeczywistnienie tych skromnych zresztą postulatów, a wątpić nawet nie należy, że z początkiem przyszłego sezonu zostanie jako człowiek niemuzykalny zwolniony z „kresowej placówki kulturalnej”, na zbity – jak to mówią – łeb”. Z tego filozoficzno-satyrystycznego artykułu wniosek był tylko jeden, mianowicie żaden dyrektor w zaistniałych stosunkach nie ma szansy zostać fortunnym na swoim stanowisku. Zaś we wszystkich niepowodzeniach teatru (w pierwszej kolejności finansowych) winien będzie tylko on, bez względu na sytuacje ekonomiczną i polityczną. W takich to okolicznościach Ludwik Czarnowski przyjął w marcu 1921 roku kierownictwo sceną lwowską.

Jurij Smirnow

Tekst ukazał się w nr 19 (479), 17 – 30 października 2025

125-lecie Opery Lwowskiej. Część 1

125-lecie Opery Lwowskiej. Część 2

125-lecie Opery Lwowskiej. Część 3

125-lecie Opery Lwowskiej. Część 5

125-lecie Opery Lwowskiej. Część 6

X