Ziemowit Szczerek „Przyjdzie Mordor i nas zje”

Ziemowit Szczerek „Przyjdzie Mordor i nas zje”

Szczerek zabiera czytelnika w podróż po Ukrainie.

Wozi nas marszrutkami, które są „jak woły pociągowe: wielkie, zakurzone, szeroko rozklapłe od ciągłego przeciążenia”, włóczy go pociągami od Lwowa do Dniepropietrowska, przemierzając kraj wzdłuż i wszerz pokazuje brudne dworce, zapuszczone zaułki brzydkich miast, miejsca, które „żyły tylko dlatego, że skoro już się urodziły, to wypadałoby jakoś tam poistnieć”, poznaje z przedziwnymi ludźmi. I choć dla kogoś, kto nigdy za wschodnią granicą nie był, te przygody mogą się wydać absurdalne, to podobną książkę mógłby napisać każdy, kto w latach 90. odwiedził Ukrainę. Ktoś spotkał świnię pasącą się w centrum Lwowa, ktoś inny widział, jak kierowca zatrzymuje przy szosie marszrutkę i dolewa do chłodnicy wody zaczerpniętej z rzeki, ktoś inny dostał w kawiarni kawę podgrzaną w mikrofalówce, jeszcze ktoś musiał wysłuchać koncertu domorosłego artysty lub recytatora, tylko dlatego, że odezwał się po polsku.

Ja utknęłam kiedyś z koleżanką w nocy na lwowskim dworcu. Miejsc do siedzenia nie było, pozostawało koczowanie na podłodze. Przysiadł się do nas Murzyn z dwoma wielkimi kraciastymi torbami, takimi, jakich używali w tamtych czasach przemytnicy na polsko-ukraińskiej granicy. W torbach miał dyski Celine Dion, której był wielbicielem i tłumaczem na rosyjski. Jechał do Charkowa, a może do Doniecka.

Autor prowadzi z czytelnikiem swoistą grę – rozpoczynając barwną i pełną niespodziewanych porównań podróż po obszarze postsowieckim ze zwykłych, codziennych zdarzeń i widoków, wciąga go w coraz głębsze zaułki absurdu, żeby w połowie książki oznajmić, że „zawodowo zajmuje się ściemnianiem”. Kiedy jednak czytelnik zaczyna wątpić, że wszystko opisane wydarzyło się naprawdę, przypomina sobie historię z Murzynem, albo inne, nie mniej absurdalne wydarzenia, których uczestnikiem był sam – a był nim każdy, kto choć raz zapuścił się na te tereny inaczej, niż z biurem podróży.

Książka ma jednak drugie dno – mimo, że każdy przeżył to sam, pobudza do refleksji, jak przeżył. Dla bohatera podróże te stały się w końcu źródłem gorzkiej autorefleksji i przemiany. Niebagatelną rolę pełni tu jego ukraiński przyjaciel, Taras. Różni się on od wszystkich innych postaci w książce, z którymi bohater ma tylko powierzchowne i sporadyczne, przypadkowe kontakty. Z Tarasem prowadzi długie i głębokie dysputy na tematy filozoficzno-historyczne. Taras z pochodzenia jest Polakiem, ale się nim nie czuje, bo, jak mówi „tylko tacy idioci, jak moi starzy, mogli pomylić polskość ludzi wychowanych w Sowietach z polskością Polaków z Polski. Albo polscy politycy”. Tak samo jak bohater, Taras jest dziennikarzem, człowiekiem oczytanym i znającym historię. Utożsamia się tylko z galicyjską częścią kraju. Jak i każda inna postać czy wydarzenie w książce, jest on w równym stopniu absurdalny, co prawdopodobny.

Ja w Tarasie widzę alter ego bohatera. Pojawia się nie od razu, a dopiero, kiedy bohater zdąży już na Ukrainie wypić parę butelek wigoru i przemierzyć kilka setek kilometrów. Pojawia się jak wyrzut sumienia i jest obecny do końca książki. Znika dopiero wtedy, kiedy udaje mu się doprowadzić do tego, że bohater spojrzy na Ukrainę oczyma Ukraińca. I zrobi mu się wstyd. Tak jak Piłsudskiemu, który w cytacie rozpoczynającym książkę, mówi do internowanych Ukraińców: „Ja was przepraszam panowie. Tak nie miało być”. W 1918 r. oba kraje walczyły o niepodległość. Jak wyglądałaby dziś Polska, gdyby wtedy się nie udało?

„My tu żyjemy, to jest nasza rzeczywistość. My tu mamy swoje lęki, swoje nadzieje. Co więcej, my, kurwa, musimy tę rzeczywistość jakoś starać się polubić, żeby nie zwariować. Traktować ją serio. Z całą powagą. Bo innej nie mamy. A ty, mój, kurwa, tak zwany polski przyjaciel, mówisz mi, że przez cały czas patrzyłeś na mnie i moich rodaków, na cały mój kraj – jak na małpy w zoo?” – mówi na odchodne Taras.

Janusz Paluch w swojej recenzji książki, która ukazała się w miesięczniku literackim Akant, uważa, że Szczerek wyolbrzymia, przeinacza, że ukazuje w krzywym zwierciadle polskie podejście do Ukrainy, że jątrzy. Uważa, że Polacy, którzy szukają „wschodniej egzotyki” to zjawisko marginalne, mimo, że znajoma lwowianka potwierdza mu, że Polacy we Lwowie zachowują się jak Anglicy w Krakowie. „Czyli totalny obciach! Nie dowierzam. (…) Przypominał mi się każdy kieliszeczek wódki i koniaku wypity we Lwowie, jakieś wędrówki po nowych, pojawiających się urokliwych kawiarniach Lwowa. To ja też miałbym się zmieścić w opisanej kategorii Polaków odwiedzających Kresy?”

Pan Paluch nie zauważył, że Szczerek nie pisze o Polakach odwiedzających Kresy. Ci ludzie nie jeżdżą na Kresy, bo nic o nich nie wiedzą. To pokolenie, dla którego były one tabu, a których wejście w dorosłość zbiegło się z upadkiem ZSRR i otwarciem granic na wschód. To ci, którzy się tym wschodem zachłysnęli. Taką osobą jest jego bohater. Nie interesuje go historia, tylko teraźniejszość.

Ale w książce pojawiają się i miłośnicy Kresów. Tych interesuje tylko historia. Używają wyłącznie przedwojennych nazw ulic. Bohater spotyka ich w różnych miejscach – w Drohobyczu palili znicz Schulzowi, na Krymie czytali Mickiewicza, we Lwowie „łazili powoli, z namaszczeniem, nieco natchnionym krokiem i półgłosem narzekali. Głośno chyba jednak się bali. Mieli pretensje, że rozjebane, że zniszczone, że UPA, że Bandera, Jęczeli, że Jałta i że Stalin. Mędzili, że Szczepcio i Tońcio”.

Obie te, tak różne grupy łączy jedno. Poczucie wyższości w stosunku do mieszkańców Ukrainy. Autor przyznaje się do tego szczerze, próbuje w dyskusjach ze swoim alter ego dociec tego przyczyn, próbuje z tym walczyć. Dlatego książka zebrała pozytywne recenzje na Ukrainie, doceniono wyzierającą z niej sympatię dla Ukraińców, wbrew przewidywaniom Janusza Palucha: „odnoszę wrażenie, że książka Szczerka jest elementem, który nie wpłynie pozytywnie na układy między Polakami i Ukraińcami”.

Szanowny czytelnik pomyśli w tym miejscu, że świat nie jest czarno-biały, i że przecież oprócz tych dwóch kategorii turystów są jeszcze jakieś odcienie szarości, i przecież, że ja sam, nigdy…

„Oni próbują naśladować Europę” – mówi jedna z bohaterek Mordoru – „ale z tego naśladowania to jakaś parodia Europy wychodzi. Jezu Chryste Jednorodzony… ja wiem, że Polska jest, jaka jest, ale normalnie ucałuję ziemię jak jaki papież, jak tylko wrócę!”

Kto nigdy tak nie pomyślał, niech pierwszy rzuci kamień.

Katarzyna Łoza
Tekst ukazał się w nr 5 (225) za 17-30 marca 2015

X