UE to lekarstwo na wyjście z komunistycznej infekcji

UE to lekarstwo na wyjście z komunistycznej infekcji (Fot. z archiwum Walerego Szuszkewycza)

16 lat temu wygrałem wybory do Parlamentu Ukrainy. Pamiętam mój pierwszy dzień w Kijowie.

Podjechałem na wózku do głównego wejścia. Milicja pilnująca parlamentu zamknęła mi drzwi przed nosem. Pytali, gdzie się chcę dostać? Kazali odejść. Wyjąłem dokument stwierdzający, że jestem posłem. Ale i to nie poskutkowało. Nadal nie chcieli wpuścić. – To niemożliwe – orzekli milicjanci. – Poczekajcie, musimy to wyjaśnić… – usłyszałem wreszcie od strażników. Milicjanci dzwonili do kierownika ochrony z pytaniem co mają zrobić, bo jest tu inwalida, który mówi, że jest posłem. Byli bardzo zdziwieni, kiedy w końcu musieli mnie wpuścić na teren parlamentu. To było typowe, postradzieckie zachowanie. Niepełnosprawny nie miał żadnych praw. A tu nagle poseł na wózku inwalidzkim! To się nie mogło pomieścić w ich głowach. Nie tylko milicja tak reagowała. Dla postradzieckiej władzy Ukrainy również nie istniałem jako poseł inwalida.

Rozmowa z Walerym Michajłowyczem Szuszkewyczem Posłem Ukraińskiego Parlamentu.

Pamięta Pan początki swojej działalności na rzecz najbardziej potrzebujących – niepełnosprawnych, rencistów, emerytów?
Muszę tamten czas podzielić na dwa etapy, Jako 20 letni, młody człowiek zajmowałem się sportem dla niepełnosprawnych, oraz działałem w organizacjach dla niepełnosprawnych w Dniepropietrowsku. Należałem wtedy do klubu sportowego „Optymist”. Nazwa klubu była dość znacząca. Trudno było w tamtych czasach być jednocześnie optymistą i niepełnosprawnym. Zaczynałem wtedy coraz bardziej odczuwać potrzebę zrobienia czegoś pożytecznego dla niepełnosprawnych i ludzi znajdujących się w trudnej sytuacji życiowej. Dość szybko zrozumiałem, że aby czegoś dokonać, należy mieć wpływ na władzę. Panowały jednak radzieckie obyczaje. Ludzie niepełnosprawni nie istnieli dla władzy. Wręcz w poprzednim ustroju starano się unikać niepełnosprawnych, bo w tak „pięknym” ustroju nie można było epatować nieszczęściem i biedą, chociaż ona realnie istniała.

Zacząłem się kontaktować z władzami Dniepropietrowska. Był to niezmiernie trudny teren na takie działania. Pełen baz militarnych, wyrzutni rakietowych – w tym tych najstraszniejszych – atomowych. Wszystko podlegało regułom militarnym. Przebić się z tematem niepełnosprawności to było zadanie prawie niewykonalne. Nie dawałem jednak za wygraną. Stało się jasnym, że aby być skutecznym trzeba mieć wpływ na radę regionalną w Dniepropietrowsku. Efekty moich nieustających starań przyszły po latach.

Pierwszą propozycję startu w wyborach do parlamentu regionalnego dostałem w roku 1996. To była niezwykła sytuacja – osoba na wózku inwalidzkim startowała w wyborach politycznych. Tego jeszcze nie było ani za czasów ZSRR, ani w postkomunistycznej Ukrainie. Starano się mnie przekonać, żebym dał sobie spokój, że nie mam szans. Zaryzykowałem jednak.

Cały mój komitet wyborczy to były na początku trzy osoby. Wyposażenie stanowił stary aparat fotograficzny. Nie mieliśmy nawet drukarki, aby wydrukować ulotki. Ludzie jednak szybko dowiedzieli się, że jest taki facet, który mimo niepełnosprawności kandyduje. Ku zaskoczeniu wielu oponentów wszedłem do II tury wyborów wraz z zastępcą mera Dniepropietrowska jako moim kontrkandydatem. Zwyciężyłem. Zostałem deputowanym dniepropietrowskiej rady regionalnej.

Zacząłem pisać projekty uchwał i ustaw dotyczące zmian warunków życia osób niepełnosprawnych. Tłumaczyłem cierpliwie wszystkim, że trzeba zmienić coś w ich życiu. Wreszcie odważyłem się zanieść pierwszy projekt ustawy o ochronie socjalnej niepełnosprawnych do Parlamentu krajowego. Przegonili mnie. Ja jednak nie ustępowałem. W końcu udało się częściowo i 2/3 mojej ustawy zostało przegłosowane. To był mój pierwszy poważny sukces.

Postanowiłem nie poprzestawać na działaniu we władzach regionalnych. 16 lat temu wygrałem wybory do Parlamentu Ukrainy. Pamiętam mój pierwszy dzień w Kijowie. Podjechałem na wózku do głównego wejścia. Milicja pilnująca parlamentu zamknęła mi drzwi przed nosem. Pytali, gdzie się chcę dostać? Kazali odejść. Wyjąłem dokument stwierdzający, że jestem posłem. Ale i to nie poskutkowało. Nadal nie chcieli wpuścić.

– To niemożliwe – orzekli milicjanci – Poczekajcie, musimy to wyjaśnić – usłyszałem wreszcie od strażników.

Milicjanci dzwonili do kierownika ochrony z pytaniem co mają zrobić, bo jest tu inwalida, który mówi, że jest posłem. Byli bardzo zdziwieni, kiedy w końcu musieli mnie wpuścić na teren parlamentu. To było typowe, postradzieckie zachowanie. Niepełnosprawny nie miał żadnych praw. A tu nagle poseł na wózku inwalidzkim! To się nie mogło pomieścić w ich głowach. Nie tylko milicja tak reagowała. Dla postradzieckiej władzy Ukrainy również nie istniałem jako poseł inwalida.

Dzisiaj, po 16 latach nieprzerwanej pracy w Sejmie, jestem rozpoznawany wszędzie. Nawet jeśli czasem zatrzymuje mnie patrol milicji drogowej do kontroli, to zanim się zdążę pokazać dokumenty, każą jechać dalej, życząc szczęśliwej drogi. Ta popularność nie wynika jedynie z mojej funkcji polityka, ale również z osiągnięć sportowych i działalności w organizacjach niepełnosprawnych. Byłem też dwukrotnym czempionem ZSRR w pływaniu, a to daje popularność.

Od początku pracy w Parlamencie jestem Przewodniczącym Komitetu Werchownej Rady ds. niepełnosprawnych.

Czy podejmując pracę na rzecz niepełnosprawnych działał Pan stosując jakąś własną, autorską wizję zmian prawnych, oraz praktycznych działań, czy też wzorował się Pan na jakimś zagranicznym modelu?
Odpowiadając na to pytanie znowu muszę trochę oddzielić moją działalność polityczną od społecznej, chociaż w efekcie te dwie dziedziny są ze sobą nierozłącznie powiązane. Moje początki w parlamencie nie były łatwe. Obowiązywało postradzieckie widzenie problemu – socjalne izolowanie niepełnosprawnych. Problem był ze wszystkim. Nie można było wtedy używać terminu dostępności wszelkich obiektów dla inwalidów, bo nie istniała jakakolwiek. Ja też uczyłem się nowych dla mnie rzeczy.

Zacząłem odwiedzać wiele krajów. Między innymi Polskę. Obserwowałem wszystko co było związane z niepełnosprawnością – od znaków drogowych po urządzenia pomagające w przemieszczaniu się i umożliwianiu dostępności do transportu, instytucji publicznych czy kulturalnych. Jedno jednak okazało się być kwestią podstawową – Prawa człowieka. Od tego należało zacząć: stworzyć na Ukrainie system gwarantujący inwalidom prawa człowieka. Prawa i zabezpieczenie socjalne, które byłyby jednakowe dla wszystkich – sprawnych i niepełnosprawnych. Badałem europejskie zapisy prawne. Wraz z moimi kolegami obserwowaliśmy ewolucję praw człowieka w Polsce po tym, jak nasz sąsiad najpierw aplikował do struktur, a później stał się pełnoprawnym członkiem Unii Europejskiej. Patrzyliśmy trochę z zazdrością jak w Polsce ten proces przebiega bez większych wstrząsów. Polska zawsze była bliższa europejskich rozwiązań niż Ukraina. Nawet socjalizm był tam łagodniejszy niż u nas. Przyglądaliśmy się pracy fundacji zajmujących się niepełnosprawnością w Polsce. Wiele z tych rozwiązań adaptowaliśmy. Kiedy pisałem kolejne projekty ustaw prawnych, często korzystałem z polskich doświadczeń. Ale nie tylko. Inspiracją dla mnie były też rozwiązania w pozostałych krajach Europy.

Ukraina podpisała umowę stowarzyszeniową z Unią Europejską. Czy w związku z tym upatruje Pan w przyszłości szansę na polepszenie bytu emerytów, rencistów i niepełnosprawnych?
Oczywiście, że podpisanie umowy stowarzyszeniowej między Ukrainą a UE otworzy zupełnie nowy rozdział i stworzy większe możliwości poprawy losu niepełnosprawnych na Ukrainie. Zresztą te szanse będą większe dla wszystkich obywateli mojego kraju. Przez ostatnie trzy lata pracowałem w Radzie Europy, poznawałem europejskie mechanizmy. Dlatego jestem przekonany, że stowarzyszenie Ukrainy z UE, to główne lekarstwo na wyjście z komunistycznej infekcji.

Podobnie jak większość Ukraińców opowiadam się za takim rozwiązaniem. Razem z moimi rodakami byłem na Majdanie. To była nasza europejska deklaracja – okupiona ofiarami wspaniałych ludzi, którzy musieli zginąć tylko dlatego, że chcieli być wolni i żyć godnie – tak jak reszta Europy.

Wojna. Z taką samą siłą rodzi zło jak i dobro. Następuje gwałtowny wzrost osób niepełnosprawnych. Jak im pomóc?
Widziałem wojnę z bliska. Śmierć i kalectwo. Bywam w szpitalach, gdzie leżą ranni. Spotykam się z ich matkami, żonami, narzeczonymi. Rannych przybywa każdego dnia. Przybywa też inwalidów.

Gdy zaczęła się agresja Rosji, na terenach objętych walką mieszkało wielu niepełnosprawnych. Kiedy zaczynało się bombardowanie i ostrzał artyleryjski, nie mogli uciekać – przykuci do łóżek, do swoich inwalidzkich wózków, często niewidomi. To było straszne. Czekanie na śmierć, gdy wszyscy, którzy mogli, uciekali jak najdalej od wybuchających pocisków. Jeździliśmy w te rejony i pomagali ewakuować niepełnosprawnych. Było ich kilka tysięcy. Rozlokowaliśmy ich głównie w regionie odeskim i mikołajewskim.

To prawda, że wojna rodzi tak samo zło jak i dobro. To dobro widać było po naszych wolontariuszach, którzy nie zwracali uwagi na to, że sami mogą zginąć. Ratowali tych, którzy sami nie mogli się chronić przed ogniem terrorystów.

Od czasu Majdanu napisałem kilka projektów ustaw, które mają służyć ochronie socjalnej poszkodowanym podczas protestów w Kijowie jak i teraz na wojnie. Część z tych ustaw została już podpisana przez Prezydenta. Reszta czeka na głosowanie w parlamencie, który niestety w tej chwili praktycznie nie pracuje do czasu wyborów.

Jak już o wojnie mowa, to chciałbym wyrazić moją wdzięczność za to jak nas wspiera Polska. Pochylam z szacunkiem głowę przed tym państwem i jego narodem. Tym bardziej, że Polska była i jest prowokowana do zmiany odnoszenia się do Ukrainy. Polska jednak, wśród wszystkich państw Europy, rozumie jednak najlepiej niebezpieczeństwo imperialne postkomunistycznej Rosji jaka może zagrażać zarówno jej, jak i reszcie kontynentu.

Matematyk-programista, tak jak Pan, to zazwyczaj osoba pragmatyczna. Czy te specjalności pomagają w działalności na rzecz niepełnosprawnych i innych osób potrzebujących wsparcia?
Nie lubię gdy ktoś uważa mnie za pragmatyka, chociaż sam rozumiem postępowanie pragmatyków. Nigdy nie byłem pragmatykiem, za to zawsze idealistą. Jestem mimo to nadal matematykiem i muszę powiedzieć, że wiele tej dyscyplinie nauki zawdzięczam.

Co mi daje matematyka? – Systemowe podejście do problemów i możliwość ich szczegółowej analizy. Matematyk może wykonywać każdy zawód; może być artystą, politykiem, ekonomistą czy sportowcem. Matematyka pomogła mi też w sporcie. Od czasu, gdy oprócz immunitetu poselskiego objąłem posadę Prezydenta Komitetu Paraolimpijskiego, Ukraina z 44 miejsca na świecie obecnie zajmuje trzecie miejsce pod względem zwycięstw paraolimpijskich osób niepełnosprawnych. Wypracowaliśmy najlepszy w Europie system wsparcia sportu paraolimpijskiego. Jak dotychczas też żaden kraj nie pobił naszego rekordu i nie uzyskał takich wyników sportowych w ciągu zaledwie 10 lat.

Właściwie można o Panu powiedzieć „człowiek orkiestra”. Łączy Pan działalność polityczną, z humanitarną, obecnością w kilku stowarzyszeniach, przewodnictwu komisji Parlamentarnej, przewodniczeniu Narodowemu Stowarzyszeniu Inwalidów i Komitetu Paraolimpijskiego. Jak Pan łączy te obowiązki?
Wydaje się mi, że określenie „człowiek orkiestra” bardziej pasowało do mnie kiedy byłem młody i miałem więcej sił. Teraz mam już 60 lat na karku i poczucie, że praca staje się coraz cięższa. Może to wynika również z tego, że mam świadomość iż wokół mnie jest sporo osób wrogo nastawionych. Na dodatek tragiczna sytuacja na Ukrainie. To przygnębiające. Ale tym bardziej to wszystko inspiruje mnie i zmusza do działania, bo wiem, że od mojej pracy zależy los wielu ludzi, którzy sami sobie nie są w stanie pomóc.

Kiedy jeszcze aktywnie uprawiałem sport, pojawiły się propozycje abym został ministrem. Wielu ludzi z mojego otoczenia uważało jednak, że byłaby to zdrada tych, którzy na mnie liczą. Zostałem więc w Parlamencie, który moim zdaniem harmonizuje działania wszystkich instytucji państwowych. Z tego miejsca mogłem i mogę nadal być najbardziej skuteczny.

Natrafiłem kiedyś na ukraińską gazetę „Bez Barier” – gazeta dla tych, którzy zetknęli się z inwalidztwem. Jest ona jednak przekornie skierowana do osób w pełni sprawnych. Czy podejmuje Pan polemikę również na łamach tej gazety?
Dzięki takim mediom staram się dotrzeć do świadomości społecznej. Odwołuję się do ludzkich sumień, gdy niepełnosprawni stykają się z dyskryminacją. Uświadamiam tych, którzy decydują o losie obywateli.

Świadomość władzy jest pochodną świadomości społeczeństwa. Kto może z tego poziomu lepiej przekonać polityków i społeczeństwo niż osoba sama będąca inwalidą?!

To wszystko ma służyć poszerzaniu świata osobom, które nie widzą, nie słyszą, nie mogą się poruszać. Gazeta, to dla mnie narzędzie do pokonywania barier.

W Unii Europejskiej coraz częściej spotyka się ponadnarodowe projekty skierowane na pomoc osobom wymagającym szczególnej troski. Czy Pan planuje również takie działania?
Wiele takich projektów już zrealizowaliśmy. Mamy też plany poszerzania współpracy międzynarodowej. Chcemy współpracować z Polską. Sytuacja na Ukrainie nie sprzyja teraz takim działaniom. Nie ustajemy jednak w staraniach. Przygotowujemy właśnie projekt – propozycję dla polskiej strony, który mógłby stworzyć silny, międzynarodowy ośrodek paraolimpijski. Po ukraińskiej stronie trwa rozbudowa ośrodka sportów zimowych dla niepełnosprawnych, zaledwie trzy kilometry od granicy z Polską. To daje szansę na ścisłą współpracę w przyszłości.

Jak dotychczas nasze plany udaje się realizować. Odnosimy sukcesy w takich kwestiach, które wydają się niemożliwe do realizacji. Nawet teraz na Krymie nasz ośrodek rehabilitacji dzieci nadal jest instytucją zarządzaną z Ukrainy. Jako jedyny!

Kiedy widzę budowle bez barier dla niepełnosprawnych, kiedy patrzę na inwalidów sprawnych ruchowo – ogarnia mnie radość, że udało się w ciągu 16 lat mojej pracy w parlamencie pokonać przeszkody, które wielu ludziom pomogły w ich niełatwym życiu.

Na stronach internetowych poświęconych Pańskiej osobie można znaleźć informację na temat Pańskich zainteresowań – wędkarstwo i sport. Kiedy znajduje Pan czas na te przyjemności?
Czas na przyjemności miewałem kiedyś. Byłem dwukrotnie krajowym mistrzem w pływaniu. Zająłem 6 miejsce w Europie. Byłem mistrzem Ukrainy w podnoszeniu ciężarów leżąc. Mistrzem w strzelectwie. Największą moją pasją było jednak zawsze wędkarstwo. Łowiłem na Ukrainie i poza jej granicami. Moim największym sukcesem było złowienie trzymetrowego marlina. Walczyłem z nim ponad 40 minut. Byłem wtedy tak szczęśliwy jak bohater opowiadania Hemingwaya. Wędkarstwo to nie tylko pasja – to filozofia. Od dawna jednak nie wędkowałem.

Sytuacja na Ukrainie nie pozwala na przyjemności. Muszę i chcę być z ludźmi. Mam nadzieję, że Bóg da mi jeszcze siłę, abym nadal mógł pomagać tym, którzy tego potrzebują.

Rozmawiał Andrzej Klimczak
Tekst ukazał się w nr 19 (215) za 21-30 października 2014

X