Zamki nad Prutem czy Loarą?

Zamki nad Prutem czy Loarą?

Bukowina to dla mieszkańca stołecznego Kijowa „terra incognita”- ziemia nieznana. Konia z rzędem temu, kto w rozdziałach „Podróże” w prasie kijowskiej, napotka choć wzmiankę o Putyle czy Wyżnicy. Dlatego, wbrew ryzyku potraktowania jako osoby nie obeznanej, bycia osobą, która nic a nic się nie zna na tutejszych zwyczajach, proszę mi jednak pozwolić na zaprezentowanie serii reportaży pod umowną nazwą „Bukowina oczyma stołecznymi”. Napisałem je po niedawnej podróży po wszystkich zakątkach tego niezwykłego dla turysty znad Dniepru kraju.

Lawirując między hotelami
Globalne ocieplenie się klimatu, poza hipotetycznie możliwym zniknięciem Wysp Brytyjskich w wodach oceanu światowego, ma jednak swoje cechy pozytywne. Na przykład, jesień jest łagodniejsza. Podczas gdy z piętnaście lat temu w połowie października można było jeździć pod Berehomotem na nartach, to aktualnie o tej porze roku można tam chodzić nawet w podkoszulku. Wyobraźmy sobie że, sezon turystyczny trwa. Zapomnijmy o chłodnej jesieni i zimie i wyobraźmy sobie, że jesteśmy, na przykład, we Francji. Zamiast Loary czy Sjeny mamy nie mniej malownicze Prut i Czeremosz, wzdłuż których poruszamy się z Czerniowiec na zachód i południe.

 

Jeden z trzech pałaców-bliźniaków w Mamajewcach (Fot. Dmytro Antoniuk)Nie wiadomo, czy bywał w tych miejscach Mamaj, emir Złotej Ordy, jednak od razu za stolicą Bukowiny rozciąga się duża wieś Mamajowce. Pewnie mogli tu mieszkać jedynie potomkowie Mamaja, ponieważ pierwsza wzmianka o wsi przypada na rok 1580. To dokładnie dwa stulecia po bitwie kulikowskiej. Jak wiadomo, Tatarzy i Mongołowie zbierali daninę. Ich spadkobiercy też nie pozostają w tyle – opróżniają portfele podróżnych. Robią to jednak w sposób cywilizowany i zgodnie z prawem – wykorzystując do tego hotele. Prawdę powiedziawszy, tylu moteli, hoteli i restauracji, zebranych w jednej wsi, nie spotykałem na całej długości (uważanej za europejską) trasy samochodowej Kijów-Odessa. Szczególnie rzucają się w oczy trzy nowe pałace, stojące we wsi obok siebie, wprost na trasie Czerniowce – Ivano-Frankivsk (Stanisławów). Kute bramy dwu z nich, przypominające rozmiarami Cyklopa, prawie dorównują słynnej „furtce”, niegdyś prowadzącej na Plac Pałacowy w Petersburgu. Pewnego pięknego październikowego wieczora zniszczyli ją nie całkiem trzeźwi marynarze-rewolucjioniści. Jednak, w przeciwieństwie do Pałacu Zimowego pałace w Mamajowcach nie są odzwierciedleniem wyszukanego stylu architektonicznego.

Mimo wszystko, gwoli sprawiedliwości zaznaczymy, że niektóre rozwiązania konstrukcyjne dachów przypominają nieco wieżyczki renesansowe zamków nad Loarą. Nie daremnie przytaczałem wyżej takie, chciałoby się wierzyć, subtelne porównanie. Prawdę powiedziawszy, nie wiem, kto mieszka w tych trzech pałacach-bliźniakach, może jacyś miejscowi baronowie cygańsko-mongolscy. Jednak to, że we wsi urodzili się artysta Justyn Pihulak i śpiewak Dmytro Hnatiuk, jest faktem, nie wymagającym śledztwa dziennikarskiego.

Kolejną pamiątką, jest niewątpliwie cerkiew prawosławna na środku wsi, która dość udanie łączy w sobie bizantyjskie i rumuńskie tradycje architektoniczne. Byłem zaskoczony, gdy zauważyłem w niej tradycję właściwą tylko Bukowinie – ozdabianie kadzideł ładnymi chusteczkami. Nawiasem mówiąc, rzeźbioną pozłacaną podobiznę sześcioskrzydłego serafina można spotkać jedynie na Ziemi Czerniowieckiej. Powiedzmy, w Żwańcu po drugiej stronie Dniestru nic podobnego w świątyniach się nie spotyka.

 

„Śmierć grzesznika” w cerkwie w Łużanach – fresk 1453 roku (Fot. Dmytro Antoniuk)Najstarsza świątynia Bukowiny
Od razu za Mamajowcami, z ich nowo wybudowanymi pałacami, rozpoczynają się Łużany – miasteczko, które, teoretycznie, może być starsze od samych Czerniowiec. Dowodem na to jest najstarsza na Ukrainie murowana cerkiew pw. Wniebowstąpienia Pańskiego: Datę jej wybudowania szacuje się na 1453 rok. Warto jednak zrobić tu poprawkę: to data powstania unikatowych fresków, a nie samej świątyni. Według informacji niektórych badaczy, mogła ona powstać nawet w końcu XIII wieku. Jeśli zostanie to udowodnione przez archeologów – a dotąd nie były prowadzone żadne wykopaliska przy fundamentach – to Łużany mają szansę, aby z dumą ogłosić, że są starsze wiekiem, niż Czerniowce. Na razie w cerkwi pracują konserwatorzy. W tym roku dokonali wielkiego odkrycia: znaleźli freski, pochodzące z początku XV wieku. Tak więc, świątynia w Łużanach jest, co najmniej, ich rówieśnikiem, a data „1453” dotyczy pozostałych fresków, od dawna i rzetelnie zbadanych przez historyków. To, że naukowcy szczegółowo zbadali malowidła, w żaden sposób nie czyni je mniej interesującymi dla turystów. Czyż wyobraźnia nie zaczyna pracować aktywnie, gdy widzimy postać rycerza na koniu, w zbroi, trzymającego oszczep, obok której jest napis: „Аз пан Федір, зовоми Витольда… хтитор храму сему…”? Albo też kompozycja „Śmierć grzesznika”, na której jest przedstawiony zmarły grzeszny brodacz, po którym chodzi archanioł i którego już trzymają diabły, by zanieść do przygotowanych rozgrzanych kotłów? Takich fresków jest mnóstwo w całej cerkwi. Na oglądaniu i podziwianiu można spędzić cały dzień, ale Bukowina tym właśnie jest interesująca dla turysty, że ciekawych miejsc jest mnóstwo. Trzeba aby byłyby tylko czas i, jak mówią w dowcipach, „natchnienie”. Nawiasem mówiąc, cerkiew od dawna była za mała dla takiego miasteczka, jak Łużany, gdzie nawet zatrzymuje się pociąg relacji Czerniowce-Kijów. Obok niej wybudowano dużą i bardzo interesującą świątynię o pięciu baniach i z mozaiką nad wejściem. Akurat ta świątynia jest widoczna z okien pociągu. Osoby, które podróżują samochodem, muszą przejechać obok gorzelni (bardzo miłe sąsiedztwo!) przez tory kolejowe. Świątynia stoi za parkiem, który się rozciąga przy drodze.

Mówi się, że Bukowina jest krajem wielowyznaniowym i wielonarodowościowym, pierwszy dowód na to – widoczny z daleka spiczasty dach kościoła katolickiego pw. św. Jana z Dukli. To właśnie ten święty, który, wedle legendy, uratował Lwów przed zniszczeniem go przez kozaków Chmielnickiego, zjawiając się na niebie nad miastem w 1648 roku.

 

Grobowiec rodzinny De Costin na placu cerkiewnym w Szypińcach (Fot. Dmytro Antoniuk)Znów Trójpolcy
Tak, jak Mamajowce łączą się z Łużanami, tak i Łużany są połączone z następną ciekawą wsią – Szypińcami. Jest tu oryginalna świątynia, pochodząca z 1812 roku, pod wezwaniem Narodzenia NMP. W przeciwieństwie do Ziemi Kijowskiej czy Ziemi Połtawskiej, gdzie komuniści gospodarzyli znacznie dłużej, na Bukowinie faktycznie w każdej wsi jest cerkiew, która nie może nie zachwycać. Cerkiew jest murowana, w stylu bukowińskim, do którego powoli można się przyzwyczaić. Na cmentarzu przy świątyni, wśród innych grobów, są nagrobki przedstawicieli szlachetnej rodziny de Coustin – jednego z wpływowych rodów Bukowiny austriackiej.

W Szypińcach można usłyszeć ciekawą historię o tym, że w roku 1893 miejscowy nauczyciel Wasyl Arejczuk wykopał opodal wsi siedlisko kultury trójpolskiej. To, że byli to Trójpolcy, wyjaśniło się o wiele później – Wincenty Chwojka odkrył to siedlisko dopiero w roku 1901. Wówczas to, co odnalazł nauczyciel, wywołało prawdziwą sensację. Naukowcy datowali znaleziska na II tysiąclecie p.n.e. Przeszkodził badaniom siedliska miejscowy dzierżawca (może właśnie de Coustin?), na którego ziemiach je znaleziono. Zabronił Arejczukowi, by kopał dalej, a wszystko to, co zostało odnalezione, w tym – ceramikę, dawne narzędzia pracy oraz kobiece figurki z gliny z wielkim zyskiem sprzedał do muzeów Londynu, Berlina, Wiednia i Bukaresztu. Co nieco z tego trafiło do kolekcji prywatnych mieszkańców Czerniowiec, jednak dla nauki Trójpolcy z Szepiniec zginęli na zawsze.

Dmytro Antoniuk
Tekst ukazał się w nr 4 (80) 2-16 marca 2009

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

X