Z Lublina do Kijowa. Część IV

Z Lublina do Kijowa. Część IV (fot. Dmytro Antoniuk)

Zakończyliśmy naszą podróż w sympatycznym leśnictwie miasteczka Klesów w obwodzie rówieńskim.

Za nami już półmetek trasy E373, tzw. „warszawki”, z Lublina do Kijowa. Teraz wjeżdżamy na Żytomierszczyznę.

Pierwszą miejscowością, która może nas zainteresować, jest leżący 7 km od trasy Olewsk. Jest to centrum rejonu z ludnością około 10 tys. mieszkańców. Nowo zbudowany kościół katolicki wyraźnie daje do zrozumienia, że spora część mieszkańców miejscowości to Polacy. Żytomierszczyzna, w porównaniu z innymi obwodami, jest na Ukrainie regionem, który zamieszkuje znaczna część mniejszości polskiej. Atrakcją Olewska jest cerkiew św. Mikołaja z 1596 roku. Obok wejścia do cerkwi wmurowano krzyż, na którym widoczna jest wyryta data „1618” i napisem po łacinie. Wewnątrz cerkwi zachowały się stylizowane XVII-wieczne malowidła i ikonostas sprzed I wojny światowej. Cztery bogato dekorowane wieże wokół głównej bani powstały w połowie XIX wieku. Sądząc z grubości ścian, świątynia miała charakter obronny. Mieściła się tu czczona ikona Matki Bożej Olewskiej, którą komuniści przekazali do muzeum w Charkowie.

Ciekawym wydaje się fakt, że według różnych źródeł, Olewsk datowany jest różnie. Najbardziej przyjęła się wśród miejscowej ludności data 977 rok. Wtedy pod Owruczem zginął książę Oleg, syn księcia Światosława. Miał on prawdopodobnie mieszkać w Olewsku. Mieszkał tu też inny książę Oleg – Drewlański. To na jego cześć miasto początkowo nazywano Olegskiem, ale potem, aby uprościć wymowę, nazwano Olewskiem.

Jedna z najbardziej interesujących historii wydarzyła się w mieście w ubiegłym wieku. Na początku II wojny światowej oddziały Armii Czerwonej wycofały się, a do miasta zamiast oddziałów Wermachtu, zajętych w walkach pod Korosteniem, wkroczyły oddziały Tarasa „Bulby” Borowca i dopiero stworzonej Poleskiej Siczy. Byli gospodarzami w mieście od połowy sierpnia do połowy listopada 1941 roku. Stworzyli tu nawet „Republikę Olewską”. Jednak pod presją Niemców zmuszeni byli przejść do podziemia.

Z Olewska blisko już do tzw. „ukraińskiego Stonehenge” – Kamiennej Wioski – jedynie 25 km. Szkoda, że jazda w te strony może być niebezpieczna (o tym poniżej), ale opis samej drogi zasługuje na uwagę. Trasa wiedzie niezłą droga gruntową, gdzie miejscami można rozpędzić się nawet do 80 km/godz. Jedziemy przez Tepenicę, Artyńsk, Obiszcze, Szebedychę i Rudnię Zamysłowicką. W Rudnie przecinamy stary drewniany most, za którym po prawej jest las. Jeżeli przed wyjazdem nie było deszczy, to leśną drogą można dostać się do samej Kamiennej Wsi. W wypadku gdyby deszcz jednak spadł, zostawiamy samochód przy pierwszej kałuży i dalej idziemy prosto przed siebie. Dotrzemy na miejsce, gdy otoczą nas ze wszystkich stron olbrzymie kamienie okrągłych kształtów. W niektórych miejscach stoją one tak ciasno, że przypominają zastygłe w kamieniu rodziny olbrzymów, a czasami wiejskie obejścia z chatą, chlewem i stodołą. Mamy tu „plac”, na którym stoją „cerkiew” i „szkoła”. Dla niektórych, główną atrakcją Kamiennej Wsi jest Boży Kamień. Legenda głosi, że była tu kiedyś prawdziwa wioska, przez którą szedł biedny wędrowiec. Poprosił on któregoś z mieszkańców wsi o kawałek chleba, a gdy ten odmówił, przemienił wszystko wokoło w kamienie. Był to sam Pan Bóg. Na Bożym Kamieniu są tzw. „ślady Boga” – jeden olbrzymi, niby bosej stopy, i dwa mniejsze. Jeżeli stanąć bosą stopą w duży ślad i pomyśleć życzenie, to na pewno się spełni.

Tyle legendy, nauka głosi, że „ukraiński Stonehenge” został utworzony przez lodowiec. Boży Kamień leży 500 m od drogi. Łatwo go rozpoznać, bo na szczyt prowadzi drewniana drabina. My jednak nie mieliśmy szczęścia, bo dzień był deszczowy, a naszym najskrytszym marzeniem były suche nogi…

Od wiosny tego roku droga do Kamiennej Wioski jest zamknięta. Jest tu zbyt niebezpiecznie. Dlaczego? W okolicach Obiszcza i Szebedychy rozciąga się bowiem swego rodzaju miejscowe Klondike. Dziesiątki hektarów lasu wokół przypominają obecnie pejzaż księżycowy lub tereny zaciętych walk. To tu właśnie wydobywany jest nielegalnie bursztyn i podobno, Ukraina jest liderem w jego wydobyciu. Ponieważ ustawodawstwo w żaden sposób nie reguluje tego bandyckiego procederu, miejscowi „przedsiębiorcy” pod osłoną miejscowej milicji w barbarzyński sposób niszczą przyrodę, a setki ton bursztynu najlepszej jakości opuszczają Ukrainę bez żadnych ceł. Wzbogacają się na tym bandyccy bossowie i naczelnicy milicji. Od chwili, gdy pod Olewskiem znaleziono pokłady bursztynu, wokoło na rozstajnych drogach bandyci rozstawili uzbrojone posterunki. Wpuszczani są jedynie ci, którzy płacą za wydobycie po 650 dol. USA dziennie. Miejscowi mieszkańcy szukają szczęścia gdzieś obok, przekopując łopatami piaszczyste podłoże. Przy wykorzystaniu pomp wodnych, które szybko wymywają podłoże, można odnaleźć większą ilość bursztynu. Czasem ma się szczęście i za jeden dzień można zarobić tyle co za pół roku… a czasem nic. Co częściej się zdarza. Ceny bursztynu kształtują się od 400 do 6 tys. dolarów za kilogram. Zależy od jakości wydobytego surowca. Czasami wybuchają tu krwawe bójki i zdarzają się morderstwa. W tej sytuacji, podróż do Kamiennej Wioski lepiej odłożyć na spokojniejsze i bardziej cywilizowane czasy. Może nareszcie władze w Kijowie zwrócą uwagę na tę dzicz, lub wymuszą to na władzach społecznicy i dziennikarze.

Z Olewska do Żubrowicz trasą E373 jest jedynie 25 kilometrów. Znajduje się tu wspaniały zabytek poleskiej architektury drewnianej – cerkiew Narodzenia NMP z 1696 roku. Zachował się tu ikonostas, prawdopodobnie z XVIII wieku. Radzę zapytać miejscowych, gdzie mieszka o. Piotr, który może otworzyć cerkiew i opowiedzieć o niej. Młody kapłan opowiedział nam bardzo interesujące fakty z jej historii. Na przykład, taką: kiedyś, w okresie władzy sowieckiej, ktoś z miejscowych wylazł na banię, żeby pozdejmować krzyże, nagle zobaczył, jak od iskry z parowozu, który przejeżdżał obok Żubrowicz, zajęła się jego chata. Zszokowany zlazł z cerkwi i pobiegł ratować swój dobytek.

Trzecim co do wielkości miastem obwodu, po Żytomierzu i Berdyczowie, jest starożytny Korosteń. Z Żubrowicz do Korostenia jest jedynie 62 km. Podstawowe atrakcje miasta leżą faktycznie tylko przy jednej ulicy – Hruszewskiego. Wyjątek stanowi jedynie sklep ze znaną korosteńską porcelaną, usytuowany na wprost wejścia do fabryki, która położona jest w oddaleniu od centrum, przy torach kolejowych. W chwili obecnej fabryka niestety, tymczasowo nie pracuje, więc asortyment wyrobów w sklepie nie budzi zachwytu. O wiele więcej można znaleźć w garażach za sklepem, gdzie miejscowa mieszkanka otworzyła konkurencyjny „geszeft”.

Wróćmy jednak do centrum miasta. Warto skierować się do parku im. Ostrowskiego, w którym na brzegu rzeki Uż położone są legendarne Łazienki księżnej Olgi i „Obiekt „Skała”, który nazywany jest „Bunkrem Stalina”.

Kronikarz Nestor w „Powieści minionych lat” podaje, że księżna Olga w 945 roku spaliła Korosteń w zemście za śmierć swego męża księcia Igora, zamordowanego przez plemię Drewlan zamieszkujących te tereny. Ponieważ jej wojsko nie mogło zdobyć umocnień miasta, księżna zgodziła się odstąpić od oblężenia, jeżeli z każdego domu przyniosą jej gołębia. Drewlanie wykonali jej prośbę, nie przewidzieli jednak, że tym samym wydali na siebie wyrok. Olga nakazała do łapek ptaków przywiązać tlącą się tkaninę i wypuścić gołębie. Ptaki wróciły do swych obejść, podpalając dachy domów. Później w spustoszonym mieście księżna wykąpała się w rzece. W tym miejscu na skale pozostało wyrąbane zagłębienie. Obecnie nad nim umieszczono stosowną tablicę. Interesujący jest fakt, że przed kilku laty na wzgórzu nad Łazienkami ustawiono olbrzymi pomnik Mała, zabójcy Igora. Taki swoisty symbol niezależności od Kijowa. Jeszcze bardziej paradoksalnym jest to, że po kilku latach, podczas Dni Miasta nad Użem odsłonięto również pomnik… Oldze. Tłumaczą to tym, że niby to nie ona spaliła Korosteń. Władze poddały się temu pod presją prawosławnych kapłanów – księżna Olga już od wielu lat jest ogłoszona świętą Kościoła prawosławnego. Wygląda na to, że mieszkańcy miasta niepomni są własnej historii.

Aby dostać się do Łazienek Olgi i bunkra Stalina przejdziemy nowym pieszym mostem, przerzuconym nad Użem. Od razu wchodzimy do bunkra. Początkowo wydaje się on zamknięty, ale zawsze czuwa tu „anioł stróż” i dyrektor muzeum wojskowego „Skała” Iwan Poliniaka. Wpuszcza do środka jeżeli liczba zwiedzających jest nie mniejsza niż 5 osób. Ale czeka się niedługo, bo turystów jest tu zawsze sporo. Muzeum jest nieczynne w poniedziałki i wtorki. Można umówić się telefonicznie: +38 (04142) 4 20 61 lub 4 10 48.

W obiekcie „Skała” mieścił się sztab dowodzenia Korosteńskiego Rejonu Umocnionego, który zbudowano w latach 30. XX wieku. Przy jego budowie inżynierowie wykorzystali podziemne korytarze Drewlan. Obecnie są tu trzy poziomy, ale oprowadza się tylko po pierwszym. Do pozostałych dwóch nawet dyrektor nie ma odwagi się zapuszczać, przypuszczając, że są zaminowane. Ekspozycja muzeum naprawdę zdumiewa. Szczególnie interesujące są znaleziska w korytarzach umocnień: karabiny, zegarki, bagnety. Niezwykle interesująca jest olbrzymia kolekcja różnorodnych masek gazowych. Podczas półtoragodzinnej wycieczki pan Iwan pokazuje systemy zaopatrzenia bunkra, działające do dziś. Od jednej studni obecnie odprowadzono wodociąg i urządzono pijalnię. Woda ta, jak twierdzą pracownicy miejskich wodociągów, jest czystszą niż z wodociągu miejskiego. Na zakończenie dyrektor pokazuje jedno z pomieszczeń, gdzie w razie ewakuacji miał przebywać Stalin (tak naprawdę Stalin nigdy tu nie był). Można nawet posiedzieć w „jego” krześle.

(cdn.)

Dmytro Antoniuk
Tekst ukazał się w nr 14-15 (234-235) 14–27 sierpnia 2015

X