Wykłady w Stanisławowie

Wykłady w Stanisławowie Zdjęcie z archiwum prywatne Heleny Krasowskiej

Helena Krasowska z Instytutu Slawistyki Polskiej Akademii Nauk w kwietniu odwiedziła Uniwersytet Przykarpacki im. Stefanyka w Iwano-Frankiwsku (Stanisławowie), gdzie wygłosiła siedem wykładów dla studentów stosunków międzynarodowych i filologii. Z dr hab. Heleną Krasowską rozmawiał Wojciech Jankowski.

Co zaprezentowała pani studentom Uniwersytetu Przykarpackiego w trakcie swoich wykładów?Miałam zajęcia ze studentami drugiego roku polonistyki. Zaprezentowałam studentom zagadnienia socjolingwistyki. Jest to nowy dział nauki, mało jeszcze rozpoznany w naukach humanistycznych. Stąd mało jest materiałów z nią związanych. W 2004 roku udało nam się wydać wspólnie z uniwersytetem w Berdiańsku podręcznik socjolingwistyki dla studentów uczelni ukraińskich. Podręcznik ten składa się z dziesięciu lekcji i w zasadzie dobrze zdaje egzamin.

Tu, na Uniwersytecie Przykarpackim, mówiłam studentom o wielojęzyczności, o dwujęzyczności, o tematyce związanej z przełączaniem kodów językowych, o języku pierwszym – tzn. prymarnym, o języku drugim – sekundarnym, a także o języku obcym. Wyjaśniałam wszystkie terminy związane z socjolingwistyką. Dwa wykłady poświęciłam zagadnieniom tożsamości, która jest bardzo ważna dla jednostki, a zwłaszcza dla młodych ludzi, studentów. Wyjaśniałam jakie tutaj na Ukrainie są składniki tożsamości, jakie mogą być: zmienne, czy stałe. Są to główne zagadnienia moich wykładów, które prowadziłam tutaj.

Czy dla studentów w Iwano-Frankiwsku te zagadnienia są dziwne? Czy sytuacja, gdy w rodzinie mówi się dwoma czy trzema językami jest dla nich czymś niezwykłym?
Sama sytuacja czy problem praktyczny jest im znany, natomiast ja pokazywałam im, jak to wygląda w teorii. Chociaż na wszystkie zagadnienia jest opracowana naukowa terminologia. Wyjaśniłam im naukową terminologię i sporo przykładów podawałam im z ich codziennego życia, gdy na co dzień używają dwa języki, pochodząc z rodzin mieszanych. Często podawałam przykłady ze wschodniej Ukrainy, a także z Bukowiny Karpackiej.

Pochodzi Pani z Bukowiny, więc nie jest to wyłącznie temat badań naukowych, ale sytuacją znana z życia codziennego?
Tak, moje zainteresowania naukowe powiązane są z moim pochodzeniem. Urodziłam się w rodzinie mieszanej, polsko-rumuńskiej, a moim codziennym językiem komunikacji była gwara ukraińska.

Pochodzi pani ze wsi Panka. Proszę powiedzieć jakimi językami ludzie mówili? Jak mówią teraz?
Przed wojną sytuacja językowa w mojej miejscowości czy w regionie, na Bukowinie, wyglądała nieco inaczej. W rodzinach polskich mówiło się po polsku. Do dziś w takich rodzinach w Starych Piotrowcach czy Dolnej Hucie mówi się po polsku czy gwarą polską. W Pance sytuacja się zmieniła. Tam Polacy nigdy nie stanowili zwartej grupy. Są to rodziny mieszane – przykładem czego ja jestem. W domu mówiło się gwarą ukraińską, ponieważ wszyscy sąsiedzi wokół mówili tą gwarą. Tato uczył modlitw i czytać z modlitewnika po polsku, a mama śpiewała piosenki po rumuńsku.

Czy te rumuńskie piosenki to był jedyny kontakt z tym językiem? Czy po rumuńsku zdarzało się mówić i przy innych okazjach?
W mojej rodzinie i w Pance język rumuński występował jedynie w piosenkach lub wierszykach dla dzieci. Tyle co tyczyło się dzieci. Język rumuński był zarezerwowany tylko dla rodziców, gdy chcieli porozmawiać ze sobą o czymś, co byłoby niezrozumiałe dla dzieci.

Czyli – tata, chociaż Polak też znał rumuński?
Tak, bo tata ukończył trzy klasy szkoły polskiej i trzy klasy szkoły rumuńskiej, bo od 1941 roku do 1944 roku język rumuński przeważał w szkolnictwie. Po zakończeniu wojny ukończył jedną klasę szkoły ukraińskiej, zwanej tam „szkołą ruską”.

Zajmowała się Pani również Polakami na Wschodzie Ukrainy, ich tożsamością, sytuacja językową. Jakie emocje towarzyszą wiadomościom z tych regionów, gdzie kilka lat wstecz prowadziła Pani badania?
Towarzyszą emocje, ponieważ jak słucham radia czy oglądam telewizję i widzę Donieck, po którym spacerowałam i nowe lotnisko, na którym lądowałam i jak to wygląda teraz, to niestety nie jest to sytuacja wesoła. Natomiast jest to tylko strona materialna. Chciałabym tu bardziej zwrócić uwagę na ludzi, z którymi miałam przyjemność prowadzić badania. Prowadząc badania w 2008 roku z jedną ze starszych mieszkanek Doniecka (było to w kościele rzymskokatolickim św. Józefa w Doniecku), zaczęłam rozmawiać z panią w języku polskim. Odpowiadała mi szeptem. Zapytałam: „Dlaczego pani tak cicho mówi, przecież teraz nie ma sensu obawiać się?”. Ona odpowiedziała mi, że straciła męża na Syberii, tam zginęli jej rodzice. „Mam jedyną córkę i wnuczkę, które nie wiedzą, że jestem Polką i jestem katoliczką”. Na moje pytanie, dlaczego im tego nie wyjawiła, odpowiedziała: „Są to jedyne bliskie osoby, które dziś mam i nie chcę je stracić”. Mówię jej, że w XXI wieku nic już jej nie grozi i może otwarcie zadeklarować córce i wnuczce, że jest Polką. Wtedy powiedziała mi coś takiego: „Nie, proszę pani. Będzie jeszcze wojna”. Nie przekonywałam jej dalej. Minęło te kilka lat i teraz mamy tam konflikt zbrojny, mamy wojnę.

Ciągle myślę o tej pani. Nie wiem, czy jeszcze żyje. Ciągle słyszę jej głos i jej słowa. Były prorocze.

Nie ma Pani z nią kontaktu?
Nie mam kontaktu, bo nie chciała po tej rozmowie więcej udzielać wywiadu czy rozmawiać. Powiedziała, że więcej sobie tego nie życzy.

Nie wie Pani, czy była wśród uchodźców z Donbasu, którzy przyjechali do Polski? Nie sprawdzała Pani?
Nie sprawdzałam, bo nawet nie znam jej imienia i nazwiska. Trudno było by zidentyfikować ją, chyba z widzenia.

Czy ma Pani kontakt z innymi osobami z tych terenów, z którymi prowadziła pani rozmowy?
Mam kontakt z osobami w Doniecku, z Polakami w Makiejewce i Mariupolu.

Czy ci z Doniecka pozostali na miejscu czy wyjechali?
Spora część ludności wyjechała na Zachodnia Ukrainę do swoich rodzin. Część – 178 osób – wyjechała do Polski, część ludzi tam pozostała. Jaka to jest liczba trudno jest to teraz określić. Nikt nie prowadzi żadnych statystyk i nie wiadomo, czy ta liczba Polaków w obw. donieckim z 2001 roku – 4,3 tys. – osób odpowiadała rzeczywistości. Nie wiadomo czy wszyscy Polacy zadeklarowali wówczas swoją narodowość na tym spisie ludności. Teraz ci ludzie są w rozproszeniu. Nikt nie jest w stanie policzyć ile osób i dokąd wyjechało. Natomiast wiem, że z różnych przyczyn zostali w Doniecku – przeważnie do opieki nad starszymi krewnymi.

W jakich miejscowościach prowadziła Pani badania?
W obw. donieckim są to: Donieck, Kramatorsk, Gorłowka, Torez, Artiomowsk, Mariupol, a w obwodzie zaporoskim: Zaporoże, Melitopol i Berdiansk.

W obw. donieckim są to nazwy miast, które są znane z informacji wojennych.
Tak. Toczyły się walki niedaleko Kramatorska, w Słowiańsku, niedaleko Gorłowki, Makijewki. Te tereny objeździłam i wszędzie tam byłam. Wtedy był tam pokój.

Czy przypuszczała Pani, że ta książka będzie dokumentem rzeczywistości, która niedługo przestanie istnieć?
Nie myślałam o tym, że ta książka będzie aż tak ważna. Nie spodziewałam się, że struktura społeczna na tych terenach tak radykalnie zmieni się. Przyczyną, dla której do badań wybrałam teren obw. donieckiego i zaporoskiego było to, że wiedziałam, że z Polski nikt nie pojedzie tam, aby prowadzić badania. Jest to tak odległy teren od granic Polski, że to właśnie było moim celem, żeby zbadać te tereny.

Rozmawiał Wojciech Jankowski
Tekst ukazał się w nr 8 (228) za 30 kwietnia – 14 maja 2015

X