Wspólna tragedia i kościół jednoczyły polskie rodziny

Wspomnienie o prababci Alicji Zajcewej z domu Makowskiej

Moja prababcia Alicja miała trzy lata, a jej siostra Witalia roczek, kiedy NKWD zabrał im tatę. Był rok 1938. Aleksander Makowski został rozstrzelany prawdopodobnie w Żytomierzu. Miał 30 lat. Razem z nim zginął jego brat Konstantyn. Mama prababci Helena z domu Arcinowska miała problemy ze znalezieniem normalnej pracy, z dostaniem się na studia ze względu na polskie pochodzenie. Okrutny los spotkał też siostry Heleny, które zostały wywiezione na Sybir. Jedna z nich zmarła w pociągu, nie wytrzymała podróży. Kuzynowi Romanowi Arcinowskiemu udało się ocalić życie, bo wojna zastała go na wycieczce w Częstochowie i nie mógł wrócić do Berdyczowa. Bolszewicy nękali rodzinę Arcinowskich już wcześniej. Dziadkowi prababci Alicji Aleksandrowi Arcinowskiemu, który był inżynierem kolejarzem i budował kolej od Janowa do Berdyczowa, zabrali dom i zmusili do przeniesienia się do małego mieszkania, tylko dlatego, że był Polakiem.

Prababcia od zawsze wiedziała, że jest Polką. Jej rodzina, tak jak inne polskie rodzinny, przeżyła tragedie zabieranych nocą ojców i starszych braci, aresztowanych matek i sióstr, wywożonych dziadków i babć. Te tragedie i ból jednoczyły Polaków, a najtrudniejsze chwile pomagał przetrwać kościół. Po kryjomu modlili się na różańcu, chodzili na lekcje religii, świętowali Wielkanoc i Boże Narodzenie.

Moja prababcia urodziła się w Berdyczowie, potem mieszkała w Winnicy. Przed śmiercią bardzo często śpiewała razem z siostrą Witalią piosenkę „Cicha woda brzegi rwie”.

Ania Wójcicka
Tekst ukazał się w nr 6 (346), 31 marca – 27 kwietnia 2020

X