Czy lubią Państwo bajki? Rys. Regina Peszek

Czy lubią Państwo bajki?

Proszę się nie spieszyć z odpowiedzią!

Bajki, bądź baśnie opowiadają o życiu człowieka i otaczającej go naturze. A co najbardziej istotne – opowiadają o naturze człowieka, o różnych jego zachowaniach w różnych sytuacjach, o różnych usposobieniach, o różnych charakterach. Opowiadają o wszystkim, z czego składa się zwykłe ludzkie życie – o narodzinach człowieka, o życiu w rodzinie, o radzeniu sobie bądź nieporadności w życiu, o sukcesie bądź niepowodzeniu, o miłości… o śmierci też. Opowiadają o dobru i złu. Tylko inaczej.

Bajka jest jak film – krótkie zdania, skróty myślowe, montaż. A wszystko, co zostało niedopowiedziane, słuchający czy czytający sobie domyśli. Wszystko sobie w wyobraźni poukłada i pokoloruje. W bajce w cudowny sposób wszystko co trudne przekształca się w proste, jasne i dostępne, a rzeczy zwykłe, codzienne, banalne stają się osobliwe, niezwykłe, jaskrawe. Jest w niej połączenie wymysłu z rzeczywistością, tego co śmieszne z tym co poważne, gry wyobraźni i myśli z grą słów i specyficznym przekazem.

Bajki są ponadczasowe i ponadnarodowe. Bajki ludzie układali od niepamiętnych czasów. Przekazywali od starszych młodszym, młodsi stając się starszymi – następnym młodszym i tak się działo przez tysiące lat. Każde następne pokolenie, każdy następny opowiadający domyślał i dodawał coś od siebie, dołączał własne obserwacje. A kiedy ludzie wymyślili pismo, zaczęli je spisywać. W naszych czasach już bardzo dbamy o autorstwo, spisane przez ostatnie paręset lat bajki ludowe już nie są tak bardzo ludowe, otrzymały swego autora. Lecz twórcza myśl pisarza czerpie z tego, co ten zasłyszał wśród swego ludu. To z kolei stwarza temu czy innemu narodowi swego rodzaju wizytówkę, swoisty obraz zbiorowy, który idzie w świat, gdy tę czy inną baśń przełoży się na inne języki.

Niniejszym proponuję Czytelnikom zapoznać się z jedną z baśni spisanych przez klasyka literatury ormiańskiej Howhannesa Tumaniana, a przełożoną na język polski. Od razu zaznaczę, że nie jest to ścisłe tłumaczenie z języka oryginału, posługiwałam się wcześniejszymi przekładami na języki rosyjski i ukraiński, ale w trakcie pracy konsultował mnie rdzenny Ormianin, więc przekład jest dopasowany do oryginalnego tekstu. Jedną z głównych intencji było również zachowanie ormiańskiego kolorytu. Jest tych baśni więcej, ale dziś nasi Czytelnicy mają możliwość pośmiać się i porozmyślać nad jedną bardzo długą – „Chrobry Nazar”, napisaną i opublikowaną przez H. Tumaniana w 1912 roku. Z okruchów informacji, którą udało mi się zdobyć, można wnioskować, że autor napisał ją w oparciu o ludową baśń o niedorajdzie i leniowi Dżyko, który dzięki cudownemu zbiegowi okoliczności został królem.

To jak, zaczynamy?
Alina Wozijan

 

CHROBRY NAZAR

Może to było, a może nie było, żył sobie biedny człowiek, na imię miał Nazar (imię zapożyczone z języka greckiego, oznaczające „oddany Bogu” – przyp. tłum.). Był on człowiekiem nierozgarniętym i leniwym, a na dodatek bojaźliwym – taki tchórz, że zabij go, a bez opieki kroku nie zrobi. Caluśki dzień za żoną jak cień chodził: ona za próg – i on za próg, ona do domu – i on również. Dlatego ludzie przezwali go Tchórzliwym Nazarem.

Pewnej nocy wyszedł Tchórzliwy Nazar z żoną na ganek. Wyszli i widzą: księżyc na niebie świeci, noc jasna, świetlista. Zamyślił się i powiada:

– Ach, żono, w taką noc tylko na karawany napadać… Coś mi podszeptuje: idź, chłopcze, i obrabuj karawanę szacha z Indii, co wiezie różne skarby – nieźle się wzbogacisz.

A żona odpowiada mu:

– Siedź lepiej i milcz. Też mi rabuś się znalazł…

Ale Nazar nie może się uspokoić.

– To ty, kłótliwa babo – jakiej świat nie widział – nie pozwalasz mi karawanę obrabować i wzbogacić się nieco?! Jakiż ze mnie wtedy mężczyzna? Po co czapkę z niedźwiedziego futra noszę, jeżeli kobieta śmie mi tak przeczyć!

Nie na żarty się rozochocił, karcił ją i karcił, aż w końcu miała już tego dość – weszła do domu i drzwi za sobą zatrzasnęła.

– A żebyś ty zginął, tchórzu jeden! Idź sobie, rabuj karawany! – krzyknęła spoza drzwi.

I znalazł się Nazar w noc ciemną samiutki pod drzwiami. Stoi, z przestrachu zdrętwiał. Prosi żonę, błaga, żeby wpuściła go do domu, ale ona nic. Zrozpaczony Nazar przytulił się do ściany i drżąc siedział tam aż do świtu.

Już słoneczko przygrzewa, a wściekły Nazar wciąż czeka i czeka z nadzieją, że żona sama po niego przyjdzie. Dzień letni, upalny, muchy się rozszalały, a Nazar na tyle się rozleniwił, że nawet nie chce nos wytrzeć. Obsiadły mu muchy nos i twarz całą. Nękają go i kleją się tak, że sił brak. Wreszcie nie wytrzymał, podniósł rękę i – klaps siebie po twarzy. Tak klapnął, aż muchy się posypały.

– Cóż to? – zdziwił się Nazar.

Próbował policzyć, ile much zabił za jednym razem, lecz stracił rachubę. Chyba nie mniej niż tysiąc – miarkował.

– O tak to! – mówi. – Okazuje się, że jestem kawał chłopa, a dotąd tego nie przypuszczałem. Jeśli mogę za jednym zamachem przybić tysiąc żywych stworzeń, czemuż tedy kłótliwej baby tak bardzo się trzymam?
Wstał i poszedł na wieś do księdza.

– Pobłogosław, ojcze.

– Niech cię Bóg błogosławi, synu.

– A ty, ojcze, nawet nie wiesz…

I opowiedział Nazar o swojej bitności, a na koniec oświadczył, że od dziś trzymać się spódnicy nie ma zamiaru, a skoro tak, to ma prośbę: niech ksiądz napisze o jego bohaterstwie, żeby ludzie dowiedzieli się o nim, żeby nie popadł w zapomnienie. Ksiądz dla żartu napisał na kawałku szmatki:

Chrobrym Nazarem zwie się zasłużenie,
Tysiąc zabija jednym uderzeniem!

I wręczył szmatkę Nazarowi. Nazar naczepił tę szmatkę na koniuszek kija – już ma chorągiewkę, przypiął do pasa odłamek zardzewiałego miecza, wgramolił się na sąsiedzkiego osła – i ruszył w drogę.

Opuścił Nazar wieś i jedzie, dokąd oczy poniosą.

Jedzie, jedzie, obejrzał się za siebie i widzi – wieś już gdzieś w oddali. Dopadł go lęk. Żeby dodać sobie otuchy, zaczął nucić piosenkę, z początku mrucząc cicho pod nosem, potem na głos, rozmawiać ze sobą, osła popędzać. Im dalej jedzie, tym bardziej ogarnia go lęk, a im silniej ogarnia go lęk, tym głośniej zawodzi, wrzeszczy na całe gardło, aż chrypi. A tu jeszcze, wtórując mu, zaczął ryczeć osioł. Przestraszone tym hałasem i rykiem ptaki zrywają się z drzew, zające umykają w krzaki, żaby z tataraku skaczą do wody.

Nazar drze się jeszcze głośniej, a kiedy wjechał do lasu, wydawać mu się zaczęło, że zza każdego drzewa, zza każdego kamienia, zza każdego krzaczka za chwilę wyskoczy na niego jakiś zwierz lub rezun-zbójca. I zaczyna wołać wniebogłosy – nie daj Boże nikomu tego słyszeć.

A nieopodal, leśną drogą szedł sobie akurat wieśniak i prowadził za uzdę konia. Usłyszał te wrzaski i zastygł w bezruchu.

– Och – mówi – widać koniec mój nadchodzi. To pewnie zbójnicy!

Porzucił konia i co tchu w piersiach pomknął z powrotem do gąszczu.

Wiedzie ci się, Chrobry Nazarze!

I oto Nazar, wciąż wrzeszcząc na całe gardło, wjeżdża na polanę, widzi – stoi koń pod siodłem, tak jakby na niego czekał. Przesiada się zatem z osła na konia i jedzie dalej.

Czy długo jechał, czy nie – tylko on to wie, ale z czasem znalazł się w jakiejś wsi: ani on tej wsi na oczy nie widział, ani wieś jego. Dokąd tu pójść, do kogo? I tu z jednego z domów dotarł dźwięk zurny (zurna, surma – drewniany instrument dęty z lejkowatym rozszerzeniem, którego dźwięk ma ostre świąteczne brzmienie – przyp. tłum.), w tę stronę skierował konia i wyobraźcie sobie – trafił prościutko na wesele.

– Dzień dobry wam wszystkim!

– I tobie stukrotnego dobra życzymy człowieku! Zapraszamy serdecznie do gospody, dla nas każdy gość to posłaniec Boga!

Wprowadzają Nazara pod ręce i sadzają z jego chorągiewką na honorowym miejscu przy stole. Widzielibyście, czym go częstowano! Jakich tylko specjałów, jakich napitków tu nie było!

Gości wesela jednak bardzo ciekawi kim jest ten dziwny nieznajomy. Jeden z nich, z kraju stołu, trąca łokciem i pyta swego sąsiada, a dalej pytają jeden drugiego, aż kolej dochodzi do księdza – a ten też siedział na honorowym miejscu obok Nazara. Ksiądz z trudem odczytał napis na chorągiewce gościa:

Chrobrym Nazarem zwie się zasłużenie,
Tysiąc zabija jednym uderzeniem!

Przeczytał i zlękniony powtarza to sąsiadowi, ten następnemu, następny kolejnemu, kolejny jeszcze kolejnemu i tak doszło aż do drzwi. I już całe wesele tylko o tym opowiada, że nowy gość to bohater niezwyciężony:

Chrobrym Nazarem zwie się zasłużenie,
Tysiąc zabija jednym uderzeniem!

– Toż to przecież ten sam Chrobry Nazar! – mówi jeden z gości. – Bardzo się zmienił, ja z początku go nawet nie poznałem.

Natychmiast, jak to często bywa, znajdują się ludzie, którzy opowiadają o wybitnych zwycięstwach Nazara, o dawnej z nim zażyłości i spędzonych wspólnie dniach.

– Ale dlaczego przy takim człowieku nie ma służącego? – zastanawiają się inni.

– Tak już ma w zwyczaju, nie lubi podróżować ze służącymi. Kiedyś go zapytałem, a on mówi: „Po co mi służący, cały świat mam za służącego”.

– To dlaczego porządnego miecza nie ma, rdzawe żelastwo do pasa przypiął?

– Na tym właśnie polega spryt: tak uderzyć tym rdzawym żelastwem, by jednocześnie zabić tysiąc. Dobrym mieczem to każdy chwat potrafi.

Zadziwieni goście wstają i piją zdrowie Chrobrego Nazara. A pierwszy wśród nich mędrek wygłasza chwalebną mowę: od dawna – mówi – nasłuchani jesteśmy o twojej niespotykanej waleczności, marzyliśmy zobaczyć twoje oblicze i dzisiaj cieszymy się, że widzimy cię wśród nas.

Nazar tylko wzdycha i macha ręką. Ludzie zaś wymieniają się porozumiewawczymi spojrzeniami: nas przecież nie nabierzesz, te gesty świadczą o jego nadzwyczajnej skromności…

Ucztujący ze wszystkimi aszugh (aszyk, ludowy poeta, pieśniarz – tłum.) natychmiast układa pieśń i śpiewa:

Witaj nasz orle, nasz władco hojny,
Naszej ojczyzny synu dostojny
Z tobą niestraszne nam żadne wojny

Chrobrym Nazarem zwiesz się zasłużenie
Tysiąc zabijasz jednym uderzeniem!

Ty zwalczysz każde nasze nieszczęście
Od śmierci, tortur zbawisz nas wreszcie
Słabych oporą, tarczą niewieście!

Chrobrym Nazarem zwiesz się zasłużenie
Tysiąc zabijasz jednym uderzeniem!

Tyś dla nas wzorem jedynym godnym,
Miecz, znak i koń twój dziś naszym godłem
I grzywa konia, i ogon z siodłem!

Chrobrym Nazarem zwiesz się zasłużenie
Tysiąc zabijasz jednym uderzeniem!
Po tej uczcie podchmieleni goście weselni roznieśli wieść, że nadchodzi ten, który –
Chrobrym Nazarem zwie się zasłużenie
Tysiąc zabija jednym uderzeniem!

I wkrótce już po całej okolicy ludzie zaczęli opowiadać o jego godnych podziwu czynach bohaterskich, opisywać jego groźne oblicze, na cześć Chrobrego Nazara nadawać imiona nowo narodzonym dzieciom.

Opuścił Nazar wesele i ruszył w dalszą drogę. Jedzie, jedzie i dojeżdża do zielonej łąki. Wypuścił konia na wypas, wbił chorągiewkę w ziemię, położył się w jej cieniu i zasnął.

Skąd miał wiedzieć, że w okolicy tej mieszka siedmiu braci olbrzymów – watażków siedmiu zbójeckich band. Były to ich tereny, a twierdza ich stała na wysokim szczycie najbliższej góry.

Patrzą olbrzymy z góry – wjechał na ich teren człowiek i zsiadł z konia. Patrzą i dziwią się: cóż to za zuchwalec i ile ma głów, że tak beztrosko ułożył się pośród ich łąki, a jeszcze konia puścił na popas? A każdy z braci miał czterdziestopudową maczugę. Chwycili więc oni te maczugi i idą. Podchodzą bliżej i cóż widzą? Pasie się koń, obok śpi człowiek, u wezgłowia chorągiew, na niej napis:

Chrobrym Nazarem zwie się zasłużenie
Tysiąc zabija jednym uderzeniem!

Nieprawdopodobne! Toż to przecież Chrobry Nazar! Olbrzymy przygryzły języki i zamarły. A jak mogło być inaczej? Wieść, którą po weselu roznieśli podpici goście, dotarła też w ich strony. Stoją przestraszeni bracia, w ustach im przeschło, zamarli i czekają, aż Nazar będzie łaskaw się obudzić. Zbudził się Nazar, przeciera oczy, widzi przed sobą siedmiu strasznych olbrzymów z maczugami na ramionach i z przestrachu dusza uciekła mu w pięty. Chowa się za swoją chorągiew i dygocze jak liść osiki. Dostrzegli olbrzymy, że Nazar na twarzy się zmienił, drżenie go przeszyło i myślą – chyba się rozzłościł, lada chwila jednym ciosem zabije nas wszystkich siedmiu. Padli przed nim na kolana i błagają:

– Chrobrym Nazarem zwiesz się zasłużenie
Tysiąc zabijasz jednym uderzeniem!

– Słyszeliśmy twe groźne imię i dawno marzyliśmy, aby cię zobaczyć. Teraz twoja noga stanęła na naszej ziemi i jesteśmy tym zaszczyceni. Od dziś, wszyscy razem, jesteśmy twoimi wiernymi sługami. A tam na szczycie góry w groźnej twierdzy mieszka nasza przepiękna siostra. Błagamy, okaż nam wielkoduszność, bądź naszym gościem, skosztuj naszego chleba…

Nazar wreszcie się opanował i wsiadł na konia, a olbrzymy, krocząc na przodzie z jego chorągwią, z honorami wprowadziły go do twierdzy. A tam wyprawiono mu ucztę królewską, podczas której tak zachwycano się jego zwycięstwami, tak sławiono, że piękna siostra zakochała się w nim. Czy trzeba mówić, jaką czcią i jakim szacunkiem otaczany był odtąd?

Tymczasem zjawił się w okolicy tygrys, który napełniał ludzi grozą i przerażeniem. Kto zabije tygrysa, kto ma tyle siły? Chrobry Nazar go zabije, bez wątpienia. Któż by jeszcze odważył się wyjść tygrysowi naprzeciw? Cała nadzieja w nim: na niebie Bóg, na ziemi Chrobry Nazar!

Usłyszawszy o tygrysie Nazar wziął nogi za pas – chciał uciec w swe strony, a tłum wokół pomyślał, że tak śpieszno mu stanąć do walki z tygrysem. Narzeczona go powstrzymuje: dokąd ty, mówi, bezbronny pędzisz, weź broń i ruszaj. Przynoszą mu broń, by nowe zwycięstwo utrwaliło jego głośną sławę. Wziął Nazar broń i poszedł. Gdy znalazł się w lesie, wdrapał się na drzewo i ukrył wśród jego gęstych gałęzi, żeby ani tygrys go nie zobaczył, ani on tygrysa. Przylgnął Nazar do konara, drży ze strachu, dusza mu się ścisnęła do wielkości ziarenka prosa. A przeklętego tygrysa nieczysta siła przyniosła, jak na zamówienie, prościutko pod to drzewo. Przyszedł więc i położył się pod nim.

Zobaczył Nazar tygrysa, w oczach mu pociemniało, strach mu krew w żyłach zmroził, ręce, nogi osłabły i – trach! – spadł prościutko na zwierza. Tygrys zerwał się z miejsca a Nazarowi z przerażenia pomieszały się zmysły i z całej siły uczepił się futra. Pędzi oszalały tygrys z opętanym Nazarem na grzbiecie, niesie go po górach i dolinach, gdzie łapy poniosą.

Patrzą ludzie – cud niesłychany! Chrobry Nazar na tygrysie wierzchem jedzie.

– Hej, szybko tu! Patrzcie! Chrobry Nazar tygrysa osiodłał jak konia. Ruszmy za nim.

I wszyscy z wielkim ożywieniem, ośmieleni widokiem – wrzeszcząc i jazgocząc otaczają tygrysa – kto kindżał ma, kto strzelbę, kto kamień, kto kij – młócili go bezlitośnie, aż zatłukli.

Ocknął się Nazar i zaczął bełkotać:

– Szkoda – mówi – nadaremnie tygrysa zabiliście. Takiego konia sobie znalazłem. Ledwie co udało mi się go poskromić. Nie zdążyłem sobie nawet na nim porządnie poharcować.

Wieść o tym dotarła do twierdzy. Mężczyźni i kobiety, lud wszelki – od małego do dużego – wysypał Nazarowi na spotykanie. Ułożyli o nim pieśń i śpiewają:

Mężny nasz rycerzu
Nikt tu nie uśmierzy
Twój zapał i żar,
Chrobry nasz Nazar!

Poznał wróg matołek
Górskiego sokoła
Co jak piorun spadł
Niszcząc wroga ład

Tygrysa poskromił
Poczwarę rozgromił
Chwacki on i prężny
Rycerz nasz potężny

Gdy wróg nas katował
Tyś nas uratował
I w dzień i w noc chłodną
Tyś naszą pochodnią!

I ożenili Chrobrego Nazara z piękną siostrą olbrzymów. Siedem dni i siedem nocy wesele trwało, pieśniami młodego króla i młodą królową sławiono:

Księżyc na niebo wstąpił,
Światło księżyca łagodne –
Księżyc na niebo wstąpił,
Do Chrobrego Nazara podobny.

Gwiazda jasna zabłysła.
Do kogoż podobna tak ona?
Gwiazda jasna zabłysła.
Podobna do pięknej królowej.

Sławny nasz król i piękny, oj piękny!
Szaty jego są piękne, oj piękne!
I koronę ma piękną, oj piękną!
I kaftan ma piękny, oj piękny!
I pas jego piękny, oj piękny!

Sławni są król i królowa,
Niech sława ich rośnie stokrotnie!
Chwała naszej królowej,
Chwała królowi śmiałemu,
Chwała światu całemu!

A trzeba powiedzieć, że do siostry olbrzymów słał swatów król sąsiedniego królestwa. Jak się dowiedział, że mu odmówiono i wydano ją za mąż za innego – zebrał wojsko i poszedł z wojną na siedmiu braci.

Przybiegło siedmiu olbrzymów do Chrobrego Nazara, powiedzieli o wojnie, ukłonili się nisko, stoją przed nim, oczekują rozkazów.

Gdy usłyszał Nazar o wojnie, cały zadygotał. Wpadł w popłoch, chciał uciec do rodzinnej wsi. A ludzie myślą – Nazar chce natychmiast zaatakować wroga. Stanęli mu na drodze, zatrzymują, błagają, proszą: „Dokąd biegniesz sam jeden? Co poczynisz bez miecza i zbroi? Czy ci głowy swojej nie żal?”.

Przyniesiono mu miecz i zbroję, a żona zaklina braci by nie puścili Nazara do walki z wrogiem sam na sam.

I rozniosła się wieść wśród ludu i wojska, a przez donosicieli i do wrażego obozu dotarła, że Chrobry Nazar sam w pojedynkę, bez broni rzucił się na pole bitwy, ledwo udało się go zatrzymać. A teraz idzie otoczony wojskiem.

Przyprowadzono na pole bitwy nieposkromionego dzikiego konia, wsadzono Nazara w siodło.

Tu wojsko dostało otuchy, ruszyło za nim wykrzykując:

– Niech żyje Chrobry Nazar! Śmierć wrogom!

Dziki koń poczuł, że jeździec na nim siedzi słaby, zarżał, zagryzł uzdę i z całej mocy pomknął wprost na wrogie szeregi. A żołnierze pomyśleli, że Chrobry Nazar sam skierował tam konia. Ze zwycięskim okrzykiem porywczo ruszyli w ślad za nim.

Widzi Nazar, że nie utrzyma się na koniu, że ten lada chwila go zrzuci. Chwycił się więc za konar drzewa, a konar, na nieszczęście, choć gruby jak dobre bierwiono okazał się zgniłym – przełamał się i został w rękach Nazara. Żołnierze wrażego wojska słyszeli o jego bitności i już bali się go bezmiernie, a gdy na własne oczy zobaczyli go z ogromną kłodą w ręce – całkiem stracili odwagę.

– Ratuj się, kto może! Mknie na nas Chrobry Nazar, wyrywa drzewa z korzeniami!

Niemało wrogich żołnierzy poległo tego dnia. A ci, co przeżyli, złożyli broń u stóp Chrobrego Nazara i przysięgli być mu pokorni.

Wraca z groźnego pobojowiska Chrobry Nazar do twierdzy olbrzymów. Ludzie wybudowali na jego cześć łuk triumfalny i wyszli mu na spotkanie, wołając w uniesieniu „hurra” i „chwała”, z pieśniami i muzyką, z dziewczynami i kwiatami – jednym słowem, czynili takie honory, że Nazar całkiem zbaraniał.

Z podobnymi zaszczytami ukoronowali go na króla. I został Chrobry Nazar królem, a każdemu z siedmiu braci dał służbę przy dworze i w okamgnieniu zrozumiał, że ma w garści cały świat.

Powiadają, że nadal żyje i króluje Chrobry Nazar i gdy przy nim ktoś opowiada o śmiałości, rozumie, zdolnościach, śmieje się i mówi: śmiałość, rozum, zdolności – to wszystko drugorzędne. Ważne jest tylko to, czy ci się poszczęści. Gdy los uśmiechnie się do ciebie – łap go za brodę!..

Powiadają, że i dziś Chrobry Nazar żyje w rozkoszy i drwi z całego świata.

Info:
Howhannes Tumanian – jeden z najwybitniejszych klasyków literatury ormiańskiej, działacz społeczny. Urodził się 7 lutego 1869 r. we wsi Dsegh (Dysech) w prowincji Lorri w Północnej Armenii. Jego ojciec był kapłanem Ormiańskiego Kościoła Apostolskiego. Przez całe życie borykał się z trudnościami materialnymi, przez nie również nie zdobył odpowiedniego wykształcenia. Ale pisać i publikować zaczął jeszcze w roku 1880, mieszkając już wówczas w Tyflisie (Tbilisi), gdzie współpracował z ormiańskimi czasopismami. Wraz z wydaniem pierwszych zbiorów wierszy jego poezja zyskała publiczne uznanie. W swojej twórczości, inspirując się ormiańskim folklorem i legendami, prezentował konflikty społeczne i psychologiczne, zwyczaje i tradycje ludu, walkę z uciskiem feudalnym. Tłumaczył na język ormiański m.in. Byrona, Goethego, Puszkina. Pod jego kierownictwem w Tbilisi zorganizowane zostało koło literackie „Wernatun” („Poddasze”), do którego przystąpili czołowi pisarze ormiańscy. W latach 1912–1921 był przewodniczącym Kaukaskiego Towarzystwa Pisarzy Armeńskich. Po 1900 poświęcił się również literaturze dziecięcej – redagował magazyn dla dzieci Hasker (założony w 1905). Angażował się również społecznie i politycznie. Wywarł duży wpływ na literaturę ormiańską. Jego dzieła doczekały się przekładów na wiele języków, licznych adaptacji filmowych i teatralnych. Założył rodzinę w wieku 19 lat. Mieli z żoną dziesięcioro dzieci – czterech synów i sześć córek. Wszyscy synowie zginęli – jeden w czasie wojny w 1918 z rąk tureckich, inni trzej – podczas czystek stalinowskich. Umarł z powodu choroby nowotworowej 23 marca 1923 r. w Moskwie. Pochowany został w Tbilisi.

Pochodzi z bardzo mieszanej rodziny o wielu narodowościach, lecz polska krew okazała się być dominująca, stąd w gronie rodziny zachowuje tradycje i posługuje się wyłącznie językiem polskim. Urodzona we Lwowie. Po ukończeniu studiów w Ukraińskiej Akademii Drukarstwa pracowała w dziale bibliotecznym w Państwowym Archiwum Obwodu Lwowskiego, od 1995 roku przez 16 lat – jako redaktor i realizator w regionalnej telewizji państwowej. Od 2001 roku zaczęła oprowadzać grupy turystyczne, jako przewodnik opiekowała się wycieczkami do najdalszych zakątków dosłownie całej Ukrainy. Od 2013 roku jest związana z Kurierem Galicyjskim. Jeszcze w latach studenckich zainteresowała się sztuką przekładu. Na swoim koncie ma przełożone z kilku języków na język polski różnego rodzaju teksty, w tym literackie. Zainteresowania: historia, stosunki społeczne, geopolityka, geografia. Za najlepszy odpoczynek uważa kardynalną zmianę działalności – uwielbia piesze wycieczki na długie dystanse oraz... dziewiarstwo.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

X