(S)tworzenie niezwykle dynamiczne. Wywiad z Zuzą Wiśniewską

(S)tworzenie niezwykle dynamiczne. Wywiad z Zuzą Wiśniewską Zuzanna Wiśniewska (fot. Maciej Szczęsny)

Przykuwa uwagę muzyką i sceniczną zadziornością. Eksperymentuje, zaskakuje, wzrusza. Zuza Wiśniewska – o roli wychowania, fertyczności kobiet oraz (nie tylko artystycznej) zgodzie z samą sobą. Rozmawiała Ela Lewak.

Mówisz o tym, że „jesteś gadułą, a muzyka sama do Ciebie przychodzi”.
Lubię gadać, to prawda. (śmiech) W ogóle jestem stworzeniem towarzyskim – i to bardzo. W moim przypadku muzyka też jest „bardzo towarzyska”, bo cały czas coś tam się tłucze w mojej głowie (śmiech). A ja ufam swoim pomysłom. Choć znam teorię, w komponowaniu i tak kieruję się intuicją.

Weszłaś w świat autorskiej piosenki z przytupem. Zaczęłaś pisać dopiero trzy lata temu, a masz na koncie znaczące nagrody i wyróżnienia.
Na festiwalach wykonywałam najpierw cudze utwory, ale koledzy poeci pisali, dobrze się z tym czuli, realizowali się, więc stwierdziłam, że może ja też zostanę takim „bardem”. Chciałam należeć do grupy „twórców”, a nie tylko „wykonawców”.

A następnie stwierdziłaś, że określenie „bard” absolutnie do Ciebie nie pasuje.
Idea bardowska skończyła się w naszym kraju wraz z upadkiem władzy komunistycznej. Podobnie stało się z piosenką studencką, która w tamtym czasie stanowiła wentyl dla twórców i społeczeństwa. Dziś nie ma już potrzeby, by śpiewać piosenki zaangażowane, a jeśli się one pojawiają, to traktują o nieco innych wartościach i korzystają z innych środków wyrazu. Znaczenie poezji też jest współcześnie zupełnie inne.

Porównywanie waszej twórczości do tego, co było, nie ma sensu?
Bard kojarzy mi się z człowiekiem, który wychodzi sam z gitarą na scenę – i gra. Tylko on buduje całą dramaturgię swojego występu. Bardzo imponuje mi, gdy taka osoba cechuje się sporą charyzmą i potrafi przyciągnąć widza na dłużej, wciągnąć go w świat swojej opowieści. Niemniej, osobiście nie utożsamiam się do końca z taką formą przekazu. Nie chciałabym być nazywana bardem, bo po pierwsze – nie piszę tak jak oni, a po drugie – gdy sama występuję, mam ochotę dać słuchaczowi coś więcej niż tylko dobrą treść i emocje.

Na przykład?
Nieco bogatsze instrumentarium, muzyczne inspiracje czy walory wizualne związane z ciekawie dobranym strojem czy scenografią koncertu. Bardowie nie mają takich elementów, bo ich nie potrzebują. Bliżej mi chyba do nazwania siebie „songwriterem” albo „twórcą muzyki alternatywnej”. Wynika to z tego, że chodzi mi o tworzenie muzyki, a nie konkretnego gatunku. Mam szacunek do poezji, do skrupulatnie napisanych tekstów, ale jednocześnie chcę sprawić, by ich wykonanie było bardziej współczesne. Dlatego nie nazwałabym tego, co robię, „poezją śpiewaną”. Szczególnie, że od zawsze byłam fanką przeróżnej muzyki, od mocnego uderzenia po hiphopową gadkę. Bardzo doceniam takie połączenia, jak chociażby w przypadku Justyny „Sieni” Sieniuć, mojej festiwalowej koleżanki. Gitara, prosty bit, raperski sznyt i treść. Da się!

Może kiedyś mnie najdzie, by zrobić show sceniczny jak Ralph Kaminski? Albo wymarzę sobie koncert z orkiestrą symfoniczną, bo czemu nie? Chcę eksperymentować, chcę próbować, chcę robić nowe projekty. Chcę poruszać. Chcę dostarczać ludziom czegoś, co im zostanie w głowie, za pomocą różnych form widowiska. Spotkania ze sztuką powinny być nie tylko przyjemne, ale także zostawiać coś po sobie: wspomnienie, uczucie, emocję. To akurat mnie z bardami łączy (śmiech).

Zuzanna Wiśniewska (fot. Maciej Szczęsny)

Znajdziemy to na Twojej debiutanckiej płycie, którą teraz szykujesz?
Chciałabym, by moje utwory, które znajdą się na płycie, były ciekawe i muzycznie interesujące, a także literacko wartościowe. W moim przypadku proces znajdowania swojego stylu wciąż trwa. Jak dotąd moja twórczość jest mieszanką songwriterki, muzyki akustycznej z ciągotami do innych gatunków muzyki rozrywkowej… a w kontekście tekstów piosenek być może faktycznie zostało we mnie odrobinę z barda. Nie chcę jednak się skupiać na tym, by stworzyć na płytę wiersze na poziomie Mickiewicza, bo to się mija z celem. Chcę, by były spójne ze mną w tym momencie życia.

A w międzyczasie wprowadzasz rockowo-bluesowe brzmienia na uczelnię w ramach dyplomu z wokalu…
Od dawna chciałam stworzyć polskie teksty do piosenek The Doors, ale krążyło to gdzieś w krainie marzeń. No bo niby jak? Kto miałby śpiewać i kto zagrać? Przy jakiej okazji, jeśli nie samoistnego spektaklu? Z pomocą przyszła mi wykładowczyni, profesor Katarzyna Matuszak, która wyszła z propozycją zrobienia dodatkowego projektu. Zaproponowała mi to, bo widziała, że tworzę, jeżdżę, występuję i jestem otwarta na nowe wyzwania artystyczne. To była świetna propozycja, zwłaszcza że mogłam połączyć ten pomysł z dyplomem ze śpiewu. Podczas reaserchu zapoznałam się z wcześniej publikowanymi tłumaczeniami The Doors, ale moim zdaniem były one zbyt dosłowne lub zwyczajnie pozbawione rytmu. Postanowiłam więc przygotować samodzielnie nowe przekłady. To ciekawe doświadczenie – sprawdzić, czy potrafi się zrobić sensowny przekład i czy potrafi się wykonywać takie piosenki. Zaprosiłam do udziału w projekcie nie tylko studentów z naszej uczelni, ale także Tomasza Kotwicę, który robi na Uniwersytecie Kazimierza Wielkiego w Bydgoszczy doktorat z dyrygentury i jest współprowadzącym chóru akademickiego. Jest to więc projekt nie tylko studentów, lecz także w jakimś stopniu wykładowców, co tym bardziej napawa mnie radością i motywuje do pracy. „Projekt: Morrison” miał mieć premierę 28 marca, jednak z uwagi na obecną sytuację musieliśmy przełożyć wydarzenie. Pozostaje nam czekać na inny termin, gdy to wszystko się uspokoi. Jednak z pewnością zagramy!

Otwartość na eksperymentowanie w świecie muzyki to cecha wyniesiona z domu?
Wychowałam się w domu aktorów. Wyrosłam w przekonaniu, że dialog ze sztuką, czynne doświadczanie jej jest rzeczą naturalną. Nie jest czymś odległym i niedostępnym. Za pośrednictwem moich rodziców kręciłam się w świecie teatralnym. Byłam otwartym dzieckiem, zainteresowanym, chętnym do działania i podejmowania wyzwań na tle artystycznym. Dopiero po latach okazało się, że nie dla wszystkich jest tak oczywistym stwierdzenie, że artysta to taki sam, normalny człowiek. Wszystko przez to, że artyści roztaczają dookoła siebie jakąś tajemniczą aurę. Ludzie więc często idealizują aktorów czy muzyków, podczas gdy u mnie takie postrzeganie nigdy nie istniało. Rodzice nauczyli mnie wielu doskonałych wartości, między innymi otwartości: na drugiego człowieka, na odmienne spojrzenie, na inność w ogóle. Poza tym wciąż wspierają mnie w tym, co robię, choć oczywiście decyzja o tym, by zostać twórcą, nie jest szczególnie rozsądną, w przeciwieństwie do podjęcia pracy jako prawnik czy lekarz. (śmiech)

Zuzanna Wiśniewska (fot. Piotr Karólewski)

Pamiętam post na portalu społecznościowym, który opublikował Twój ojciec. Dumny tata informował świat nawet przed Tobą, że wygrałaś Ogólnopolskie Spotkania Zamkowe „Śpiewajmy Poezję” w Olsztynie. Spotkania, w których sam również brał udział ileś lat temu.
Tak! Tata brał udział w Spotkaniach Zamkowych na początku lat 90. Wraz z kolegą ze szkolnej ławki, Jackiem Borcuchem, dziś rozpoznawalnym w naszym kraju reżyserem filmowym. W liceum obaj grali na gitarach i śpiewali autorskie kompozycje do tekstów uznanych poetów. Takie ot, hobby w przerwie między matematyką a fizyką. Jeździli ze swoimi piosenkami po festiwalach, między innymi próbowali dostać się do Olsztyna. Nie zostali jednak wtedy dopuszczeni do finału. Dowiedziawszy się o tym, że wygrałam ten festiwal po prawie trzydziestu latach od tamtej chwili, było mu bardzo miło i postanowił się tym pochwalić na swojej tablicy.

Mój ojciec, Grzegorz Wiśniewski, od lat interesuje się wierszem i poezją, ze szczególnym uwzględnieniem twórczości Jacka Kaczmarskiego i Włodzimierza Wysockiego. W przerwach między graniem w teatrze zdarza mu się także koncertować z programami tych autorów. Raz na jakiś czas w ramach różnych projektów zajmuje się również reżyserią. Wraz z moją mamą Małgorzatą od ponad 10 lat prowadzą Stowarzyszenie Teatr Piosenki STP i pod tym szyldem właśnie rodzice tworzą i grają w autorskich spektaklach z piosenkami, między innymi Agnieszki Osieckiej, Wojciecha Młynarskiego czy z gatunku żydowskiego szmoncesu. Twórczość rodziców miała wpływ też na mnie, bardzo mnie inspirowała w najmłodszych latach. To dzięki ich działaniom artystycznych pojawił się we mnie szacunek do poezji i polskiej piosenki literackiej, a jednocześnie podczas własnych poszukiwań staram się czerpać inspiracje z innych źródeł i eksperymentować we własnych kompozycjach.

Na Spotkaniach w Olsztynie wyraźnie pokazałaś, o jakich eksperymentach muzycznych mówisz.
Masz na myśli „Mróz”? To ciekawe, bo początkowo napisałam ten utwór tylko na ukulele i… schowałam go w szufladzie, bo stwierdziłam, że jest niewiarygodnie nudny w takiej formie. Kilka lat później, dość spontanicznie, postanowiliśmy z pianistą Tomkiem Jagiełowiczem przetestować pewien pomysł: zrobiliśmy próbkę tego kawałka z muzyką elektroniczną. Swoją drogą, Tomek był klawiszowcem kapeli metalowej Oberschlesien, co nie przeszkodziło nam w stworzeniu czegoś wspólnego! Niby dwa światy, a jednak! Gdy wybierałam się na Spotkania, stwierdziłam, że dobrze jest wykorzystać okazję, w której na scenie jest cały zespół muzyków. Dzięki uprzejmości i otwartości Pawła Lucewicza (kierownika muzycznego Spotkań Zamkowych) udało się wykorzystać syntezatory i przygotowaliśmy aranż zbliżony do tego stworzonego z Tomkiem. Utwór spodobał się jury na tyle, że dostałam I nagrodę. Widziałam też wiele uśmiechów wśród publiczności, a sądząc po brawach, myślę, że im również przypadł do gustu. Bardzo miłe wspomnienie.

{youtube}Mv8DsIMOQfQ{/youtube}

Rolę odegrał też przejmujący tekst.
To dla mnie wyjątkowy utwór, bardzo osobisty. Był moją spowiedzią podczas dość trudnej sytuacji osobistej. Sytuacja, o której śpiewam, dotyczy jednak wielu ludzi. Prywatnie był dla mnie sposobem poradzenia sobie z kolejnym rozstaniem, z „nie tym, co trzeba”. Na słuchaczy może oddziaływać podobnie. Utwór jednak niekoniecznie musi być odczytany jako żal po utraconej miłości, może też traktować o braku rozmowy między ludźmi – a to mnie niezwykle smuci. Podobnie jak to, że ludzie nie słuchają siebie nawzajem.

Powiedziałaś mi kiedyś, że bardziej poruszają Cię na scenie mężczyźni niż kobiety.
To chyba wynika z mojej płci (śmiech). Faktem jest jednak, że częściej zdarza mi się też obcować i pracować z mężczyznami. Mam też poczucie, być może mylne, że jest więcej mężczyzn tworzących w sposób dla mnie inspirujący. Być może z powodu ich wrażliwości, dosadności przekazu? Nie chciałabym w tym miejscu generalizować, bo kobieta może urzec mnie na scenie tak samo jak mężczyzna. Jednak w przypadku muzyki to męskie głosy częściej kradną moje serce.

Mam taką teorię, że mężczyźni „odzyskują” na scenie właśnie wrażliwość, o której mówisz, a kobiety – siłę.
Coś w tym jest. Wciąż istnieje stereotyp kobiet ubóstwiających smutnych facetów z gitarami, bo im się wydaje, że mogłyby ich pocieszyć (śmiech). Nie jest to oczywiście regułą, ale trzeba pamiętać, że sztuka pozwala artystom na kreacje. Jest jakąś formą ekspresji i niekoniecznie na scenie musimy być tacy sami jak w rzeczywistości, co stanowi doskonały wentyl do przekazywania emocji. Nie zawsze mamy na to odwagę w prawdziwym życiu. Lech Janerka chociażby w którymś z wywiadów przyznał, że dla niego piosenka jest formą komunikacji ze słuchaczem. W tekstach wylewa z siebie to, co go boli, z czym się nie zgadza, co nie zawsze jest proste podczas rozmowy z drugą osobą.

Swoją drogą, w społeczeństwie chyba wciąż funkcjonuje taki stereotyp indywiduum, jakim jest artysta… cierpiący, biedny, palący papierosy i pijący sporo wódki. Gdy faktycznie człowiek tkwi w takim stereotypie, wtedy jest tym dobrym artystą. A jak jest szczęśliwym, spełnionym człowiekiem, przy okazji tworzącym sztukę – to jest zdrajcą i żaden z niego artysta. A z pewnością nie przez duże A. Kim więc jest taki delikwent?

Zdrajcą dla środowiska czy publiczności?
Raczej dla środowiska. Ale w moim przypadku w czasie aktu cierpienia nie urodziło się nic dobrego oprócz przemyśleń. Były tylko ciemność i nicość, brak inspiracji i brak kreatywności. Mogłam o przeżyciach pisać później, jak się już doprowadziłam do stabilnego stanu… Przynajmniej u mnie to tak wygląda, ale nie wiem, jak to jest w przypadku „zrozpaczonych artystów”, o ile tacy jeszcze są. Świat się zmienił, a sztuka przestała być jedynie wzniosłą ideą. Dla niektórych jest formą zarobku, obok domu, dzieci i normalnego życia. Jej uprawianie wciąż nosi w sobie znamiona elitarności, jednak nie definiuje już człowieka jako kogoś nieszczęśliwego, kim targają emocje i kto musi je z siebie wykrzesać.

Co do kobiet… gdy się nad tym zastanawiam, jest kilka takich, które mnie bardzo wzruszają na scenie. Na myśl przyszła mi teraz Barbara Streisand, która jest charyzmatyczną petardą, Nina Simone – wulkan mocy i doskonałych dźwięków, Janis Joplin z jej schrypiałym głosem, bardzo dojmującym. Powstało ciekawe zestawienie! Jest jednak coś, co łączy i kobiety, i mężczyzn, którzy zapadają mi w pamięć: energia, moc, charyzma, emocje. Opozycja wobec rzeczywistości. Trochę tak było też z Jimem Morrisonem z The Doors. Wszystkich tych wykonawców coś tam w środku gniotło. Od diwy estrady w cekinach do rockandrollowca w glanach. Dlatego wychodzili na scenę i czarowali. Mieli coś do powiedzenia. Mieli charyzmę. Mieli w sobie to „coś”. Mnie ujmuje przede wszystkim autentyczność w artystach. Tylko z tymi „prawdziwymi” chcę zostać na dłużej, bo przekazują mi swoje emocje. Właśnie dlatego też w moich utworach chcę od początku stawiać na spójność ze sobą. Podobnie jak w życiu. Lepiej od początku funkcjonować w zgodzie z samym sobą. To nie zawsze jest łatwe, ale z czasem przynosi olbrzymią satysfakcję i po prostu – szczęście, nie tylko ze sobą, ale też wobec innych. Często jednak jest inaczej i zaczyna się dziać jak w mojej „Litanii”.

Ten utwór po raz pierwszy usłyszałam w 2016 roku na Festiwalu NADZIEJA im. Jacka Kaczmarskiego w Kołobrzegu. Wtedy, podobnie jak z Olsztyna, wróciłaś do domu jako laureatka I miejsca.
„Litania” była jednym z moich pierwszych tekstów. Napisałam ją w drodze z Lublina do Poznania, pod wpływem tak gęsto stojących na Lubelszczyźnie kapliczek. Piękno krajobrazu zainspirowało mnie do stworzenia tekstu o niezgodzie między ludźmi spowodowanych między innymi religią. Na marginesie dodam, że uwielbiam Lubelszczyznę – głównie za sprawą mojego przyjaciela Kuby Zuckermana, który stamtąd pochodzi i cudownie o niej opowiada. Dodatkowym ,,przyciągaczem” mojej sympatii są krajobrazy tamtych okolic. Zdarzyło mi się kilka tekstów popełnić właśnie na Lubelszczyźnie, a „Litania” była pierwszym – który w dodatku ze mną został i nadal jest grany.

I nadal jest bardzo kontrowersyjny.
Owszem. Ta piosenka jest zaangażowana, ale nie politycznie czy religijnie. Błędem jest myślenie, że atakuję w niej Kościół. Chciałam za jej pomocą zwrócić uwagę na pewne postawy ludzkie. Cały utwór jest przenośnią. Nasz kraj jest uznawany za katolicki, więc może się wydawać, że uderzam w Kościół – jednak nie to było moim celem. Natomiast zapowiadam ją do dzisiaj jako piosenkę kontrowersyjną, ponieważ są ludzie, którzy potrafili się na mnie przez nią obrazić. Zdarza się, że jak wybrzmiewa ujęta na początku apostrofa do Matki Boskiej, to wiele osób nie chce dalej słuchać utworu, a tym bardziej usłyszeć puenty. A szkoda, bo to właśnie w puencie jest zawarty sens ,,kontrowersji” całej wypowiedzi.

{youtube}BmKXvGoMtNc{/youtube}

Do ,,Litanii” zainspirowało mnie też zjawisko coraz częstszej imigracji. Mam kilku znajomych z Rosji czy Ukrainy, którzy mieszkają w Polsce od wielu lat. Zdarzało mi się poruszać z nimi kwestię ich tożsamości narodowej. W kilku przypadkach usłyszałam, że moi znajomi z zagranicy nie czują pełnej przynależności ani do kraju, z którego pochodzą, ani do tego, w którym od wielu lat mieszkają. Dużo o tym myślałam, podobnie jak o ogólnej sytuacji imigrantów w Polsce. Słyszy się u nas – niestety – o przypadkach agresji wobec osób, które tu przyjechały, które nie mówią po polsku. W „Litanii” wybrzmiewa między innymi właśnie kwestia nienawiści, która jest obecnie w Polsce „na tacy”. Można to odnieść do agresji słownej i fizycznej, wobec innych, a więc również wobec imigrantów. A ta nienawiść bierze się głównie ze strachu albo niewiedzy. Nie tylko w kontekście imigrantów, ale również osób o odmiennych poglądach, wyznaniu, kolorze skóry czy preferencjach seksualnych. To zjawisko mnie smuci, stąd właśnie tekst do ,,Litanii” jest taki, a nie inny.

Twój występ na NADZIEI kojarzy mi się z pewnym zdarzeniem. Zatrzymałaś akompaniatora w trakcie występu i zażądałaś zagrania utworu jeszcze raz. Nie pamiętam, by ktoś się tam zdecydował na taki ruch!
(Śmiech) Wtedy na festiwalu śpiewałam też drugi utwór – „Obłomow, Stolc i ja” Kaczmarskiego i po raz pierwszy w życiu miałam aż taką czarną dziurę w tekście. Za nic nie mogłam sobie przypomnieć trzeciej zwrotki! To jest ten typ utworu poetyckiego, w którym słowa układały mi się logicznie i płynnie, toteż przyswoiłam go sobie niezwykle łatwo, a nie z każdym utworem tak jest. W pewnym momencie, w trakcie przygrywki… zapomniałam, co dalej, i w tym stanie trwałam dłuższą chwilę. Zatrzymałam wykonanie, bo nie byłam w stanie śpiewać, gdy zorientowałam się, że nie pamiętam, jaki tekst trzeciej zwrotki. W tym samym czasie fani Kaczmarskiego podpowiadają mi z widowni początek czwartej… Próbowałam jakoś wybrnąć z tej sytuacji. Ponieważ suflerstwo publiczności dotyczyło nie tego fragmentu, poinformowałam zawadiacko słuchaczy, że ,,tak nie może być” i zaczęłam śpiewać utwór od początku. (śmiech) Koniec końców, za drugim razem nie zacięłam się w tekście ani razu, a ludzie i tak bardzo ciepło odebrali mój występ. Miło to wspominam. Teraz sobie myślę, że może to dobrze, że nie przyjęli mnie do szkoły aktorskiej – przecież bym tam zginęła, biorąc pod uwagę, jak często trudne i obfite w słowa dramaty bierze się na warsztat.

Czy masz poczucie, że jakieś tematy są „zarezerwowane” tylko dla kobiet?
Wydaje mi się, że mimo mnogości tematów podwaliną wszystkich tekstów poetyckich jest miłość i wolność. Pisanie w dużej mierze wynika z chęci wyrażenia swoich emocji i stosunku do rzeczywistości. Z moich obserwacji wynika, że zarówno mężczyźni, jak i kobiety bardziej śpiewają właśnie o miłości, a też często, w przypadku młodych artystów, o jej poszukiwaniu, ale też o przemyśleniach, które z tego wynikają. Trudno mi wskazać jednoznaczne tematy ,,zarezerwowane” dla kobiet w piosenkach. Może menstruacja albo rodzenie dzieci? (śmiech) To trywialne, ale piosenki o zespole napięcia przedmiesiączkowego też powstają, jak chociażby ten ,,PMS” Wieży Bajzel. Wydaje mi się jednak, że koniec końców próżno szukać podziałów na męskie i żeńskie tematy w poezji. Jedyne, co zauważyłam, niemniej w kontekście starszej poezji, to to, że mężczyźni częściej sięgali po tematy drażliwe społecznie i politycznie. Jak Tuwim w klasyku pt. „Całujcie mnie wszyscy w dupę” czy Gałczyński w „La danse de Polonais”. Kobieta z kolei szybciej napisze tekst o tym, że nie akceptuje swojego ciała niż mężczyzna. A może się mylę? Koniec końców mam wrażenie, że podstawa zawsze jednak jest taka sama – chęć zobrazowania stosunku do rzeczywistości, przy pomocy tematów, które akurat dotyczą danego twórcy i którymi się interesują.

Ty jednak śpiewasz o ciele.
Tak, ale nie wiem, czy jest to temat zarezerwowany wyłącznie dla kobiet, choć faktycznie rzadko się mówi w drugą stronę. Podobnie jak o przemocy kobiet wobec mężczyzn. O żeńskiej agresji słownej wobec chłopaków. O męskiej depresji bez metafory. Mężczyzna według stereotypu ma być silny i zarabiać na dom! A w rzeczywistości? Właściwie… to jest bardzo dobry pomysł na piosenkę!

{youtube}1mZ62qiboW0{/youtube}

W „Zwierciadłach” przeglądają się jednak na razie kobiety.
„Zwierciadła” to taki mini protest song. Często to kobiety kobietom robią wyrzuty, że mogłyby odrobinę schudnąć. Szczególnie lubują się w tej czynności matki i ciotki, które chcą „wesprzeć” dobrą radą. Czemu jednak kobieta powinna się katować? Jeśli chce mieć talię osy, to może ją mieć, a jeśli nie chce – to niech nie czuje społecznej presji, żeby ją mieć! Przyznaję, że nie zawsze mi wychodzi całkowite odrzucenie krytyki otoczenia. Szczególnie, gdy jest pasywno-agresywna. To jest trudny temat, z którym jednak staram się na co dzień sobie radzić.

Kobiety w Twoich tekstach są też niezwykle… ogniste.
Faktycznie, coraz częściej zdarza się zauważyć dysproporcję w postrzeganiu płci. Często to kobiety są ogniste, płomienne, żywiołowe i pełne energii – ich fertyczność wynika poniekąd z tego, że mają wiele pól do jej eksploatacji, chociażby na ścieżkach zawodowych. Nie są już jedynie spokojnym jeziorem, ostoją domu. Tak samo mężczyźni nie zawsze są wulkanem mocy i dynamizmu. Czasem mają w sobie coś z „wody”, a ich obecność w życiu przynosi ukojenie. Mam wrażenie, że to nie do końca odnosi się do płci, tylko do momentu. Kobiety i mężczyźni mają w sobie różne strony, zarówno te energiczne, jak i spokojne. Trudno powiedzieć, że ktoś jest bardziej taki albo taki. Klasyczne podziały na role rodzinne już dawno uległy deformacji, tak samo jak postrzeganie kobiet czy mężczyzn jako symbole. W ,,K.” opowiadam historię swojej znajomości z mężczyzną, który w tamtym momencie był dla mnie „wodą” – wytchnieniem w szalonej wędrówce przez życie. Jest to jedynie wycinek jakiejś relacji i nie odnosi się do każdego związku. To oczywiste. W związku można być zarówno dla kogoś ogniem i wodą, ale również powietrzem czy ziemią. Albo wszystkim tym na raz. Wszystkie żywioły mogą się ze sobą pięknie połączyć. Wszystko zależy od kontekstu.

{youtube}x4y3i9KYOsg{/youtube}

Jesteś zadziorna, odważna w muzyce i głosie, dotarłaś „tam, gdzie diabeł chodzi spać”. A mam jednak poczucie, że daleko Ci do głoszenia jakichś prawd objawionych o kobiecości, do nawoływania do zmian i naprawiania świata.
Bo kimże jestem, żeby nawoływać do takich rzeczy? Świat jest dla mnie bardzo skomplikowany, podobnie jak większość postulatów, o które toczą się zażarte dyskusje społeczne. Z jednej strony dobrze, że trudne kwestie porusza się publicznie. Z drugiej nie zgadzam się na często agresywną, roszczeniową i poniekąd prostacką doktrynę propozycji rozwiązywania problemów. W kwestii feminizmu jestem chyba bliżej postulatów z początku tego ruchu. Interesuje mnie równość płci, wzajemny szacunek i akceptacja. Nie agresywne traktowanie mężczyzn jako ,,wrogów uciemiężonych kobiet”. To skrajność, której się boję i z którą się nie utożsamiam. Aczkolwiek czy to jest feminizm? I czy to nie powinno być zwyczajnym, że ludzie ze sobą dyskutują w sposób kulturalny i starają się, jeśli to konieczne, dojść do konsensusu? Niestety, jak wspomniałam, świat to miejsce skomplikowane i nie wszystko jest tak proste, jakbyśmy tego chcieli.

Rozmawiała Ela Lewak

Info:
Zuzanna Wiśniewska
Urodzona w 1995 roku Toruniu. Autorka tekstów piosenek, ukuleleistka, kompozytorka, obserwatorka świata. Absolwentka kulturoznawstwa Uniwersytetu Adama Mickiewicza i studentka edukacji muzycznej w zakresie sztuki muzycznej Uniwersytetu Kazimierza Wielkiego. Córka aktorów, Grzegorza Wiśniewskiego i Małgorzaty Chojnowskiej-Wiśniewskiej, związanych z Teatrem im. Wilama Horzycy w Toruniu. Laureatka ogólnopolskich festiwali piosenki autorskiej, poetyckiej i artystycznej.

Koncertuje po całym kraju z autorskimi piosenkami. Od 2019 roku na scenie towarzyszą jej muzycy: Piotr Klimek (bas) i Dawid Cholewiński (cajon, instrumenty perkusyjne). W 2020 roku odbędzie się premiera monodramu muzycznego ,,Project: Morrison”, w którym występuje jako solistka. Jest również autorką przekładów użytych w spektaklu. Autorka muzyki do spektakli teatralnych, między innymi ,,Białego dmuchawca” (Teatr R. Bezimienni). W międzyczasie kończy studia i przygotowuje się do wydania debiutanckiej płyty.

• I nagroda 46. Ogólnopolskich Spotkań Zamkowych ,,Śpiewajmy Poezje w Olsztynie”
• I nagroda 54. Turnieju Poezji Śpiewanej we Włocławku
• Grand Prix XVI Festiwalu im. Jacka Kaczmarskiego ,,Nadzieja” w Kołobrzegu
• Grand Prix Festiwalu Interpretacji Piosenki Aktorskiej FIPA (2016), (2019)

Więcej informacji i bieżące wydarzenia na stronie Zuzanny Wiśniewskiej

X