Wiosna Ludów w Stanisławowie

Wiosna Ludów w Stanisławowie Po prawej – gmach Helawaja, gdzie mieścił się magistrat, zdjęcie z archiwum Romana Biłana

W latach 1848-1849 przez państwa europejskie przetoczyła się fala rewolucji. Później historycy nazwą ten okres Wiosną Ludów. W jednych państwach ruchy kończyły się wielotysięcznymi manifestacjami, w innych – zaciętymi walkami na ulicach. W Stanisławowie też było gorąco.

Powiew wolności

13 marca olbrzymi tłum wyszedł na ulice Wiednia z żądaniem dymisji kanclerza Metternicha, obejmującego swe stanowisko przez 30 lat. Przestraszony cesarz zadowolił wymagania tłumów. A po kilku dniach ukazał się dekret cesarski o skasowaniu cenzury, o wolności druku i powstaniu milicji ludowej. Tę ostatnią nazwano Gwardią Narodową, jej celem była obrona osiągnięć rewolucji. Warunki zaciągu do niej sformułowano dość enigmatycznie – na zasadach wykształcenia i stanu majątkowego.

Rewolucjonista Ignacy Kamiński zostanie z czasem burmistrzem

W Stanisławowie wiadomość o wolności wywołała nie byle jakie emocje. Przyszły burmistrz, a wówczas młody adwokat Ignacy Kamiński wspomina:

„Po wiadomości o rewolucji w dniach marcowych w Wiedniu cały Stanisławów niby kwiatami pokrył się białymi kokardami – symbolem zgody i braterstwa. Polacy, Rusini, Żydzi – wszyscy, kto tylko żył i czuł, że nastaje nowa era wolności, wszyscy, z wyjątkiem osób zbliżonych do rządu, powiązali białe kokardy. O duchowej wzniosłości świadczyły również twarze, promieniujące radością. Zamiast „pan” i „pani” zewsząd brzmiało „obywatelu” i „obywatelko”. Innych tytułów nie było – wszystkich zrównała wolność”.

24 marca przystąpiono do tworzenia Gwardii Narodowej. Broń wydał radca kameralny vervalterii – dyrekcji skarbowej Andrzej Żuławski. Jego posada łączyła funkcje poborcy podatków i dyrektora banku. Podporządkowywała mu była straż skarbowa, która podzieliła się swymi karabinami. Na mundury dla Gwardii Narodowej mieszczanie ogłosili zbiórkę i kilka dni później ulicami miasta paradowała własna milicja narodowa.

Polska Gwardia Narodowa

Zabawa w żołnierzyki

Austriacki urzędnik Benedykt Osterman podaje w swoich wspomnieniach dokładny skład Gwardii. Komendantem został weteran wojen napoleońskich major Żołubowski, w dowodzeniu pomagało mu 6 oficerów: posesor (dzierżawca majątku) buczacki hr. Tyszkiewicz, aptekarz Sachanek, dziedzic (właściciel) Bażanowa Starzyński, właściciel hotelu Saks i dawny żołnierz z okręgu stryjskiego Hoszowski oraz znany właściciel cukierni Szengerski. Oprócz nich było 17 podoficerów (sierżantów i kaprali) i 102 szeregowych.

Gwardziści mieli mundury, składające się z płóciennych surdutów i spodni. Na głowach mieli czapki-konfederatki z amarantowymi wypustkami. Równolegle utworzono pododdział gimnazjalistów. Nie uzbrajano ich, ale ćwiczono w musztrze.

Ksiądz Ambroży Szankowski, mający wówczas 16 lat gimnazjalista, pozostawił interesujące wspomnienia o tych „rewolucyjnych” wydarzeniach:

„Kto tylko chciał mógł wstąpić do Gwardii Narodowej i przypasywał sobie pierwszą lepszą szabelkę, jaka trafiła mu do rąk. Dlatego w jednym rzędzie można było zobaczyć najdziwniejsze szable – od zwykłej policyjnej, aż do eleganckiej, oprawnej w skórę janczarki francuskiego spahisa (kawalerii muzułmańskiej).

Emigranci, uczestnicy powstania listopadowego, przebywający dotąd we Francji, byli instruktorami musztry, na którą gwardziści chodzili pilnie, aby móc przy nadarzającej się okazji wystąpić na defiladzie. Zupełnie tak, jak robią to teraz strażacy. Szybko jednak ochłonęli ze swego entuzjazmu, bo zaniedbali swoje warsztaty i nie dostawali żołdu, jak niektórzy się spodziewali. Pilnie jednak szkoliliśmy się w musztrze my, gimnazjaliści. Nas młodych bawiło to, że szliśmy szeregami w pole, gdzie starsze panny-patriotki przywoziły powozami smakołyki i powracaliśmy do domów z muzyką. Jednak wielkich osiągnięć w musztrze nie mieliśmy i z wyjątkiem kilku zwrotów „w prawo” i „w lewo” nie nauczyliśmy się niczego”.

Starosta okręgowy Festenburg nie sprzeciwiał się powstaniu Gwardii Narodowej i zezwolił gwardzistom na nocne patrolowanie miasta wspólnie z regularnym wojskiem. Zawodowi wojskowi ochotników jednak nie lubili. Wybudowali więc sobie drewnianą strażnicę koło wojskowej wachty (ob. ul. Halicka 7a). Z czasem zaczęły znikać stamtąd karabiny i bębny. Okazuje się, że gwardzistom szybko znudziło się stać na warcie. Wobec tego siedzieli wewnątrz, pili herbatę i grali w karty, zostawiając broń na zewnątrz przy wejściu do strażnicy. Żołnierze z wachty zabierali bezpańską broń i rzucali ją do głębokiej studni – w miejscu dzisiejszego gmachu głównego Akademii Medycznej.

Gwardia ma zostać rozpuszczona

Taka gwardia właściwie już nikogo nie broniła, ale i nikomu nie zagrażała. Jednak gubernatorowi Galicji hr. Franzowi Stadionowi była solą w oku. Skorzystał on z paragrafu w manifeście cesarskim, zgodnie z którym wyjaśnienie formacji Gwardii Narodowych ma dać Sejm Konstytucyjny, który miał się zebrać dopiero 26 czerwca. Stąd wcześniejsze powstanie milicji narodowej gubernator uważał za nielegalne i wydał rozporządzenie o jej likwidacji.

Hrabia Leopold von Thun und Hohenstein

Do Stanisławowa przybył radca gubernialny hr. Leopold von Thun, mający gwardię rozpuścić. Zamieszkał na drugim piętrze starostwa, mieszczącego się w dzisiejszym gmachu morfologii AM.

Wiadomość o tym, że gwardia ma zostać rozpuszczona a broń oddana, szybko obleciała miasto. 12 kwietnia 1848 roku tłum mieszczan zebrał się przed magistratem, zajmującym kilka pokoi w kamienicy Helawaja, na rogu ul. Halickiej i Nowogrodzkiej. Tłum wypełnił salę obrad. Jako ostatni weszli burmistrz Szczurowski i syndyk (prawnik magistratu) Antoni Janocha. Przeczytali oni reskrypt z rozkazem rozpuszczenia Gwardii Narodowej. Zdecydowano by nie podporządkowywać się rozkazowi i wydelegować deputację do hr. Thuna z prośbą o zachowanie tej formacji.

Delegacja poszła do budynku starostwa, a za nimi tłum mieszczan. Niebawem otworzyły się drzwi i wybiegł stamtąd gwardzista Sądecki z okrzykiem: „Niech przeleje się krew, a gwardia musi być rozpuszczona – to ostatnie słowo Thuna!”.

Hrabiego – przez okno!

Tego jednego zdania było dość, aby zelektryzować tłum. Dalej wydarzenia rozwijały się szybko. Świadkowie opisują je różnie. Ignacy Kamiński opisuje patetycznie, jak mieszczanie wdarli się do budynku i wbiegli schodami na drugie piętro. Mieściło się tam również gimnazjum. Ktoś z tłumu otworzył drzwi i krzyknął: „Waszych braci mordują!”. Gimnazjaliści wybiegli z klas i zmieszali się z tłumem.

Rozbrzmiały okrzyki „Hrabiego przez okno! Niech pozna nasze salto mortale!”. Widząc, że sprawa przybiera niebezpieczny obrót, starosta Festenburg ukrył Thuna w swoich apartamentach. Przed drzwiami stanęli na warcie z wydobytymi szablami dowódca gwardii Żołubowski i adwokat Janocha, starając się powstrzymać tłum.

Chwila po chwili – wspomina Kamiński – tłum nalegał waląc w drzwi i usiłując je staranować. Drzwi broniła grupa starszych wiekiem obywateli”.

Hrabiego Thuna o mało nie wyrzucono z okna drugiego piętra starostwa, pocztówka z kolekcji Zenowija Żerebećkiego

Pół godziny Żołubowski i Janocha własnymi ciałami bronili hrabiego, aż starosta Festenburg użył fortelu, krzycząc: „Uspokójcie się, panowie! Hrabia Thun powiedział, że gwardii nie rozpuści i przekaże naszą petycję gubernatorowi Stadionowi”.

Nastrój w tłumie zmienił się kardynalnie. Teraz wszyscy wołali „Vivat! Niech żyje Thun!”. Raptem na dworze odezwały się bębny. To wezwano wojskowych i garnizon ustawił się na placu, gotowy do szturmu i ratunku Thuna. Wyszedł do nich Kamiński i wydał komendę: „Baczność! Na prawo marsz!”, po czym oddziały odmaszerowały do koszar. Po tym zajściu nikt już więcej Gwardii Narodowej nie rozpuszczał.

Austriacka piechota interweniowała we właściwym momencie

Zupełnie inaczej wydarzenia opisuje gimnazjalista Szankowski. W czasie lekcji drzwi klasy otwarły się i dwóch wąsatych oficerów gwardii zawołało: „Dzieci, chodźcie z nami na drugie piętro wyrzucić Thuna przez okno, bo przyjechał rozpuścić gwardię!”. Klasa natychmiast opróżniała.

 

„Gdy byliśmy obok drzwi starosty, porucznik stacjonującego wówczas pułku piechoty, przyprowadził po drugich schodach, od strony kościoła jezuitów, silną eskortę. Ustawił ich z nastawionymi bagnetami naprzeciwko nas i powiedział, że zacznie strzelać, jeżeli nie zabierzemy się „do czorta”. Zatrzymaliśmy się i gdy obejrzeliśmy się za siebie nie ujrzeliśmy ani jednego gwardzisty. Wypchnąwszy nas na drugie piętro, sami pozostali na korytarzu i na widok wojskowych, pozostawiając dzieci, natychmiast uciekli. Nie pozostało nam nic innego, jak spokojnie rozejść się do domów”.

Na placu z tysięcznego tłumu krzykaczy nie pozostał nikt. Wojsko biegło z koszar przy dźwięku werbli. Ulicą Tyśmienicką galopowali husary. Gwardia została rozbrojona w mgnieniu oka i nikt nie czynił oporu. Przeciwnie – gdy żołnierze i husary rozlokowali się na placu, gdzie stali przez dobę, mieszkańcy nosili im jedzenie, piwo i wódkę.

Wszystko zakończyło się 13 kwietnia. 18 kwietnia do Stanisławowa nadszedł rozkaz ministra spraw wewnętrznych, który regulował powstanie Gwardii Narodowej. Został on podpisany jeszcze 8 kwietnia, ale zanim dotarł z Wiednia do Lwowa, gdzie przetłumaczono go na język polski – Gwardii Narodowej w Stanisławowie już nie było. Tworzono ją po raz drugi, ale nikt już nie miał takiego entuzjazmu, jak za pierwszym razem.

Iwan Bondarew

X