Wesoły nam dziś dzień nastał

Wesoły nam dziś dzień nastał

Okres Wielkanocny zawsze był powodem do zabaw, wzajemnych odwiedzin, i… naturalnie obfitości jedzenia, która nie raz szkodziła.

Oto jak opisują ten okres lwowskie gazety z lat 30. XX wieku. Interesujące, że najwięcej miejsca poświęca temu okresowi Wiek Nowy. Z zasady gazeta ta o 20 stronach wychodziła w Niedzielę Wielkanocną i umieszczała całe mnóstwo interesujących artykułów, ilustracji (niektóre powtarzały się z roku na rok), porad i opisów „jak to drzewiej świętowano”. Zamieszczała też okolicznościowe wiersze i toasty. Wiele z tych materiałów nie straciło aktualności i dziś. Przekonajmy się sami

Wielkanoc. Ze strzelistych wieżyc kościelnych biją dzwony, a z ich dźwiękiem płyną ku nam słowa wielkie i mocne, jak ten spiż, uroczyście dzwoniący: „Resurrexit sieut dixit“. Zmartwychwstał Pan, boską Swą mocą zwyciężył prawo śmierci, a odwaliwszy kamień grobowy, powstał żywy, iżby dać świadectwo Prawdzie i rozniecić w sercach ludzkich ogień wiary, nadziei i miłości.

A dzwony biją coraz głośniej, coraz potężniej — głosząc zmartwychwstanie Tego, co miłością otoczył świat cały: miłość tę męką i śmiercią Swoją przypieczętował. I budzą się w duszach ludzkich myśli skupione i poważne, uczucia ciche, podniosłe, a silne, bo Chrystus przez mękę swoją na krzyżu dał ludzkości nową siłę — ofiarną miłość. I człowiek staje się innym. Coś się w nim przełamuje, ulata zeń pył dnia codziennego, staje się lepszym, bliższym Bogu i naturze. Na ulicach, wokół kościołów, tłumy oczekujące jasnej mełodji, co za chwile porwie wszystkich i poniesie w krainę nowego życia. I biją dzwony Zmartwychwstania, a z nimi płyną wielkie słowa Chrystusowe, kojące i zbawienne, słowa otuchy i przebaczenia:

Wesoły nam dzień dziś nastał!

Oto jakie, pełne werwy i sentymentu, sonety układali nasi przodkowie przed kilkudziesięciu laty:

Sonet na cześć „baby”
Wielkanocnej
Babo; o babo przedziwnego smaku!
Zdobi cię likier różanemi wzory,
Kolorowego nie szczędzono maku
I w czub ci wpięto pęk bukszpanu spory,

Lekkaś, że dmuchnąć i nie będzie smaku.
Wskroś cię przejęły pachnące wapory,
I nikt w perfekcji twej nie znajdzie braku.
Choćby to krytyk był zaiste skory.

„Jako puch jesteś” – tak wyrzekł poeta,
Który na babach znał się także przecie,
A ja to stwierdzam i wierzę poecie,

Bowiem największa dziś baby zaleta,
A dla gospodyń chluba i podnieta,
Gdy skosztowawszy: „jak puch!” im powiecie.

Wielkanoc w polskim zwyczaju i obyczaju. Wielkanoc, która po siedmiu długich zimowych tygodniach postu wypada najczęściej w okresie cieplejszych i pogodniejszych dni — od wieków była Świętem Radości. Cieszyły się dusze nadejściem dnia, Zmartwychwstania Pańskiego, a oczy — nadejściem odmładzającej naturę wiosny. Smutek wiosny kończył się równocześnie z okresem wielkopostnych nabożnych rozpamiętywań. Nic więc dziwnego, że tak uroczyste i radosne święto związało się z wielką liczba zwyczajów i obyczajów u ludu polskiego, który jak żaden inny pełnym sercem i weselem, obchodził Wielkanoc .

Wstępem niejako do Wielkanocnych świat była Niedziela Palmowa. Tłumnie śpieszono do kościoła z palmami w ręku, a gdy z poświęconymi wracano do domu, jakoby uświęcony gość w progi wstępował. Wierzono więc, że połknięcie pączka z wierzby poświęconej przynosi zdrowie. Wszak już Imć Mikołaj z Nagłowic w swej „Postylle” żartobliwie pisze: „Kwietną Niedzielę kto „bagniątka” czyli kotki, czyli pączki z palmy wielkanocnej nie połknął, ten już zbawienia nie otrzymał”. A i dobytek swój chcąc przez lato w zdrowiu widzieć, wyprawiał go wieśniak po raz pierwszy w pole, z palmą w ręku, a żegnając nabożnie.

Po palmowej Niedzieli wnet szykować trzeba było do świąt. W kościołach przystrajano groty, wystawiając przy nich wartę honorową z poprzebieranych za żołnierzy parobczaków w papierowych hełmiskach i drewnianymi mieczami. W niektórych okolicach istniał dawniej zwyczaj chodzenia u. Wielki Czwartek z „Judaszem”, maszkarą wypchaną słoma. Zaraz po „ciemnej jutrzni” na dziedzińcu kościelnym chłostano „Judasza”, jako że Jezusa zdradził i bito go kijami, potem na taczce obwożono z pośmiewiskiem i urąganiem, aż wreszcie topiono.

Ostatnie dnie Wielkiego Tygodnia gosposie co niemiara miały trudu i subiekcji wszelakiej, wszakże zastawa wielkanocnego stołu tradycyjnie musiała być suta, boć po długim, przestrzeganym poście, trzeba siebie, a i gości, uraczyć. Pieczono więc ciasta i mięsiwa.

Oto jak opisuje zastawę wielkanocną sprzed stu laty ówczesny kronikarz: „Na ogromnym stole, przykrytym świeżym obrusem, środek zajmują szynki, ozory, nadziewane prosięta, pieczone baranki, niby to stara gwardia, o którą rozbijają się najzuchwalsze apetyty; na skrzydłach tego taboru stoją podobne wieżom baby, zadziwiające ogromem, a jeszcze więcej lekkością. Dalej na brzegach stołu stoją placki, mazurki, z najfantastyczniejszymi wzorami, pełne kokieterii i smaku…

A wszędzie rozrzucone jaja, podobne do piramid, kul i granatów”. A te jaja wielkanocne też bywały zazwyczaj w misterny sposób malowane w ludowe wzory o różnych kolorach.

Z prastarego zwyczaju wywodzą sią te jaja wielkanocne, pisankami zwane. W pewnych okolicach podanie głosi, że święta Magdalena, gdy radosną wieść o Zmartwychwstaniu dostawszy, do domu wróciła, ujrzała w misie na oknie jaja w czerwonych skorupach. Gdy wyszła z niemi przed dom i rozdała je spotkanym apostołom, jajka w ptaki się zmieniły, jako, że „ze śmierci Jezusa powstał żywot wieczny dla ludzi”. Inna znów tradycja głosi, że to kamienie, którymi rzucano w świętego Szczepana zamieniły się w pisanki.

Tak, czy inaczej, pisanki nieodłączne były w najuboższym nawet świeconym. Dzielono się jajkiem — po powrocie z kościoła w pierwszy dzień Świąt, składając domownikom i gościom życzenia pomyślności. A potem zasiadano do stołów i ucztowano, sporo przykrapiając jadło trunkami co przedniejszymi. Ucztowano często przez dzień cały i noc. Ale w poniedziałek Wielkanocny niebezpiecznie bywało przydługo w łóżku leżeć, odwieczny zwyczaj, dyngusem albo śmigusem zwany, pozwalał w ten dzień bez obrazy oblewać się wodą, a już najbardziej śpiochom dostawała się nie lada kąpiel. Że jednak zwyczaj to prastary, a i radość w święta Wielkanocne jest wielka, wiec nawet strumienie wody z dokuczliwą psotą suto tu i ówdzie lane na głowy i ubrania, nie w stanie były stłumić powszechnej radości, lecz ją jeszcze bardziej podniecały.

Toast wielkanocny
(Wierszyk z przed 100 lat – teraz już sprzed 200)

O panowie! niech los w dani
Przynosi nam dużo zysku,
Bądźmy zdrowi i rumiani.
Jak to prosię na półmisku.

Człek na radość sieć zarzuca,
Ale smutki zwykle łowi,
Niech spokoju nic nie skłóca
Nam – jak temu indykowi.

Niechaj każdy będzie syty.
Zdrów i wesół – i nie słaby
Miejmy wygląd znakomity,
Jak te placki oraz baby.

Niech nie znęca się nad nami
Los chorobą, ani zgonem,
Jak na przykład my dziś sami
Znęcamy się nad święconym.

Na ostatek wasz poeta
Śle życzenia tej godziny.
Niech obejdzie się ta feta
Bez dostojnej… medycyny.

Jak wyglądało święcone u Sapiehy przed trzystu laty? W nasze chude, powojenne czasy, gdy niełatwo zdobyć się na byłe jaką nawet zastawę wielkanocną, trudno bez podrażnienia podniebienia czytać o sutych ucztach, jakie pradziadowie wyprawiali na Wielkanoc. Niechże fantastyczne rojenia na temat owych dawnych dobrych czasów, zastąpi suchy, ale jakże wymowny i przekonywujący opis święconego u wojewody Sapiehy w Dereczynie, za panowania Władysława IV.

„Stało cztery przeogromnych dzików, to jest tyle, ile części roku, każdy dzik miał w sobie wieprzowinę alias szynki, kiełbasy, prosiątka. Kuchmistrz najprzedniejszy pokazał sztukę w upieczeniu całkowitym tych odyńców. Stałe tandem dwanaście jeleni, także całkowicie pieczonych, ze złocistymi rogami, ale do admirowania, nadziane były rozmaitą zwierzyną alias zającami, cietrzewiami, dropiami, pardwami. Te jelenie wyrażały dwanaście miesięcy. Naokoło były ciasta sążniste, tyle ile tygodni w roku. To jest pięćdziesiąt dwa, całe cudne placki, mazurki, żmudzkie pierogi, i wszystko wysadzane bakalią. Za tem było 365 babek, to jest tyle; ile dni w roku, Każda była adornowana inskrypcjami floresami, że niejeden tylko czytał, a nie jadł. Co zaś do bibend, były cztery puchary, exemplum czterech pór roku, napełnione winem po królu Zygmuncie, też konewki exemplum 12 miesięcy. Tandem 52 baryłek także srebrnych in gratiam 52 tygodni, było w nich wino cypryjskie, hiszpańskie i włoskie. Dalej 365 gąsiorków, z winem węgierskim alias tyle gąsiorków, ile dni w roku. A dla czeladzi dworskiej 8700 kwart miodu robionego w Brezie – tyle ile jest godzin w roku.

Takie ongiś urządzano uczty.

Przysłowia wielkanocne. Napisano już sporo o znaczeniu przysłów ludowych, o głębi myśli i wnikliwości tych krótkich, zwartych zdań, które zawierają w sobie esencje rozsądnego spojrzenia na świat, ludzi i zjawiska. Przysłowie jest rodzajem sztuki stosowanej. Jest reakcją nie na pewne oderwane impulsy, których źródło leży wewnątrz człowieka, ale jest odpowiedzią na te pytania i te kwestie, które wynikają z zewnętrznego, fizycznego układu zdarzeń. Przysłowie jest też pewnego rodzaju kryterium filozoficznym, jest filozofiją proporcjonalną do swojego twórcy. Jako wytwór rozumu ludowego przysłowie ma przeważnie punkty zaczepienia w faktach najbliższych życiu ludu.

Wiele przysłów jest związanych z uroczystościami świątecznymi, także z Wielkanocą. W wielkim zbiorze przysłów Adalberga znajduje się kilka takich przysłów, tyczących się Wielkiejnocy. Nie jest ich wiele, ale zawierają myśli głębokie, ukryte w lapidarnej formie.

Ciekawe jest przysłowie: „Nie każdy ma prosię na Wielkanoc”. Podkład czysto społeczny. Nie każdy ma prosię, mimo, że takie uroczyste święto! Dużo jest biednych! O nich właśnie myśli to powiedzenie ludowe. Moment humorystyczny zawiera świetne przeciwstawienie w przysłowiu: „Ma więcej do roboty, jak piec na Wielkanoc”. Wielkanoc jako pewna pora roku, do której są przywiązane tradycje pogody, ma swój wyraz w takim przysłowiu: „Jak pada na Wielkanoc, to trzeci kłos na polu ginie, ale jak pada na Zielone Świątki, to naprawi”. Tego rodzaju przysłowia są może najstarsze, urabiają się bowiem w długim szeregu lat i są owocem doświadczenia. Wyżej przytoczone powiedzenie określa szerszy zakres, ale jest i inne szczegółowsze, a tym godniejsze uwagi, że rymowane: „Pogodny dzień wielkanocny, grochowi wielce pomocny”.

Jak widzimy nie mają polskie przysłowia ludowe z okazji Wielkiejnocy charakteru religijnego w sensie związku życia religijnego z doczesnym. Bo w ogóle nie ma w przysłowiu metafizyki – jest logika ścisła, jest związek z życiem. Charakterystyczne to zjawisko, jest wspólne wszystkim narodom. Przysłowia ludów słowiańskich, tyczące się specjalnie Wielkiejnocy, obracają się mniej więcej w tym samym zakresie.

Zapomniane rady lekarskie na obżarstwo wielkanocne. Wiadomo, że nigdzie w świecie nie konsumuje się na Wielkanoc takiej obfitości jadła i napoju, jak w Polsce, a ludzie innych narodowości uwierzyć wprost nie chcą, gdy się im opowiada o tradycyjnym polskim Święconym. Lecz aby Święcone zjeść można, byłe bez szkody dla zdrowia, należało zachować odpowiedni rytuał przy jego przyrządzaniu. Dlatego też jadło, zastawiane na wielkanocnym stole, jest otoczone setkami legend. Nawet pieczenie bab posiada szczególny rytuał, od którego nie odstąpi dobra gospodyni. Jednak mimo zachowywania całego zapobiegawczego ceremoniału, zapiski dawnych kronik świadczą, że nieraz eskulapi musieli pomagać swoją wiedzą, aby Wielkanoc wesoło spędzona nie przyniosła fatalnych skutków. I tak stara maksyma powiada:

Kiedy pusta już komora,
Zawołajcie mi doktora.
Niech łacińską kuchnią radzi,
Brzuch do ładu doprowadzi.

Pewien znamienity lekarz XVII wieku zapisał kilka spostrzeżeń medycznych w formie rad dla obżartuchów i pijaków świątecznych. Oto niektóre z nich:

„Gdy wapory biją do głowy od zbytniego trunków używania, a ślina gorzka i bolenie w kościach, a na senność nie zbiera się niemocnemu przykryć się ciepłą pierzyną i zagotowawszy wodę z limonium, pić po szklanicy, co sprawi ulgę i na wypocenie jest przydatne. Bacz, byś dwakroć lub trzykroć wypił tego, gwoli rozpuszczeniu likworów mocnych, jako to wina, miodów i gorzałki”.

„Gdy mięsiwa uwięzną w brzuchu, nie siedź jako kura na gnieździe, lecz zażyj konia, lebo truchtem biegnij do trzeciego potu, a od wstrząśnienia poruszy się pokarm. A gdyby i wtedy nie ustawała boleść i nie było nijakiego poruszenia, baby wołaj i sadź na brzuch gorące garnki, a zmieszawszy lnianego oleju z imbirem, wypij małą szklanicę, możesz i dwie, gdyś jadł tłusto i solono a pieprzono”.

Inny polski eskulap znał dobrze swych ziomków, skoro w uwagach lekarskich strofuje polską gościnność:

„Proszą i każą – jedz i jedz, a potem dolewają i gniewni są, gdyś już osłabł i wymawiasz się od wina. Kwaśne? Niedobre? Pewnie, że nie z pańskiego stołu, ale chudopacholskie, wiec gardzisz… Przetoś obżarł się i opił, że pamiętasz do Przewodów, albo i dłużej”.

Polskie panienki i kobiety miały dobry apetyt, ale jadły znacznie mierniej, przede wszystkim zaś „kołaczyki z miodem“, „gruszeczki obwarzane” i „jabłuszka osmażane“ i „goniły za marcypanem”, pozostawiając „mocne jedzenia” mężczyznom.

Opracował Krzysztof Szymański
Tekst ukazał się w nr 6 (226) za 31 marca – 16 kwietnia 2015

X